|
Sort
Time
Category
|
|
W Poznaniu to przynajmniej był porzundek!
Przeglądając publikowaną ostatnio w KPBC Gazetę Toruńskią w numerze z 1877 roku natrafiłem na taką notatkę:  Dedykuję ją wszystkom zapracowanym nauczycielom. Może warto to wywiesić w szkole na tablicy ogłoszeń ?
|
|
Do wszystkich krewnych i znajomych królika !!!
Moja wnuczka już wybrała sobie temat pracy maturalnej i brzmi on :
"Postać anioła w literaturze i sztuce"
Ode mnie dostanie płytę DVD z serialem "Alternatywy 9". Ale jeśli by ktoś z Was, moi drodzy miał jakieś sugestie - linki, obrazki, obrazy (skany oczywiście), opowiadania itp., zostaną przyjęte z wdzięcznością. Zaczyna się u nas nerwowy okres i potrwa chyba do maja
|
|
Kawałek z mej pracy: Zgłoszenie szkody Data i czas szkody : 19.08.200.. godz. 5:40 Przedmiot szkody : samochód Peugeot Partener nr rej... - porysowane :pokrywa silnika, prawy błotnik, listwa pod swiatłami i zderzakiem, zerwany emblemat z przodu i rama tablicy rejestracyjnej Okolicznosci powstania szkody : dnia j.w. stwierdzono, że koty wskoczyły na dach samochodu a psy skakały dookoła rysując w/wym. części. Dodam tylko, że przyznano odszkodowanie z AC w wysokości 3.400,- zł, naprawa kosztowała 4.059,33 -brutto.
|
|
Kaśki, Maryśki, Janki i Franki
Uff!! Skończyłem wczoraj indeksowanie parafii ze Starogardu Gdańskiego. Ciągnęło się to prawie dwa lata, bo po drodze przybywało innych zajęć, ale w końcu ponad 36 tysięcy wpisów znalazło się w bazie danych. Jak zwykle, patrząc na taki ładny i liczny zbiór elementów korciło mnie, żeby jakoś to "obrobić' - statystycznie oczywiście. Ponieważ księgi chrztów indeksowałem jako ostatnie , to już od dłuższego czasu męczyło mnie pytanie o popularność imion, które w owych czasach - wiek XVII - XIX nadawano dzieciakom. Wprowadzając bowiem do bazy poszczególne zapisy metrykalne ciągle miałem wrażenie, że niektóre imiona dominują i ciągle się powtarzają. Żeby sprawdzić, na ile to wrażenie odpowiada rzeczywistości, trochę pogrzebałem w Excelu i wyniki tej pracy pozwalam sobie zaprezentować. Dane odnoszą się tylko do jednej parafii, obejmującej jednakże spory region Kociewia. Trudno więc bezkrytycznie rozciągać je na inne rejony Polski, jednakże można przypuszczać, że na zachód od Wisły sytuacja wyglądała podobnie. Oczywiście w księgach imiona zapisywano w bardzo różnorodny sposób, sprowadziłem je więc do jednej, współczesnej formy. Imiona dziewczynek W XVIII wieku cztery imiona stanowiły prawie trzy czwarte wszystkich imion nadawanych dziewczynkom. Najpopularniejsza była ANNA, które to imię otrzymywało 25 % dzieci płci żeńskiej. Katarzyna, Marianna i Elżbieta stanowiły odpowiednio 17, 16.5 i 15 % wszystkich imion. Ogółem naliczyłem 32 imiona nadawane dziewczynkom w tamtym wieku. W wieku XVIII na pierwsze miejsce na liście najpopularniejszych imion wyszła Marianna - 26 % , ANNA spadła na drugie miejsce z 17,5 %, Katarzyna przesunęła się na trzecie z 14 %, a Elżbieta to tylko 5 % wszystkich imion nadanych w tym wieku. Zwiększyła się także różnorodność imion żeńskich - było ich 66. W XIX wieku lista imion wzrosła prawie dwukrotnie - do 120. Kolejność pierwszych dwóch imion na liście popularności pozostała taka sama jak w poprzednim wieku, chociaż ich udział się zmniejszył, Marianna - 15 %, Anna - 13 %, natomiast trzecie miejsce zajęła Franciszka - 10,6 %, która w poprzednich wiekach występowała sporadycznie. Kolejne miejsca przypadły Katarzynie - 7 % i Elżbiecie - 3 %. Imiona chłopców Zdecydowanym liderem przez trzy wieki na liście męskich imion jest Jan, którego udział w kolejnych stuleciach stanowił odpowiednio 21, 19.5 i 20 %. W XVII wieku drugi na liście był Michał - 10.5 %, trzeci Jakub - 8 %. Wszystkich imion w księgach metrykalnych naliczyłem 46. W wieku XVIII za Janem plasowali się Michał, Jakub i Józef - każdy z ok. 8% udziałów. Liczba nadawanych imion wzrosła do 66. W XIX wieku na drugie miejsce w popularności imion wyszedł Franciszek - 15 %, trzeci był Józef - 9 %, pozostali rozmyli się w dużej róznorodności nadawanych chłopcom imion, których już było 144.
Najnardziej rozbawił mnie taki zapis imienia w XIX wieku : Władysłaus.
|
|
W zeszłym tygodniu zaplusowałem sobie u małżonki, bo zamontowałem w łazience nowy grzejnik, podłączony do instalacji CO i równocześnie wyposażony w elektryczną grzałkę. Dlatego nie oponowała zbytnio, kiedy zacząłem przygotowania do planowanego od dawna rowerowego wypadu na Mazury, a dokładniej - w południową część ich zachodniej strony. Sprzyjał temu długi weekend Bożego Ciała, w piątek wziąłem urlop, prognoza pogody była nienajgorsza - w każdym razie nie miało być deszczy, które dla rowerzysty są nieprzyjemnym elementem pedałowania. W środę przygotowałem ekwipunek, kupiłem trochę prowiantu, wybrałem potrzebne mapy ze zbieranej od kilkudziesięciu lat kolekcji i wytyczyłem trasę. W czwartek rano pojechałem rowerem na stację Gdańsk-Oliwa i wsiadłem do ostatniego wagonu pośpiesznego pociągu relacji Gdynia - Białystok. Ponieważ wiek już posiadam odpowiedni, to mogę korzystać z legitymacji seniora i za wszystkie bilety kolejowe płacę 50%. PKP już dawno wycofało ze składów pociagów wagony bagażowe, ale niektóre pociągi mają wagony przystosowane do przewozu rowerów, co jest sympatycznym, tyle że jeszcze zbyt rzadkim rozwiązaniem. Po niecałych trzech godzinach jazdy wysiadłem w Olsztynie, gdzie policjanci pokazali mi jak mam dojechać na cmentarz wojenny, bo najkrótsza droga była zajęta przez odbywającą sie właśnie procesję. Muszę tutaj oznajmić, ze oprócz turystyczno-krajoznawczo-kondycyjnego celu tej wyprawy planowałem odwiedzenie jak największej liczby cmentarzy wojennych, pozostałych po I-szej i II-giej Wojnie Światowej i pod tym kątem wytyczyłem trasę. Pierwszym z odwiedzonych cmentarzy był to cmentarz z II WŚ w Olsztynie, na którym pochowani zostali polscy, sowieccy i francuscy (lotnicy z pułku Normandie-Niemen) żołnierze. Po obfotografowaniu nekropolii pojechałem dalej na zachód i kilka kilometrów za miastem skręciłem na południe. We wiosce Sząbruk ujrzałem pomnik, wbudowany w mur otaczający kościół. Jest to jeden z dziękczynnych pomników, które w Niemczech stawiano po I WŚ dla upamiętnienia nazwisk poległych mieszkańców.  Teraz będę musiał w wolnej chwili spisać widniejące na płycie pomnika nazwiska, żeby zasilić projekt Waldka Fronczaka "Polegli w I WŚ", prowadzony na stronie genealodzy.pl. Jechałem dalej na południe, żeby wkrótce skręcić do lasu i tutaj wyszedł na jaw mój pierwszy ( i chyba jedyny) błąd. Nie zabrałem z domu kompasu, dzień był pochmurny, wszystkie 18 metod wyznaczania kierunku Pólnocy, które musiałem wykuwać na lekcji PW w liceum (to było przysposobienie wojskowe - uwaga dla młodzieży, jeśli to czyta) w terenie okazują sie nieprzydatne. Z reguły mech równo obrasta drzewo, pieńki (jeżeli się na taki trafi w pobliżu) jakoś nie wykazują chęci do zagęszczania słojów z którejś strony itd. Jechałem więc dalej na nosa, co jest w lesie dość ryzykownym przedsięwzięciem , bo dukty i drogi wcale nie są tam proste i można jeździć w kółko. Ale na całe szczęście po godzinie takiej jazdy natknąłem sie na leśny drogowskaz, który widocznie leśniczy niedawno odnowił, a chuliganeria, która potrafi wszędzie dotrzeć - jeszcze nie zdążyła zniszczyć.  Zorientowałem mapę i dalej już przez kolejne leśne wioski wyjechałem na na szosę dwa kilometry na północ od Olsztynka. Kolejnym odwiedzonym cmentarzem był cmentarz jeńców wojennych w Sudwie. Chowano na nim jeńców różnych narodowości zamordowanych i zmarłych w obozie Stalag 1B Hohenstein - największą liczbę stanowili żołnierze Armii Czerwonej. Sfotografowałem cmentarz i po przeskoczniu popularnej "siódemki" - drogi Warszawa-Gdańsk, zajechałem na miejsce, gdzie był ów stalag - jest to wioska Królikowo. Stoi tam teraz wiata z tablicami, na których opisano jego dzieje. Było już późne popołudnie i trzeba było pomyśleć o biwaku. Pojechałem dalej w kierunku Mielna, gdzie także powinien być cmentarz z I WŚ. Dojechałem tam po 19-tej, poszukiwanie cmentarza zostawiłem na następny dzień, rozglądałem się za miejscem pod namiot. Nad jeziorem byla restauracja "Krokodyl", wokół niej parę hektarów lasu, ale pani właścicielka na prośbę o pozwolenie na rozbicie namiotu na jedną noc wyniośle odrzekła, że oni takich pozwoleń nie udzielają. No cóż - widocznie charakter właściciela odpowiada nazwie tego przybytku. W takich przypadkach przypomina mi się Szwecja, po której kilkanaście lat temu podróżowałem (też na rowerach) razem z synami. Obowiązuje tam odwieczne "prawo wolnego postoju", zgodnie z którym każdy podróżny poruszający sie o własnych siłach (piechur, rowerzysta, kajakarz) ma prawo zatrzymać sie w dowolnym miejscu na 48 godzin. Wypada jedynie, z grzeczności, zapytać właściciela terenu, jeżeli taki jest w pobliżu. W ciągu 5 tygodni, bo tyle trwała nasza wyprawa, ani razu nam nie odmówiomo. Wróciłem do wioski i tam sympatyczna właścicielka ośrodka wypoczynkowego powiedziała, że mogę postawić namiot na łące, ale najlepiej w kącie podwórza, za krzakami. Przygotowanie miejsca noclegu trwało chwilę, a potem posiłek i gorąca kawa - szkoda że nie słychać, jak gwiżdże czajnik.  Rankiem dowiedziałem się , gdzie jest cmentarz, dojazd i sfotografowanie zajęło kolejną godzinę. Na cmentarzu postawiono nowe krzyże, także prawosławne. Napis na tablicy wskazuje, że zadbała o ten cmentarz (a także i niektóre inne, odwiedzane później) niemiecka organizacja opiekująca sie grobami wojennymi Volksbund Deutsche Kriegsgraberfursorage e.V. Z Mielna pojechałem dalej na południe i przed wioska Turowo zobaczyłem przy drodze kolejny cmentarz I WŚ, niewielki, z dwoma krzyżami prawosławnymi i tablicą w języku niemieckim, informującą że pochowano tutaj w sierpniu 1914 roku 2 oficerów i 121 rosyjskich żołnierzy. Latem 1914 roku na tych ziemiach miała miejsce wielka bitwa armii niemieckiej i rosyjskiej, nazwana później bitwą pod Tanenbergiem. Wojska rosyjskie doznały upokarzajacej klęski, poniosły duże straty, a Niemcy pod Olsztynkiem zbudowali olbrzymi pomnik, tzw. Tanenberg Denkmal. Było to świadectwo chwały oręża pruskiego, grobowiec Hindenburga, cel pielgrzymek całej III Rzeszy. Wojska sowieckie, kiedy tylko zajęły Olsztynek, od razu wysadziły pomnik w powietrze. Niemcy zdążyli wywieźć prochy Hindenburga, ale podobno do dziś nie wiadomo, gdzie je ukryli. Odszukanie kolejnego cmentarza pozostałego po tej bitwie zajęło mi ponad godzinę. Starszy juz mieszkaniec wsi Gardyny, bo w jej okolacach znajduje się cmentarz, powiedział mi tylko, że tam można dojechac polną drogą, która odchodzi w prawo od szosy - nie potrafił precyzyjniej określić tego miejsca. Wjeżdżałem więc w każdą drogę, która przez pola prowadziła do lasu. Umordowałem się setnie, bo jazda obciążonym rowerem po piaszczystych koleinach nie jest ani łatwa, ani przyjemna. Dopiero za trzecim razem głęboko w lesie odnalazłem cmentarz.  Rutynowe juz fotografowanie - każdego pomnika, na którym są choc trochę czytelne napisy, widok ogólny i dalej w drogę. Kilka kilometrów dalej, ale już przy drodze, w Osiekowie kolejny duży cmentarz z I WŚ. Na nim kilkadziesiąt w miarę dobrze zachowanych pomników z nazwiskami niemieckich żołnierzy i jeden na bezimiennej mogile zbiorowej żołnierzy rosyjskich.  Z Osiekowa leśną drogą pojechałem do wsi Leszcz, gdzie miałem do wyjaśnienia historę grobu sowieckich czołgistów, którzy tam polegli w końcu stycznia 1945 roku. Ojciec sołtysa pokazał mi miejsce, w którym jeszcze w końcu lat 50-tych stały dwa spalone czołgi. Czy spoczywają tam w ziemi załogi tych czołgów - Bóg raczy wiedzieć. Na pewno po bitwie zostali tam pochowani, potwierdzają to dokumenty publikowane dzisiaj w Internecie przez Centralne Archiwum Ministerstrtwa Obrony Rosji. Po wojnie takie groby ekshumowano i przenoszono na zbiorowe cmentarze wojenne - ale czy wszystkie? Zrobiłem zdjęcia tych miejsc i wysłałem je dzisiaj wnukowi jednego z tych poległych czołgistów. Wioska Leszcz leży nad pięknie położonym jeziorem, po drugiej jego stronie widać siedzibę gminy - Dąbrówno.  Podróżowanie rowerem ma tę zaletę, że można spokojnie rozglądać sie wokoło i cieszyć widokami pięknej o tej porze roku ziemi mazurskiej. Z Leszcza leśnymi i polnymi drogami dojechałem do Samina. a stamtąd już było tylko pięć kilometrów do pola bitwy pod Grunwaldem. Lepiej późno niż wcale - wstyd przyznać, ale dotąd nie odwiedziłem tego chwalebnego miejsca naszej historii. Rowerem podjechałem pod sam pomnik, zwiedzenie muzeum,  potem posiłek w barze przy parkingu i dalej w drogę. Chciałem przed wieczorem dotrzeć w okolice Lubawy, ale kiedu było do niej jeszcze 12 kilometrów, zaczął mżyć deszcz, więc zjechałem w głąb lasu, rozbiłem namiot, kolacja i spać. O szóstej rano pobudka, śniadanie, zwinięcie biwaku i po siódmej już pedałowałem po szosie. W Lubawie fotografowanie kolejnego cmentarza wojennego Armii Czerwonej i dalej bocznymi, a najlepiej leśnymi drogami w kierunku Ostródy. Te drogi w lesie są nieraz bardzo dobre, a ruch na nich - zerowy. Świergotu ptaków nie zakłóca żaden warkot, wiatr także nie dokucza tak jak na szosie, pełen relaks. Ostatnie kilometry przed Ostródą trzeba było jednak przejechać ruchliwą szosą, ale stwierdzam, że od czasu, kiedy jeżdżę w żółtej kamizelce sygnalizacyjnej, kierowcy wymijają mnie szerszym łukiem. W Ostródzie sfotografowałem ostatni już cmentarz wojenny, pojechałem na dworzec, po godzinie oczekiwania wsiadłem do pociągu i z przesiadką w Iławie, gdzie na dworcu batalion policji z tarczami i w zbrojach czekał na kiboli IV-ligowych! drużyn piłki kopanej, dojechałem po 16-tej do Gdańska. Namiot namiotem, ale gorąca wanna po trzech dniach polowej "higieny" i przejechaniu 200 km to też jest przyjemna rzecz.
|
|
Dawno juz nie było żadnych zagadek na G-B. Jola coś sie ociąga z wynajdowaniem kolejnych skarbów w swych szufladach i na strychu, wobec tego ja mam kolejna łamigówkę. Ponieważ niedawno kilka osób demonstrowało tutaj swą znajomość języka rosyjskiego, to zagadka będzie z tego obszaru. W zeszłym tygodniu poproszono mnie o odnalezienie miejsca, w którym poległ i został pochowany dziadek mego korespondenta. Udokumentowane to zostało taką oryginalą mapką, dołaczoną do raportu przesyłanego do głównego dowództwa Armii Czerwonej w Moskwie :

W dokumentach (listach strat i tzw. pochoronce, czyli zawiadomieniu o śmierci żołnierza, które otrzynywała rodzina) dodano tylko, że miejscowość leży na południe od Danciga - czyli Gdańska. Kto spróbuje okreslić, gdzie znajduje się to miejsce i jaką obecnie nosi nazwę ? =================================================== ROZWIĄZANIE ZAGADKI Ta miejscowość nazywała się ZAKRZEWKI, Niemcy na swych mapach zapisywali ją jako ZAKRZEWKEN. Jako odrębna jednostka administracyjna nie istnieje od przed wojny, była to tzw. kolonia wioski Gołębiewo i została przez nią wchłonięta. Na mapce z 1890 roku jest widoczna obok wioski Gr.Golmkau (Gołębiewo). Wyżej to Trąbki Wielkie - Gross Trombken, obok Sobbowitz - to Sobowidz, niżej Mttl.Golmkau - to Gołębiewo Średnie. Wszystkie te wioski leżą na trasie Starogard Gdański - Gdańsk. Skąd wobec tego taka dziwna nazwa na sowieckich mapach używanych w czasie wojny ? Jak widać, były to przerabiane mapy niemieckie (z czasów Bismarcka !) i kartografowi w sztabie, który wpisywał fonetycznie rosyjskimi literami niemieckie toponimy powiedzieli, że Niemcy "Z" czytają jak "C". Ot i wsio. 
|
|
Perpetuum mobile, jak wiadomo powszechnie (być może tylko nie dla tych, którzy na lekcjach fizyki kamieniami w szkołę rzucali ) jest to maszyna, która może działać w nieskończoność bez dostarczania energii z zewnątrz. Próby jej skonstruowania trwają nieprzerwanie od średniowiecza, nawet wielki Leonardo da Vinci też się tym zajmował. Coraz to prasa brukowa ogłasza o epokowym odkryciu, potem jednak wciąż musimy kupować benzynę do samochodów i płacić rachunki z gaz - i jedno i drugie coraz droższe, niestety . Miałem okazję spotkać w swym życiu jednego takiego autentycznie zakręconego wynalazcę i o nim będzie ta historyjka. Ponad dwadzieścia kilka lat temu do Wydziału Mechanicznego uczelni, w której wówczas pracowałem przyszło pismo z Ministerstwa Przemysłu Maszynowego, w którym informowano, ze jeden taki zbawca ludzkosci od dłuższego czasu nęka ich pismami w sprawie swej maszyny, której powszechne zastosowanie powinno raz na zawsze wybawić mieszkańców Ziemi od kłopotów energetycznych. Wynalezione przez niego urządzenie powinno mieć zastosowanie wszędzie w transporcie i przemyśle, wymaga tylko jeszcze pewnego dopracowania no i pieniędzy na sfinansowanie prototypu i uruchomienie produkcji seryjnej. A potem to będzie można zamknąć wszystkie kopalnie, a przez rurociag Przyjaźń sprowadzać wodę Borżomi z Kaukazu. Petent powołuje sie przy tym na pozytywną opinię , wydaną przez naukowców Wydziału Mechanicznego. Hm... przeglądnąłem naszą korepsondencję, nic nie znalazłem, wobec tego zacząłem łazić po wydziale i przepytywać ludzi na tę okoliczność. Po kilku dniach śledztwa trafiłem w końcu na ślad. Dwóch młodych techników jednego z laboratoriów zeznało mi, że i owszem, czas jakiś temu przyszedł do nich pewien dziadek i pokazał im jakąś maszynkę, opowiadając przy tym niestworzone historie. Ponieważ nie mieli czasu i pewnie chęci zajmować sie tą sprawą, poklepali dziadka po ramieniu (kurcze, ten dziadek wtedy był młodszy niż ja dzisiaj) i powiedzieli mu, że jest to fantastyczny wynalazek i dalej tak trzymać  Odpisalem wobec tego do ministerstwa, że dochodzenie na wydziale przyniosło wyniki jak wyżej, a petenta należy zaliczyć do grupy wynalazców perpetuum mobile, czyli się nim nie przejmować. Myślałem ze sprawa na tym sie skończy, aż tu nagle po kilku tygodniach zjawił sie u mnie sam bohater tej historii. Nieco urażony za moje sformułowania wyrażone w piśmie do ministerstwa (przekazali mu moją opinię) zaczął mnie przekonywać, że jestem w błędzie i on jest w stanie mi to udowodnić. Akurat zaczynały sie wakacje, miałem sporo czasu i powiedziałem mu wobec tego - niech udowodni. Zaprosił mnie do swego mieszkania i pokazał sporządzny z drzewa model całego urządzenia, który co prawda nie działał, ale miał obrazować cała ideę. Wynalazca, tak jak większość ludzi z tego gatunku, miał kłopoty z rysunkiem technicznym, chociaż, jak się potem okazało był nauczycielem zawodu w "zawodówce", na dodatek - mechanicznej. Nie będę się starał uzmysłowić miłym czytelnikom idei tego pomysłu (patrz wstęp), w każdym razie nie było to czyste perpetuum mobile I rodzaju, raczej drugiego, bo zakładało dostarczanie niewielkiej ilości energii do maszyny i pozyskiwanie w zamian olbrzymiej mocy na wyjściu, która według wynalzacy powinna wystarczyć do poruszania pociągów. Dziać się to miało przy pomocy ciśnienia atmosferycznego i siły powszechnego ciążenia. Ponieważ w dalszym ciągu nie mogłem ukryć sceptycyzmu w swym wzroku przy oglądaniu prezentowango modelu, wynalzca powiedział, że ma już taka działającą maszynę w warsztatach szkoły. O! pomyślałem sobie, to już należy obowiązkowo obejrzeć. Umówiliśmy się na wizytę w warsztatach i mocno zaciekawiony zjawiłem sie tam chyba już następnego dnia. Rzeczywiście - w hali stało wielkie coś! wykonane ze stali i ważące chyba ze dwie tony. Obecni tam robotnicy zaczeli na mnie wylewać żale do wszystkich naukowców na świecie, którzy z zawiści tepią takich samorodnych geniuszy i udupiają już na wstępie wszelkie pomysły, mogące zbawić świat. - Dobra, mówię im. Wobec tego pokażcie, jak to działa! Z boku maszyny sterczała korba, (dla tych mniej technicznych - to to samo co wajcha) do której się obaj wzięli i zaczęli ją przerzucać w jedną i drugą stronę. Poprzez sytem dźwigni, cięgien i korbowodów te ruchy były przekazywane na duże koło - ok 1,5 metra średnicy, które zaczęło się kręcić. Ponieważ do tego czasu już sporządziłem na własny użytek schemat ideowy tego wynalazku i przeprowadziłem stosowne obliczenia, zacząłem intensywnie myśleć, jak im w nieskomplikowany sposób udowodnić bezsens całego przesięwzięcia. Z lekkim strachem ( no bo czlowiek nie jest do końca pewny, czy czasem to nie on się myli), dwoma palcami - kciukiem i wskazującym, chwyciłem za to wirujące koło. Wszystko się zatrzymało ! Patrzyli na mnie oniemiali, a ja im mówię : "Panowie, ile energi wkładacie w uruchomienie tej maszyny ? A ile ja jej potrzebuję, żeby sie waszym wysiłkom - już jesteście spoceni - przeciwstawić ? Cała wasza praca idzie na przezwyciężenie oporów, a na wyjściu - sami widzicie, co jest". Biedny wynalzca nie był jednak do końca przekonany, że wiele lat pracy poświęconej na wymyślanie epokowego wynalzaku, przekonanie dyrekcji szkoły, żeby dała materiał i robotników do wykonania tego urządzenia - w efekcie przyniosło kupę złomu. Powiedziałem mu, dając do ręki sporządzone przeze mnie rysunki i obliczenia, żeby sam doszedł do tego, gdzie popełnił błąd, a je chętnie jeszcze o tym z nim podyskutuję. Więcej się nie pojawił. Jednakże przez cały czas, który upłynął od tego wydarzenia, zadaję sobie pytanie, czy słusznie postąpiłem. Na moją decyzje wpłynął chyba wtedy fakt, że wynalazca był nauczycielem i w mym odczuciu ten zawód obliguje jednak do nie bujania w obłokach. Z drugiej stony jednak, jak mówił Tewie mleczarz ....
|
|
Po kolejnej zmianie stylu strony wejściowej nie mogę obejrzeć komentarzy pod swoimi blogami. Nie mogę także wejść na wasze blogi. Otrzymuję komunikat, że takiej strony nie ma! Ale zawiadomienia o nowych wpisach dostaję ! Czy ktoś też ma takie problemy ? Proszę o rady (jeżeli macie jakieć pomysły) drogą pocztową, bo komentarzy nie przeczytam!
|
|
Smutna historia powojenna
Ciekawe opowiadania publikowane przez Jolę skłoniły mnie do podzielenia sie z Wami historią, którą niedawno poznałem. Poproszono mnie o przetłumaczenie z polskiego na rosyjski listu, napisanego w 1971 roku. Ten list znalazła młoda kobieta, Rosjanka, w papierach swej matki po jej śmierci. A oto ta historia (opowiem swoimi słowami, jako że list był napisany dość chaotycznie, przebijało z niego duże wzruszenie piszącego, który jednak wprawnie posługiwał się językiem polskim). Pierwsze dni maja 1945 roku, Berlin tuż po wyzwoleniu. Polak (autor listu), ucieknier z Buchenwaldu, spotyka gdzieś na ulicy młodą kobietę, Krystynę, wywiezioną do Niemiec na roboty przymusowe. Pochodziła z Lwowa, pracowała w fabryce obuwia w małym miasteczku na północ od Berlina. Uwagę mężczyzny zwraca to, że kobieta nie podziela ogólnej radości, panującej na ulicach po zakończeniu wojny i jej okropieństw. Zawierają bliższą znajomość, po pewnym czasie Krystyna opowiada swoją historię. Przed wywiezieniem na roboty, we Lwowie zaszła w ciążę. Dziecko określiła jako "owoc przymusu a nie miłości", ojcem był Niemiec, który jednak zostawił jej adres swoich rodziców i ciotki, mieszkających w Niemczech. Co się z nim potem stało - nikt nie wie. Po wywiezieniu na przymusowe roboty jesienią 1944 r. dostała miesięczny urlop na urodzenie dziecka (urodziło sie w lutym 1945 r.) , potem winna była wrócić do pracy, a dziecko oddać do niemieckiego przytułku. Młoda matka jakimś cudem zdobyła wózeczek dziecięcy, zapakowala do niego kilkutygodniową dziewczynkę i zawiozła do ciotki ojca dziecka. Do wózeczka włożyła dokumenty dziecka, a ciotce przykazała oddać dziecko dziadkom-rodzicom ojca, gdyby jej się coś stało. Dzień potem Frankfurt (bo tam zawiozła dziecko) został zbombardowany. Młoda matka zdołała następnego dnia po bombardowaniu wrócić do tego miasta, ale dom, w którym mieszkała ciotka, spłonął doszczętnie. Sąsiedzi jej opowiedzieli, że ciotka się uratowała, bo widzieli, jak z wózeczkiem i bagażami szła w kierunku dworca. Późniejsze próby nawiązania korespondencyjnego kontaktu z dziadkami nie dały żadnego rezultatu. Potem przyszło wyzwolenie i dalsze poszukiwania. Zajął sie nimi intensywnie nasz autor listu, który ożenił się z Krystyną. Opisywał swoje działania, zabiegi w Czerwonym Krzyżu, wielokrotne próby nazwiązania kontaktu z dziadkami dziecka, którzy po wojnie mieszkali we wschodniej strefie okupacyjnej, natomiast Krystyna z mężem pozostali na Zachodzie. Bez rezultatu - odpowiedzi na listy nie było, ale też ich nie zwracano. Przy sprawnie działającej niemieckiej poczcie oznaczało to, że jednak dochodziły do adresata. W latach pięćdziesiatych Krystyna z mężem wyemigrowała do USA, gdzie zmarła w 1961 roku. W 1971 roku córka Krystyny odnalazła męża swej matki. Tłumaczony bowiem przeze mnie list był odpowiedzią na jej, wysłany do męża Krystyny. Z jego odpowiedzi można się domyśleć, że nie mówiła po polsku, jako że autor, który z kolei słabo mówił po rosyjsku, prosił ją, aby pisała po angielsku lub niemiecku. Bardzo wzruszony próbował odtworzyć losy dziecka tuż po wojnie. Według niego rodzina ojca nie miała zamiaru zajmować sie swym wnukiem, wobec tego podrzucili dziecko w wózeczku i z dokumentami w sowieckiej strefie okupacyjnej. Usunęli z nich tylko wszelkie informacje o ojcu dziecka i adresie jego rodziców. Ponieważ dokumenty wskazywały na to, że matką dziecka była obywatelka ZSRR, trafiło ono do któregoś z domów dziecka na terenie tego państwa. Z listu wynika także, że mąż Krystyny miał kontakt z jej siostrą (lub siostrami), które po wojnie osiedliły się we Wrocławiu. Na zadane kiedyś przez nie pytanie( widocznie korespondowali), czy Krystyna miała dzieci odpowiedział negatywnie, uważając, że dziecko zaginęło bezpowrotnie i cała historia powinna zostać tajemnicą jego zmarłej żony. Dzisiaj wnuczka Krystyny, po śmierci swej matki, próbuje odtworzyć tragiczną historię kobiety, która do śmierci nie odnalazła swego dziecka, ale umierała z przeświadczeniem, że gdzieś ono żyje.
|

|
|