Post #1
|
Dr Marian Ciećkiewicz - VII
Maratończyk część VII
Moja klęska życiowa
Naprawdę tak uważa. Wydaje mu się, że w konfrontacji z komuną, miał szansę uratować swoje dziecko - znakomicie działający system ubezpieczeń. Może dlatego, że po wojnie pro forma dyskutowano na ten temat. Odbył się zjazd w Krakowie i dwa zjazdy w Łodzi. - Przemawiałem na obu i ogłosiłem dwie prace. Wyjaśniałem. "Ubezpieczalnia tworzy status lekarza. A równocześnie zapewnia pełny komfort chorym. Objęła już swym zasięgiem 5 milionów ludzi, mamy 25 proc. łóżek szpitalnych. Zbudowaliśmy własne zakłady rozpoznawcze, sanatoria przeciwgruźlicze, szpital Narutowicza, apteki..." W efekcie powołano go do Krajowej Rady Zdrowia, która... uchwaliła wariant radziecki. 1 sierpnia 1950 przestały istnieć Ubezpieczalnie Społeczne. Ostatnia wielka wojna dziadka została przegrana.
- To, że nie został przyjęty nasz projekt powszechnego ubezpieczenia chorobowego, że lekarze przestali być zatrudniani na podstawie umowy zbiorowej, zawartej z ich związkiem zawodowym i stali się pracownikami z pensją ustalaną przez resort zdrowia, było moją największą klęską życiową. W krótkim czasie ich pobory były jednymi z najniższych w Polsce, zgodnie z zasadą "oni dadzą sobie radę". Jak sobie radę dawali i jakim szacunkiem zaczęli się odtąd cieszyć w społeczeństwie, wiadomo - macha ręką.
Po pierwszej klęsce następowały kolejne. W 1948 roku usłyszał, że jego stanowisko mieści się w nomenklaturze. Przesłuchiwany przez dłuższy czas na UB - zrezygnował z obowiązków lekarza naczelnego. Później złożył rezygnację ze stanowiska kierownika wydziału zdrowia. Klapnął w przychodni, zajął się balneoklimatologią, został biegłym lekarzem kurii archidiecezjalnej - pracował zawodowo do 99 roku życia. Nigdy nie było w nim goryczy.
Zawsze uważałem się za człowieka szczęśliwego
Swój pamiętnik zatytułował "Pierścień Polikratesa" i opatrzył mottem z Schillera:
"Któżby szczęśliwych nie przyznał Ci losów? Jednak o ciebie drżę cały. Zawiści bogów lękać się potrzeba. Szczęścia bez zmian nigdy jeszcze nieba śmiertelnym doznać nie dały."
Odkąd pamiętam, czuł się szczęśliwy i zawsze o tym mówił. Osiągnął stan wewnętrznej aprobaty, spokoju, ładu - wyzwolenia z banalnych trosk i emocji. Jak mnich u kresu swojej drogi. Spokojnie sączył radość. Przed ośmioma laty nagrałem z nim rozmowę. - Jestem szczęśliwy - mówił - przeszedłem przez życie godnie, spotykałem się z sympatią i ludzkim uznaniem, wychowałem troje dzieci, mam fenomenalne zdrowie, mimo 96 lat wciąż pracuję, zarabiam, jestem potrzebny, ostatnio przeniosłem 1000 cegieł, zagrabiłem w ogrodzie wszystkie liście - przecież to niesłychane! Czego można jeszcze żądać więcej?"
Z okazji setnych urodzin Lech Wałęsa napisał do niego w liście gratulacyjnym: "Pan, Panie Doktorze, należy do tych, którzy daru życia nie zmarnowali. Potrafił go Pan wykorzystać pięknie... Jako doskonały lekarz niósł Pan ludziom ulgę w cierpieniu i przywracał zdrowie. Jako społecznik, swoją wiedzą i energią starał się im to życie ułatwić. Uczynić lepszym, piękniejszym i bardziej ludziom przyjaznym nasz wspólny polski dom. Gdy zachodziła potrzeba, stawał Pan jako żołnierz, oficer, by tego domu bronić... To było, Panie Doktorze, życie pełne, życie godne..."
Jego jubileusz lekarze uczcili medalem z podobizną dziadka i napisem: Medicus atque amicus noster, wręczyli mu także zaświadczenie o prawie wykonywania zawodu. Na ścianie wisi dyplom Orderu św. Sylwestra, a także ozdobny list od Jana Pawła II z życzeniami obfitych łask Bożych. Przeleciało? Niezupełnie.
Kiedy wracam do domu, zastaję go przy komputerze, ogląda multimedialną encyklopedię kosmosu. Startuje Apollo. Z głośników sączą się głosy astronautów. Odliczanie... Dziadek jest zachwycony. Spogląda na prawnuczkę.
-Jak było w Twoich czasach, dziadku Marianie?
-W moich czasach...
Jakub Ciećkiewicz
"Dziennik Polski", Kraków, 1997
Last Modified: Aug 17 2007, 12:21 am
|
|