|
Sort
Time
Category
|
|
Urodziny Genpolu - nasze święto!
Żeby nie umknęło nikomu, powtórzę mój komentarz pod poprzednim blogiem, dotyczący możliwości nolegowych dla urodzinowych gości. Żarty się skończyły! Mówię zupełnie poważnie. Sa 2 mozliwości. Jesli będzie Was dużo tj. więcej niż 15 osób, to zorganizuję nocleg u zaprzyjaźnionych sióstr w Podkowie. Wtedy będzie troszkę lepszy komfort spania, ale dyskomfort nocnego gadania. Jeśli do 16 osób - to u mnie w domu. Miejsca jest dużo. Jeśli nie przeszkadza Wam spanie na 2-osobowych łóżkach (3 szt x2 osoby) lub materacach ze śpiworami na podłodze (też je mam - dla 10 osób), to będę bardzo zaszczycony możliwością goszczenia Was u mnie. Propozycja planu jest następująca: - w sobotę wspólne urodziny w Warszawie (podobno w tym samym miejscu), - w nocy gadanie i/lub spanie, - a w niedzielę może zrobimy ten zaległy gulyas. Co Wy na to? No nie możecie mi teraz odmówić!
|
|
Kurcze, a ja tak nie mam ostatnio czasu. To wszystko przez tę nowa pracę. Trochę muszę ciężej popracować. Przynajmiej na początku. Praca idzie nieźle, sa pierwsze efekty. Jest też zmęczenie, ale takie pozytywne, jak po dobrze wykonanej robocie. Może już nie widać mnie za bardzo tu na GB i na GP, ale zaglądam i czytam, przysięgam! Zdarza mi się może dzień przerwy, że nawet tu nie zaglądnę i mam wyrzuty sumienia. A może to dobrze, bo nałóg się zwalcza! Na dokładkę, po przeczytaniu Margolcinego blogu o nasza-klasa, założyłem swoje klasy. Bo każdy się bał i czekał na drugiego. No i odezwali się ludziska. A ja tak nie mam czasu... Ale zjazd mojego technikum zrobimy. W maju-czerwcu. W sumie to też takie odmiana genealogii - poszukiwanie korzeni. Żeby tylko ten czas zatrzymać...
|
|
Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok 2008
Kochani Przyjaciele! Z okazji Święta Narodzenia Pańskiego życzę Wam, aby nowo narodzone Dziecię błogosławiło Wam wszystkim i Waszym bliskim . Abyście mogli te Święta spędzić w ciepłej atmosferze, w radości, w spokoju z rodziną i przyjaciółmi. Żebyście miło wspomnieli czas Waszych Świąt z czasów dziecinnych. Żebyście mogli przenieść się wyobraźnią do czasów Waszych Przodków i ich Świąt. Niech ten kończący się, Stary Rok będzie okazją do podsumowania, jak wiele dobrego wydarzyło się w życiu każdego z Was. A Nowy Rok niech przyniesie każdemu według jego oczekiwań i potrzeb. Nie wiem czy wszystko spamiętałem, ale niech tam: Jackowi Cieczkiewiczowi - nowych skarbów, Małgosi Nowaczyk - nowej książki, Ani Stankiewicz - kolejnych ciekawych odkryć, które nam opisze, Joli Skalskiej - tomiku wierszy, Małgosi Żywickiej (znaczy Margolci) - pięknych Margolinek, którym zrobi zdjęcia, Joli Lipińskiej (czyli Pajoli) - weny twórczej i miejsca na skarby, Ani Szymczyk - ścieżek górskich do wędrowania, Ewie Szczodruch (czyli Duszkowi) - nowego tomu Rymuta, bo ten się już wyczytał, Bognie Malinowskiej - dobrej pogody cały rok, aaaa i miotły nowej, Marzenie Jaroniewskiej - bycia Dobrą Ciocią, Jackowi Skorupskiemu - własnej gazety genealogicznej, Elwirze Wilczyńskiej - swojej gwiazdy na niebie, Asi Maron - nowego kota-przyjaciela, Edkowi Goś - więcej czasu, Bożenie Żuk-Winieckiej - śniegu w lato, Darkowi Stolarskiemu - nowej, czarnej skóry, albo nowego, czarnego samochodu, Bolkowi Majchrowskiemu - nowego krewniaka na genebase, Basi Zalewskiej - zdrowia dla dzieci, Mirce Bartoszewskiej - węgrowskich wspomnień ciąg dalszy, Wojtkowi Beszczyńskiemu - przyjaciół Wikingów, Piotrkowi Młynarczykowi - lasu, albo młyna, Jackowi Okulusowi - w dalszym ciągu życzliwych proboszczów, Józiowi Pławskiemu - blogów wszelakich, Bożenie Dereckiej - miłych urzędników, Joli Ilnickiej - zadomowienia się tutaj na dobre, Adamowi Roguskiemu - odnalezienia brakujących przodków. A na koniec coś dla podrażnienia podniebienia: http://www.genebase.com/node/A897326 - dwa nowe przepisy.
|
|
Wczoraj wieczorem przyszła pocztą przesyłka, a w niej:  Przesyłka została nadana w Bytowie, przez Margolcię. Aniołek jest piękny! Moja Ewa powiedziała: Ma dziewczyna dryg w ręcach! I to prawda. Margolciu, cała rodzina Kiliszków składa gorące podziękowania! Życzymy Tobie, Twojej Rodzinie i Wam wszystkim, te słowa czytającym, ciepłych, pogodnych zdrowych, rodzinnych Świąt Narodzenia Pańskiego. A aniołek dołączył do swoich krewnych. Na tej ścianie jest rodzina Drewnianych, Glinianych, Gipsowych i Procelanowych. Na innej - są szklane i witrażowe.  W naszej rodzinie Anioły mają swoje miejsce, przyjaźnimy się z nimi, a one troszczą się o nas. Stąd obecność naszego ich wyobrażenia w naszym domu. Kto ma jeszcze aniołki?
|
|
W poniedziałek ropocznę pracę w nowym miejscu. Cieszę się z tego bardzo, ponieważ w poprzednim pracowałem (2 lata), ale przestałem otrzymywać pieniądze. Przez ostatnie 3 miesiące pracowałem, a nic nie zarobiłem. Trudno w ten sposób utrzymać 7-osobową rodzinę. Całe szczęście, że moja kochana Ewunia bardzo ciężko pracuje i dostaje za to wynagrodzenie, no i są przyjaciele, na których można zawsze liczyć. W swojej krótkiej karierze zawodowej, od 1990 r pracowałem już w 11 miejscach pracy. To nowe będzie 12-tym. Mam nadzieję, że tym razem będzie dłużej niż zwykle. Praca będzie ambitna, ciekawa, rozwijająca i ze świetnymi warunkami finansowymi. Wymarzona praca. Nowe nadzeje, nowe plany, nowe marzenia... Jak będzie naprawdę? Zobaczymy.
|
|
Dziś przeczytałem swoja gen-pocztę i: Święty Mikołaj nadchodzi... Etymologia nazwiska: Kiliszek ( bez daty źródłowej ) - od kielich, w pochodnych też od imion Kielian, Kilian. Żródło: Kazimierz Rymut, "Nazwiska Polaków. Słownik historyczno – etymologiczny" , Instytut Języka Polskiego PAN, Kraków 1999 Opis imienia: Dariusz – imię pochodzenia staroperskiego, od słowa Dãrayavahuš (podtrzymujący dobro). Imię to nosiło trzech perskich królów. Zdrobnienia: Darek, Dareczek, Daruś. W poezji: W Suzie na dworze król Dariusz ucztuje; Sto cudnych dziewic jemu usługuje. Sto niewolników na klęczkach się wije - On innej wody przy stole nie pije. Zgadnijcie z kim Mikołaj ma konszachty? Dzęki Mikołaju!
|
|
Walne Zgromadzenie PTG i SPOTKANIE
Jako, że jestem członkiem PTG, będę na poniższym zgromadzeniu, którego zwołanie przytoczę w całości: Na dzień 06.10.2007 roku Zarząd Polskiego Towarzystwa Genealogicznego zwołuje Walne Zgromadzenie Członków.
Spotkanie odbędzie się w Warszawie-Wilanowie, ul. Stanisława Kostki Potockiego 11, o godzinie 12..00, w budynku Rady Dzielnicy Wilanów. (dojazd z Dworca Centralnego - autobus 130).
Dlaczego o tym piszę? Ano, przyszło mi do głowy, że mogłaby to być okazja do wzajemnego spotkania się. Przed, w trakcie lub po tym zgromadzeniu. Może wpadlibyście później do mnie i jakiś - kiedyś obiecany - gulyás udało by się zrobić? A jak zrobiłoby się późno, to i jakieś miejsce na przenocowanie znalazłoby się. Co o tym myślicie? No i po Walnym Zgromadzeniu. Zdjęcia zamieściłem tutaj: http://s178.photobucket.com/albums/w259/darek_kiliszek/PTG/
Co było na Walnym - opisał Jacek Młochowski na genealodzy.pl Ja może dodam tyle, że było trochę "formalizmów" - sprawozdania, głosowania, etc. ale to poszło dość sprawnie i nie było nudów. Potem były dyskusje, których pisze Jacek. Dla mnie równie ważne było - jakby tu powiedzieć - przebywanie wśród mądrych, a jednocześnie pokornych i życzliwych ludzi. Ci, którzy byli na podobnych spotkaniach, więdzą o czym mowa. I właśnie dlatego zaprosiłem Was, tak na Walne Zgromadzenie, jak w moje skromne, niegodne progi. Może innym razem. Spośród tych, którzy tu wynurzają się czasami, widziałem się z Jacekiem Cieczkiewiczem - dzięki Jacku za spotkanie i kilka chwil rozmowy.
|
|
Mam już dość tej genealogii...
Myślałem, że od wczoraj mi przejdzie, ale nie! Trzyma mnie ciągle! I muszę to Wam wyrzucić z siebie. Ale po kolei. Troje z czworga moich dziadków i ich przodków pochodzi z jednej parafii, której nazwę chyba przemilczę. Są akta w AP, ale tylko 14 lat - koniec XIXw. Mikrofilmów u Mormonów nie ma. Są akta w parafii. Od roku 1682 do dziś, z nielicznymi przerwami. Ponad 300 lat! Wiedziałem, że różowo nie będzie. Wykorzystałem wszystkie inne źródła. Przymierzałem i przygotowywałem się do "uderzenia" tam od 2 lat. Zdobywałem doświadczenie "ogólno-genealogiczne". Zrobiłem stół reprodukcyjny do fotografowania ksiąg. Pojechałem tam pierwszy raz na początku sierpnia. Księgami zawiaduje organista. Dość młody człowiek, w miarę normalny, sympatyczny. Księgi są na chórze, i mogę je przeglądać w czasie trwania niedzielnych mszy od 7 do 13. O możliwość robienia zdjęć nie pytam, tylko po prostu je robię. Nie wyraził sprzeciwu, a więc chyba można. Zrobiłem z ręki ponad 300 zdjęć indeksów urodzeń i połowy ślubów. Jak się okazało w domu, kilkanaście było złej jakości. Mógłbym przyjechać następnym razem, zrobić je jeszcze raz i robić następne zdjęcia - indeksów, moich przodków, a może i całych ksiąg. Ale nie! coś mnie podkusiło - jak zwykle - i chciałem być w porządku. A więc zapytałem, że może warto byłoby sfotografować wszystko, żeby... no sami wiecie co mówiłem. Usłyszałem, że on może tylko pozwolić na to co właśnie teraz robię, jeśli chcę więcej to, żebym się zgłosił do proboszcza. Niby słusznie. I to było pierwsze ostrzeżenie, które ja - o jakże durny - zignorowałem, i zwróciłem się do proboszcza. Za kilka dni zadzwoniłem do niego i mówię, że interesuję się genealogią i ... a on, przerywając mi, mówi: oooo! takich jak pan, to ja dziesięciu mam w ciągu tygodnia na głowie! No - myślę sobie - nie zaczęło się dobrze. Ale próbuję z nim rozmawiać i używać wszelkich wyuczonych i praktykowanych technik negocjacji i sprzedaży razem wziętych. Udało mi się go zainteresować swoją osobą, mówiłem o PTG, o kolegach fotografujących i indeksujących księgi, i że ja chciałbym też pomóc itd. A on na to: a ile to będzie kosztować, gdzie takie akcje były przeprowadzane, co się z tymi materiałami dzieje? Niby sensowne pytania. A potem zakończył rozmowę: to ja musze zapytać ks. biskupa. No to kolana mi się ugięły i pomyślałem sobie: po ptokach. Ale nic, nie tracę nadziei. Postanowiłem pójść za ciosem i napisałem mądre i ładne pismo wyłuszczające o co mi chodzi, załączyłem referencje od własnego proboszcza, od Jacka z PTG, dołączyłem wywód moich przodków i wysłałem. Zadzwoniłem za kilka dni. Proboszcz mówi, że pismo mu się podobało, wysłał do biskupa i trzeba czekać. W ostatni piątek, zadzwoniłem kolejny raz z pytaniem, czy jest decyzja. I była – ale negatywna. Żadnych zdjęć. Uzasadnienie: „żeby to nigdzie nie wypłynęło”. Nie odważyłem się zapytać co to znaczy. No, myślę sobie, ale sobie sam narobiłem. Ale jeszcze nie rezygnuję. Mówię, że może warto zachować i zrobić zdjęcia tych ksiąg, że mógłbym pożyczyć swój stół reprodukcyjny, żeby może on sam je zrobił. Zgodził się na to. Czy mogę prowadzić swoje badania? Oczywiście – jak najbardziej! Pojechałem więc w ostatnią niedzielę. Organista już się mnie spodziewał. Jak zobaczył aparat i sprzęt – od razu zaprotestował i powiedział, że proboszcz zabronił. No więc zszedłem do proboszcza i próbuję coś uzyskać. Nic. Ściana. Nie można. Dane mogą „wypłynąć” i pojawić tam gdzie nie trzeba. Proboszczowie tych parafii, gdzie były indeksowane księgi - o których wspomniałem na jego życzenie - już mają nieprzyjemności. Tu padła również nazwa parafii, która jest najlepiej zaindeksowana w Polsce, a jest sąsiednią parafią do tej, którą się interesuję. Nawet ci proboszczowie mają przechlapane, dla których indeksowanie było przeprowadzane z materiałów Mormonów. No to całą diecezję załatwiłem na cacy. Proszę prowadzić swoje badania, ale bez żadnych zdjęć. Zapytałem, czy chce wziąć stół. Tak, wziął – odda za miesiąc lub dwa. Wziął o godz. 7, po to, aby o 13, przed moim odjazdem oddać mi. Nie rozumiem. Cóż było zrobić? Powlekłem się na ten chór jak skazaniec. Właściwie powinienem być szczęśliwy, bo mogłem wziąć ołówek i kartki i notować – co też uczyniłem. W dwóch gałęziach przeskoczyłem na następne pokolenie, znalazłem parę innych osób. Oczywiście parę zdjęć (13 szt.) zrobiłem, szczególnie te nowe pokolenia - musiałem. Trochę cieszyłem się, ale coś tę radość tłumiło. Okazało się też, że „giną” księgi. Przed moim pierwszym przyjazdem dowiedziałem się od jednego z kolegów z GP, że pół roku temu była księga chrztów i ślubów z 1682–1719, a teraz jej nie ma. I wg organisty może ją mieć proboszcz. Zawartość szafy pomiędzy moimi dwiema wizytami różniła się o 8 ksiąg z lat 1720-1836. Zostały księgi rozpoczynające się od 1826 roku. Gdzie są? Mam nadzieję, że na plebanii. A w ogóle to przechowywanie tych ksiąg w tej starej, zakornikowanej szafie na chórze też nie jest odpowiednie.  Pamiętam różniste dyskusje nt. dostępu do parafii na GP. Ja rozumiem wszelkie obawy proboszczów przed udostępnianiem ksiąg. Rozumiem, że proboszcz nie jest stworzony po to tylko, aby „służyć” genealogii i genealogom. Ale to powinien być w końcu Kapłan. A spotkałem się chyba z kimś kto lubi „księdzowanie”, a w szczególności „proboszczowanie”. Smutne to. Chciałem zrobić coś więcej. Czy to źle? I dlaczego!? Przyczyna! Różne oczywiste myśli przychodzą mi do głowy i zduszam je w zarodku, bo nie chcę źle o nikim myśleć. Źle się z tym wszystkim czuję i musiałem to komuś, oprócz mojej kochanej żony Ewy, opowiedzieć. PS. Trochę mi lepiej jak to napisałem. Ale tylko trochę. PS2. Ogłoszenie: Stół reprodukcyjny – wypożyczę. Za darmo. Odbiór i zwrot w Warszawie lub w domu w Owczarni. PS3. Za kilka dni chyba wykasuję tego bloga.
|
|
Ślub Joli i Łukasza i 110-letni 3x pradziadek Jan
Dnia 15 września 2007 roku byliśmy na ślubie i weselu mojej stryjeczenej siostry Joli w Żelechowie. Ślub był bardzo miły, rodzinny i ciepły. Jola Kiliszek i Łukasz Pieńkos. Prawda, że ładnie wyglądają? Wesele było dość duże, ok 170 osób. Atmosfera bardzo sympatyczna, rodzinna i ... weselna! Muzyka - niezła, jedzonko wyśmienite, obsługa rewelacyjna! Bawili się goście w wieku średnim, dość młodym i troszkę starszym. To ja z Ewą A to mój Maciek z bratanicą Basią. Babcia ojcierzysta - Marysia - właśnie tydzień wcześniej skończyłą 94 lata. Na weselu, oprócz wesela, oczywiście uzupełniłem parę dat i faktów - przecież to rzadka okazja. Odbierałem też zasłużone i należne dowody podziwu z genealogicznych dokonań.  Na drugi dzień, po południu były jeszcze poprawiny. Natomiast czas pomiędzy weselem "właściwym" a poprawinami, chytrze i przemyślnie zaplanowałem na poszukiwania genealogiczne. No naprawdę musiałem. Otóż 10 km od Żelechowa jest wieś Zadybie Stare. Stąd pochodzą moi obaj dziadkowie. Tam, jako szkolne dziecko, spędzałem większość wakacji. Następne 15 km dalej jest wieś Babice w par. Korytnica, skąd pochodziła moja macierzysta babcia Janka. Nie wiem, jak to się stało, ale nigdy tam nie byłem. Namówiłem moją mamę, żebyśmy tam pojechali, odwiedzili rodzinę. Moja babcia była najstarsza i miała dwoje rodzeństwa rodzonego i ośmioro przyrodniego. Cztery przyrodnie siostry z jej rodzeństwa tam mieszkają. Odwiedziliśmy trzy z nich. Bardzo się ucieszyły z naszej wizyty. Maria Helena Emilia Powspominaliśmy sobie dawne czasy, ale też to co dzieje się z nimi i ich rodzinami teraz. Oczywiście wszystko zapisałem. Helena miszka w Korytnicy między Kościołem a cmentarzem. Na tym cmentarzu leżą nasi przodkowie. Helena bardzo opiekuje się "naszymi" grobami, często tam chodzi, a teraz została naszym przewodnikiem. Nagrobków naszej rodziny jest ok. dziesięciu, osób oczywiście więcej. Najbliższe osoby spoczywają w poniższych dwóch.  Babci Janki ojciec Piotr i jego dwie żony Józefa (mama babci) i Katarzyna (na dole tablicy) oraz babci dziadek i babcia Michał i Katarzyna. O wszystkich tych osobach i ich danych wiedziałem wcześniej, ale to zupełnie coś innego stać przy ich grobie.  Tu są macierzyści dziadkowie babci Janki, a rodzice Józefy z poprzedniego grobu - Tomasz i Helena (z d. Kubiak). Natomiast Jan Chojecki - ojciec Tomasza, a pradziadek mojej babci - jest nowopoznanym moim 3x pradziadkiem. Tutaj dowiedziałem się o jego istnieniu. Żył 110 lat - 1809-1919. Niezły wiek, a nawet więcej niż wiek. Tak sobie myślę w jakim okresie historii żył, co przeżył, czego był świadkiem. To jest ołtarz Kościoła w Korytnicy. Przed tym ołtarzem 18 lipca 1932 moja babcia Janka i dziadek Aleksander wzięli ślub. A wyglądali wtedy tak:
 W ciągu dwóch dni - ślub i wesele, spotkania z rodziną dość bliską, i dość daleką, spotkanie ze zmarłymi przodkami, z miejscem, gdzie żyli, pracowali, rodzili się i umierali, cieszyli i płakali. Byłem tam pierwszy raz, ale to moje miejsce.
|
|
Nasi Węgierscy przyjaciele u nas.
W drugiej połowie lipca 2007 roku gościliśmy zaprzyjaźnionych Węgrów: Csabo, Elizabeth, Orsi i Adama. Pobyt miał być tygodniowy, a zrobił się dwutygodniowy. Przyjechali w sobotę, 16.07, wieczorem. Gadamy trochę, ustalamy plany na najbliższe dni, odpoczywamy. O planach nie będę pisał, bo relacja byłaby dwa razy dłuższa. Opiszę tylko rzeczywiste wykonanie planu modyfikowanego na bieżąco. Dzień 1 – niedziela O godzinie 11 w Podkowie Leśnej mieliśmy mszę rocznicową naszego ślubu i Maćka urodzinową – 10 lat. Po mszy obejrzeliśmy podkowiański kościół z ogrodem, parki, uliczki. W trakcie - lody, a upał niemożliwy. Potem pojechaliśmy do pobliskich Otrębus do Muzeum Motoryzacji.
 Panie szybko zaliczyły zwiedzanie, natomiast panowie troszkę pooglądali to i owo. Potem do domu na późny obiad. Dzień 2 – poniedziałek Ten dzień przeznaczony był na Warszawę. Zaczynamy od Zamku Królewskiego.
 Bardzo się podoba. Idziemy na Starówkę. Łazimy trochę, dochodzimy do Rynku Nowego Miasta, jest fajnie, ale przyjaciele zaczynają być zmęczeni.
 Jest późne popołudnie, wracamy do domu. Łazienki i Wilanów, które były w planie, poczekają na lepsze czasy. Dzień 3 – wtorek Wstajemy o 4 rano i wyjeżdżamy nad morze. I od razu zmiana planów. Mieliśmy zajechać do Gdańska i Gdyni, a potem na miejsce zakwaterowania do Żarnowca. Jednak jest dobra pogoda, a ma zmienić się następnego dnia na gorszą, więc najpierw jedziemy od razu nad morze. W Jastrzębiej Górze jedzonko. Dla mnie moje ulubione wędzone (na miejscu!) rybki. Pycha. O 13 za Jastrzębią już moczymy się w wodzie.
 Dla nas normalnie – 18C, czyli ciepło. Dla przyjaciół Węgrów troszkę szok termiczny po ich Balatonie. I ciekawostka – na plaży spotykamy znajomych, z którymi nie widzieliśmy się z 15 lat. Na wieczór ściągamy do Żarnowca na miejsce zamieszkania. Dzień 4 – środa Wstajemy normalnie, ja z żoną idziemy do Żarnowieckiego, średniowiecznego kościoła, zjadamy śniadanie i na plażę do Dębek. Wracamy wieczorkiem, grill, gadanie itd.
 Dzień 5 – czwartek Po śniadaniu wyprawa pociągiem z Wejherowa (z uwagi na korki) do Gdyni i Gdańska. Zwiedzanie w Gdyni Błyskawicy i nabrzeża do falochronu. Na Dar Pomorza nie było chętnych. W Gdańsku przejście z dworca kolejowego po kolei: Targ Drzewny,
pomnik Jana III Sobieskiego, Węglarska, Targ Węglowy, i przez Bramę Złotą na Długą i Długi Targ, Ratusz, fontanna Neptuna, Dwór Artusa, przez Bramę Zieloną do Żurawia. Towarzystwo trochę wymiękło, więc powrót przez Bramę i ulicę Świętojańską na perony i powrót. Po powrocie jeszcze na plażę w Dębkach – wymoczyć się i zobaczyć zachód słońca.
 Dzień 6 – piątek Wczesna pobudka, śniadanko, pakowanie, spakowani na plażę, moczenie i suszenie na słońcu i odjazd z Wybrzeża. Po drodze zajeżdżamy do Malborka. Akurat są jakieś festyny, Zdobycie Malborka, czy coś takiego. Zwiedzamy, ale tylko z zewnątrz. I tak zajęło to ze 3-4 godziny. Powrót późną nocą do domu. Dzień 7 – sobota Pełen luz. Nic nie robimy konkretnego. W planach jest wyjazd do siostry mojej żony, a jednocześnie mojej bratowej na jej 40-te urodziny. Csaba na tę okazję robi gulyás.
 Wieczorem jedziemy do Wołomina na urodziny.
 No, na urodzinach, jak to na urodzinach, co ja będę pisał. Dzień 8 – niedziela Przed południem do kościoła w Podkowie. Po południu leje. Ale wieczorem wybieramy się do Żelazowej Woli.
 Dzień 9 – poniedziałek Przyjaciele chcieli zrobić zakupy. A więc to dzień zakupów. Supermarkety, centra handlowe etc. Kupili dużo skórzanych i sportowych butów. Oprócz Elizabeth. Csabo stwierdził, że polski system logistyczny jest za słaby na wymagania jego żony. On zaś kupił buty w pierwszym sklepie, w ciągu pierwszych 3 minut. Dzień 10 – wtorek Dzień odpoczynku i leczenia ran psychofizycznych po zakupach. Dzień 11 – środa Pobudka o świcie i wyjazd na południe. O 7 jesteśmy na Jasnej Górze.
 Pada, ale nie zrażamy się. Jedziemy dalej – do Oświęcimia. Elizabeth zostaje z Adamem na zewnątrz. Wchodzimy do Auschwitz. Muszę się przyznać, że ja nigdy tam nie byłem. Mówiłem sobie, że i tak wszystko wiem, widziałem w książkach i na filmach dokumentalnych. Jednak teraz wiem, że to nie to samo. Wstrząsające i porażające, słów brakuje.
 Ponadto na wiszących tam fotografiach zmarłych w obozie ludzi, znajdujemy dwie nastolatki o nazwisku mojej żony – siostry, może bliźniaczki i na dodatek podobne jak dwie krople do mojej żony w tym samym wieku. Niesamowite – muszę to zbadać. Nikt do tej pory w naszych rodzinach nie miał nikogo z bliskich w obozie. Po drodze do Krakowa zajeżdżamy do Tyńca.
 Jednym z ojców benedyktynów jest mój przyjaciel. Potem na Bielany. Na Grabowej mamy noclegi u znajomych Sióstr Klawerianek.
 Wieczorem jeszcze wchodzimy na Kopiec Piłsudskiego. Wracamy po ciemku i idziemy spać. Dzień 12 – czwartek Rano, po śniadanku jedziemy do Wieliczki. Zwiedzamy kopalnię i muzeum.
 Kupujemy większe i mniejsze grudki soli. Po zwiedzaniu wracamy do Krakowa i na rogu Kościuszki i Krasińskiego
 w barze przenosimy się 20 lat wstecz. No, może poza tym, że sztućce są jednorazowe, a nie aluminiowe. Zjadamy smaczny i tani obiad. Idziemy na Wawel.
 Po Wawelu na Stare Miasto, ale sił starczyło tylko na dojście do Rynku.
 Wracamy na Grabową. Dzień 13 – piątek Jedziemy do Zakopanego. Nie mieliśmy zarezerwowanych kwater, więc schodzi się nam dość długo z ich znalezieniem na jedną noc. W końcu mamy coś za jakieś horrendalne pieniądze. Jest wieczór. Idziemy na Krupówki, kupujemy różne niepotrzebne rzeczy i wjeżdżamy kolejką na Gubałówkę.
 Od ostatniego czasu kiedy wjeżdżałem (chyba ze 20 lat), kolejka jest zupełnie inna. Przeszklony dach, jedzie szybko, nie wydaje ostatnich jęków, jakby miała się za moment rozlecieć. Żadna frajda. Dzień 14 – sobota Po tym, jaki poziom kondycyjny okazał się na miejskich ulicach nie proponuję czegoś, co przekraczałoby możliwości grupy. Idziemy do Doliny Strążyskiej.
 Widząc, że drużyna nie pada idziemy do Wielkiej Siklawicy pomoczyć łapki i wracamy.
 Odprowadzamy naszych przyjaciół do granicy w Chochołowie, krótkie pożegnanie i… 2 tygodnie minęły jak z bicza strzelił.
 My po drodze zajechaliśmy do kochanego Ludźmierza.
 Podsumowanie Wielką trudnością było dla mnie trafienie w oczekiwania przyjaciół. Pytanie wprost nie zawsze dawało efekty. Zgodziliby się na wszystko, żeby nie sprawić nam kłopotu. Nie wiedziałem, czy wolą leżeć plackiem na piachu, czy pomęczyć się na górskim szlaku, czy łazić po starych uliczkach i kościołach. Wydaje się po 2 tygodniach, że dużo by chcieli zobaczyć, ale nie są w najlepszej kondycji fizycznej. Myślę jednak, że są zadowoleni z pobytu w Polsce, a na pewno tak mówią. Moje wrażenia? Lubię, ale niezadługo poleżeć na piachu, lubię popływać w morskich falach, lubię stare miejsca, z duszą. Często przejeżdżam obok nich, nie wiedząc o ich istnieniu, lub z braku czasu nie wstępując tam. Lubię nasze góry, choć szczyty chyba nie są dla mnie już dostępne. Mam problemy z kolanami przy schodzeniu. Lubię też Kraków. Nigdy tam nie mieszkałem, ale gdybym mógł wybierać, to nie namyślałbym się. Lubię taki urlop – dziś tu jutro tam, tak więc dla mnie był udany. Nie wyobrażam sobie tzw. wczasów z określonymi porami posiłków i zaplanowanych zajęć. Dzęki za Wasze uwagi. Malbork pokazałem. Nie zamęczyłem ich. Ten automat do kawy przywieźli ze sobą. Bez dobrej kawy to nawet oczu nie otwierają. Na Szymbark (i inne miejsca) nie starczyło czasu.
|

|
|