Welcome, Sign in   |   Help
Genebase Bionet Builder
Advertisement
TUTORIALS NEWS LEARNING CENTER STORE APPLICATIONS
 
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
1 to 10 of 186 journal entries |  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 .. 19  Next »
Sort
Time
Category
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
Kim był w tamtym roku?
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Dec 18 2008, 05:19 am | Updated: Dec 18, 2008
W przedświątecznym szykowaniu "urodziło mi się" dwoje dzieci prapradziadka ;-) Ale zaskoczenie!
jeden akt  jest w języku polskim, drugi w rosyjskim. I z tym rosyjskim mam kłopot, bo nie umiem rozszyfrować kim był Andrzej. Wychodzi mi Andrzej Blewązka  .........( coś tam) lat czterdzieści .....(chyba pięć).  ja Wy to widzicie, ba ja już nie widzę ;-)


Category: - | Views: 267 | Add / View Comments (11)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
koniec opowieści o zbójach
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Dec 7 2008, 05:39 am

Spokój wreszcie we wsi zapanował. Kto miał jechać ze zbójami, pojechał, kto miał robotę - do niej wrócił. Jeszcze tylko dzieciaki, co  gęsi pilnowały, czy krowiny jakiej,  siedziały w kupie i  jedno przez drugie opowiadały, co im się usłyszeć udało, czy podpatrzeć z daleka.  Wieczorem, podczas wieczerzy na nowo po chałupach  gadanie się zacznie, bo też przecież nie co dnia zbójów kto przydybie.  A jeszcze i  łomoty im sprawi.

Na skraju wsi, pod drzewem,  leśniczy z żoną i Janem siedzieli. Wspominali wspólne chwile,  dzielili się tęsknotą, opowiadali o latach  minionych. Jeszcze prócz Mateusza nikt nie pomiarkował, jakie to sprawy wspólne leśniczy z wędrowcem mieć może. Dzieciaki – pastuszki,  tylko z daleka uszu nadstawiały, ale wiatr w inną stronę dziś głosy  niósł. Wytrzeszczały zatem oczy, aby  gestu żadnego nie przegapić, grymasu czy łzy – będzie co opowiadać w chałupie!

Gdy poszarzały pola i domy, gdy  dzień ku  spoczynkowi się szykować zaczął, wyszedł Kokot  po  Jana i jego rodzinę.

- Pozwólcie na wieczerzę do naszej chałupy.  Strawy ciepłej pojecie, to i na sercu lżej się  stanie.

- O mateńko! A to nam przecież  do domu czas ruszać, noc zaraz. Jaśku, z nami pojedziesz? – Agata bardzo chciała brata po latach odzyskanego blisko siebie mieć.

- Agatko,  u Mateusza zostanę.  Nie gniewaj się. Przyjdzie czas, że i Wasz dom odwiedzę.

- Tymczasem, prosim  na wieczerzę. Zaraz się pewnie ludziska zejdą, by o  leśniczyny  bohaterstwie posłuchać. A i z sądów pewnie wrócą, to wieści jakich się i my dowiemy.

Po chwili, gdy ugadali się,  że nie pora to jeszcze wyjawiać, kim jest wędrowiec, ruszyli ku Kokotowej chałupie.  Tam już Józefa wieczerzę  uszykowaną miała. Chleb i  ser na stole czekały,  na piecu ziemniaki się grzały, okrasa czekała. I jaj miska pod  płótnem , by gości jajecznicą podjąć. 

Przy stole  pogadano, to o robocie w polu, to o kłusownikach, co po księżowskim lesie zwierzynę  trzebić zaczęli. A miał z nimi Michał kłopot wielki, zaś  ludzi do pomocy mało.  Tu na powrót o zbójach gadka się zaczęła, czy też  i oni po lasach nie kłusowali i  na przeszkodzie im leśniczy  był.  

Ledwie wieczerzę skończono,  rozległo się psie ujadanie, a zaraz potem ludziska zaczęli się schodzić.  Jeden od drugiego zwiedział się, że leśniczy u Kokotów  wieczerza, to i ciekawość  ich przygnała. Porozsiadali się  na czym szło i jak wczoraj wędrowca opowieści, tak dziś leśniczyny słuchali. Zarumieniona Agata znów swą  historię opowiadała. Nie każdy  za dnia ją słyszał,  a i ten co słyszał, z chęcią raz drugi posłucha. Będzie co  w zimowe wieczory wspominać. 

Niedługo potem  znów pies się rozszczekał – to wrócili  chłopy, co zbójów do sądów wieźli.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – od progu   przywitali się  Rychlik z Wojtaszkiem, a zaraz za nimi  weszli  Szczepan, Franek  i Rudy Antek z Błażejem.

- Na wieki wieków – odpowiedział im chór głosów.  – Cośta tak długo nie wracali?

- A, bo to o wszystko się pytają. Temu trza gadać, temu i temu. Coraz to nowy przychodzi i od nowa. – Rychlik widać  umęczony był  wyprawą ze zbójami. Zaraz też mu Kokot stołek podsunął, by se  usiadł wygodnie. Ledwie jednak  Walenty  gębę otworzył, zaraz młokosy, jeden przez drugiego opowiadać zaczęli.  

- A jakeśmy powiedzieli, że ich  baba – tu Franek kuksańca w bok od Wojtaszka zarobił. - No, e... leśniczyna złapała, to uwierzyć nie mogli i znowu musielim wszystko powtarzać.

- Potem kazali  zbójom gadać jak było. I kto ich tak pobił.

- A te łajzy gadać nie chcieli.

- Jak to, nie chcieli?  - Zdenerwowała się  Wiśniewska, bo i ona  do Kokotów przyszła. -  Cichajta no gołowąsy. Walenty, gadajże, jak to było.

- E, niech gadają, mnie już w gębie od tego  gadania wyschło.

- Józia, a dajże tam co do gardła spłukania. Jeszcze tam co chyba ostało się  mocniejszego.

Po chwili na stole stanęła flaszka z gorzałką, co to na chrzciny małego Blewązki goście przynieśli. Walenty chętnie po kieliszek sięgnął, ale na tym jednym  przestał. Honor trza mieć, przecie nie na  wesele przyszedł. Tymczasem  młodzi -  Franek, Błażej i  Antek, jeden przez drugiego rajcować o sądzie zaczęli.

 - No, nic nie chcieli gadać.. Pewnikiem nie bardzo im było,  co ich, baba, znaczy się kobita, obtłukła.

- W końcu powiedzieli, bo  te z sądu gadali, że po świadków pojadom,  po leśniczynę i leśniczego. Tedy się zestrachali i wszyściutko  wyśpiewali, jakby księdzu dobrodziejowi na spowiedzi..

- A ten  starszy to się nawet przyznał, że to on z bratem swoim dawniej napadli na  kilka leśniczówek.  I do tego noża waszego brata się przyznali, i do mordów różnych innych też.

- Wtedy to się tam piekło zrobiło!  Zaraz mundurowych z   bronią sprowadzili, i za szmaty  zbójów!-  Franek tak zawzięcie opowiadał i rękoma wymachiwał, że mało Błażejowi oka nie podbił.

-  Tedy już śmiechów nie było. Powiedzieli, że ich do Ostrowa  jutro zawiozą, a tam już się nimi zajmą tak, że pożałują, że się porodzili.

- A potem to ich mogą nawet i do jeszcze ważniejszych sadów wozić, bo takich morderców to trza przykładnie ukarać, ten najważniejszy tak gadał.

 - Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy – dodał  Kokot.

Cicho się w chałupie przez chwilę zrobiło, każden zamyślony siedział. Błażej   oderwał się od  ściany i cały zarumieniony do leśniczyny podszedł. Zza pazuchy wyciągnął zawiniątko i  Agacie podał. Patrzyli wszyscy z rozdziawionymi gębami, bo Błażej kawał chłopa był, ale wstydliwy okrutnie do obcych.

- Pisarz z sądu kazał, co by Wam to dać.

Agata zawiniątko rozchyliła i wszyscy mogli zobaczyć srebrny pierścień z kamieniem  szafirowym.

- Co to? Czemu?

-  Ten pisarz mówił, że to siostry jego było. Ją też  zbóje…  On to  nosił na łańcuszku,  pamiątkę taką.  Jak o Was usłyszał,  kazał dać i podziękować.

- Za co?

- Gadał, że  dzięki Wam  duszę będzie miał już spokojną.

Westchnienia to tu, to tam się rozległy,  niejedna kobieta łzę otarła,  ten i ów się przeżegnał. Agata stała wpatrzona w pierścień. Błażej znów się w cień przy ścianie schował.

- Czas już nam. – Rychlik podniósł się ze stołka. -  Długi to był dzień, odpocząć trza. Dobrej nocy wszystkim. Zostańcie z Bogiem.

- Z Panem Bogiem – odpowiedział Kokot. I powtarzał raz za razem, gdy mu się w chałupie wyludniać zaczęło. W końcu zostali tylko gospodarze z wędrowcem i leśniczy z żoną.

- I na nas czas Michale. – Agata  zawinęła nazad zawinęła pierścień i gotowa już do drogi była. – Jaśku, a  zjaw się jutro u nas. Czas już wrócić do żywych.  – Uściskała brata serdecznie, pożegnała się z  Kokotami i z chałupy wyszła, a Michał z Janem za nią.

- Może się w końcu zły los od nich  odwróci – Józia siedziała przy stole zapatrzona w ogień. – Ma rację Agata, czas mu już wrócić do żywych, do siostry, do  druhów dawnych. A może i Agata dzieciątka się wtedy jakiego dochowa.

Kokot zapatrzył się w swoją Józię.

- Do siostry? Jakiej siostry?

-  Oj chłopie, chłopie, czy ty myślisz, że ja głupia czy ślepa jestem? – obruszyła się Józia i zawinąwszy spódnicą  za ogarnięcie izby się wzięła. – No, czego stoisz jak słup soli.  Wody nanieś,  bo czas spać się szykować.

Ruszył posłusznie Mateusz  po wodę, a po drodze  nadziwić się nie mógł, że też Józia pomiarkowała się we wszystkim.

- A nic się nie wydała wcześniej… A to szelma bystra, ta moja Józia. – I z uśmiechem zaczął wodę ze studni ciągnąć. W połowie sznura zatrzymał korbę… - Dzieciątko? Jakie dzieciątko? Muszę ja przy sposobności wziąć Józieńkę na spytki .- Z  tym postanowieniem dokończył wyciąganie kubła z wodą i do chałupy wrócił.  Po chwili wrócił i Jan, markotny  nieco.  Wcześnie się dziś u Kokotów  do snu pokładli, każden w swoich myślach  pogrążony i wyczekujący, co też dzień jutrzejszy przyniesie.

 

Category: - | Views: 307 | Add / View Comments (18)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
opowieści o wędrowcu część druga
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Oct 26 2008, 02:49 am | Updated: Oct 26, 2008

 

Nazajutrz, około południa, gdy Mateusz z wędrowcem drwa przed stodołą  rąbali, przejechał wozem przez wieś leśniczy z kobietą swoją. Nic by to i dziwnego nie było, gdyby leśniczyna nie pomstowała na czym świat stoi, przy okazji drągiem  tęgim waląc w coś, co na wozie leżało.

- A to co?- zadziwił się Mateusz. – Chodźmy,  coś się niepojętego dzieje.

Rzucili siekiery i Mateusz żwawym krokiem, a Jan nieco wolniej, ruszyli za wozem.

Po drodze Jan za brodę się szarpał i z myślami bił. Bardzo mu ta kobieta wrzeszcząca siostrę przypominała.  Jak ona niska była, drobna, ale głos przenikliwy niósł się daleko, gdy w złość wpadała. Pamiętał, jak strasznie Agata na niego pomstowała w domu rodzinnym, gdy jej chcąc dokuczyć, rzepów w warkocze nawczepiał, gdy spała.

Oj, wrzask był okropny wtedy, cała rodzina na nogi w jednej chwili stanęła. Prócz niego oczywiście, bo wiedząc co będzie dalej  do lasu zwiał.  Warkocze trzeba było  ściąć, a on od ojca w skórę dostał, a matka za karę  i jemu włosy obcięła i to do gołej skóry. Agata zaś go w nocy jak prosiaka  związała i cały ojcowy  kałamarz inkaustu  zużyła, by mu gębę wymalować. „Tyfus” go potem chłopaki przezywali, z racji tej głowy gołej i   siności twarzy, bo inkaust nie bardzo chciał się zmyć. A matka, chociaż  Agacie wlała, bo  pierzyny pobrudziła, to cytryny dać nie chciała do zmycia.  Mówiła, że  ślady własnej  głupoty trzeba nosić, by się rozumu nauczyć.  Dobrze, że potem  pogoda zrobiła się piękna, to przestali sobie dokuczać i dnie całe, gdy tylko roboty nie było,  nad wodą spędzali.  No i ten siny kolor zmywać się zaczął.   To było ostatnie lato, zanim do szkół poszedł.  Michała tam  poznał, swego druha najserdeczniejszego, a Potempo latach  i  męża Agaty.

Ależ oni  wesołe chwile razem spędzali.  I ten czas  gdy i on się  ożenił – z  Anną. Te kuligi w czwórkę, te tańce szalone   przy skrzypkach tatki. Potem  jemu z Anną  tu przyszło żyć, a Michał z Agatą bliżej  ojcowego gospodarstwa byli.  Czyżby to zaiste Agata z Michałem? Leśniczym tu Michał został?

Leśniczy  Michał, bo w samej rzeczy on to był,  zatrzymał się tymczasem  pośrodku wsi.  Bok wozu właśnie odpinał, jakby ziemniaki miał zamiar zwalać. Agata zaś nadal  drągiem łomotała  po czymś na wozie leżącym. Po chwili, Michał  wskoczył na wóz i  kopniakami zwalił z niego dwa wyładowane, jęczące worki.

- Matko Przenajświętsza, a cóż to wy robicie, panie leśniczy?! -  Wojtaszkowa załamała ręce. – Toć nie godzi się tak świń traktować.

- Świń?! To gorzej niż świnie – wrzasnęła Agata, zamierzyła się  i zdzieliła jeden z worków.

Ku zdumieniu zgromadzonych, świnia owa przemówiła ludzkim głosem, błagając o litość.

- Litości? Teraz ty litości prosisz? A miałeś ty ją dla Janowej Anny? A miałeś dla tego dziecka? Ja ci dam litość! – to mówiąc Agata waliła tęgo po workach, a mimo marnej postury, rękę miała ciężką. – Litości?! Ja ci dam litość! Z litości żeś się jeden z drugim  do naszej chałupy przypałętał? Z litości z toporem przylazłeś?

Ludzie stali oniemiali patrząc na leśniczynę. Mała, spokojna zazwyczaj kobietka, pełna  dobroci i uśmiechu, okazała się  być w złości  furią. Kokot zerknął na wędrowca. Ten zaś  stał jak słup soli, jak sól też blady i oczami gorejącymi na Agatę patrzył.

- Dosyć! – pierwsza ocknęła się Jakubowa i złapała Agatę za rękę. – Gadajcie, co się stało.

- Nie mogę….- Agacie kij z rąk w piach drogi wypadł, a i sama padłaby na ziemię, gdyby jej leśniczy nie złapał w porę. Ułożył żonę na wozie, a  ludziom kazał, coby worki rozwiązali.

 Zaraz też wydobyto z nich dwóch chłopów. Wyglądali oni strasznie. Jeden gębę całą miał poparzoną i tłustą jakąś, na oczy nie widział,  tak miał je zapuchnięte. Drugi miał chyba  nos złamany, a i rękę coś dziwnie wykręconą, pewnikiem złamana.

- O mój Boże…. – Jakubowa aż się przeżegnała. – Kto ich tak? Za co?

- Ja – Agata usiadła na wozie. -  Ja ich tak. Za mojego brata, za jego żonę i dziecko.

Leśniczy stanął przed wozem i zaczął opowiadać.

- Wracam ja  z porannego obchodu, już niedaleko domu jestem, gdy usłyszałem wrzaski jakieś,  co od strony leśniczówki dobiegały. Biegiem się puściłem, myśląc, że się mojej Agacie  złego co dzieje. No i dobiegłem w samą porę by zobaczyć, jak moja kobieta wali patelnią jakiegoś draba po gębie. Oboje wrzask robili straszny, sam nie wiem, kto bardziej wrzeszczał, Agata ze złości, czy ten łotr ze strachu i bólu.  Wmurowało mnie na amen. Jak się przecknąłem, to drab padł jak długi, a Agata wzięła sznur i zabrała się za  wiązanie łajdaka. Gdy mnie zobaczyła, kazała  iść do  izby, bo przy piecu drugi leży i może się ocknąć lada chwila. Trzeba go było związać.

- Zakradli się do chałupy i chcieli nas pozabijać. -  Agata zlazła z woza i przytuliwszy się do męża opowiadała. -   Słoninę akurat na skwareczki wytapiałam, gdy usłyszałam kroki za sobą.  Michał mój, zawsze od progu woła, że wrócił, a  i gorzałą nie cuchnie jak te tutaj. Zresztą każden, kto przychodzi od progu Pana Boga chwali, a nie skrada się jak wilk jaki. Tak złapałam patelnię, odwróciłam się i chlusnęłam  draniowi w gębę. Wrzasku narobił, za ślipia się złapał, to go po łbie zdzieliłam, aż padł. Myślę sobie, sam łazęgo nie przylazłeś.  Wylazłam przez okno z tą patelnią w garści i po cichutku obeszłam chałupę. To drugie  ścierwo z kurnika wylazło i do chałupy  mi się pcha. Z  toporem takim  w łapsku, że aż strach.  Łeb wsadził w drzwi i  nadsłuchiwał, tak ja go  moją patelnią przez grzbiet  raz, drugi, a jak się odwracał to po ramieniu dostał, a potem po  gębie i padł. Tylko… patelnia już do niczego, cała mi się  powyginała…

Obaj pobici siedzieli skuleni pośrodku drogi, otoczeni przez zwarty krąg ludzi. Wyglądało na to, że wszystko im już jedno, co z nimi będzie, aby tylko ta mała furiatka dała im spokój.

- Trza ich do aresztu – Wojtaszek drapał się po chudym brzuchu i kiwał głową. – Dostaną wyrok.

- Na co areszt, jeść im dadzą, wyśpią się  psubraty dobrze i czekać będą. Jeszcze zwieją gdzie.  Sami ich możemy ukarać – Franek Zakrzewski miał zawziętą minę.

- Po to sądy są, żebyś ty se rąk  krwią szubrawców nie brudził. – Wojtaszek przy swoim obstawał. – Nie twoje to prawo ich sądzić. Jak leśniczyna ich przy życiu ostawiła, to trza uszanować.

- Ano  zostawiłam… Wbrew sobie… Łajzy to i  szubrawce, niech  gniją i cierpią. Śmierć dla nich to nie kara.

- Ale jak  sąd zobaczy te gęby obite, to jeszcze leśniczynę zamkną – odezwał się znów Franek.- Ja bym ich nigdzie nie woził.

- Leśniczyny nikt nie zamknie, dyć ona o życie walczyła. Nie ona z toporem się zakradała.

- Ale nic jej przecie nie zrobili, to co sądy powiedzą?- Franek zawzięty był, w sąd nie wierzył i najchętniej sam by sprawiedliwość wymierzył.

- Młodyś, to i prędkiś, tu trza spokojnie. – Wojtaszek, odkąd sąd kazał  jego siostrze zapłacić mu  za ojcowiznę, wierzył w sprawiedliwość urzędową.

- Agato – Jakubowa podeszła bliżej – a cośta mówiły o bracie i jego żonie?

- Ano, będzie to już lat temu dziesięć, jak brata mojego rodzinę zbiry jakieś napadły i pomordowały. Żonę miał  dobrą, córeczkę śliczną, a te psubraty ich pomordowały. Jego pewnie też, chociaż ciała nie znaleźliśmy. Jak my mieszkali w leśniczówce. Tu niedaleko.

- To  wasz brat był? Ten Jan z Anną?

- Ano nasz.

- O, sprawiedliwy to był człowiek.  Szczery.  Wszyscy go szanowali. A toście nie gadali, że to rodzina wasza.

-  Nikt nie pytał, to co tam gadać i rany stare drapać.

- I myślicie, że to  te same łotry?

- Te same. Dowód mam. – Agata podeszła do woza i z kolejnego worka wyciągnęła topór wielki, a potem  nóż myśliwski. Topór rzuciła ludziom pod nogi. Ci odskoczyli nieco, bo narzędzie zaiste było to katowskie.

-  Najpierw myślałam, że mój Michał nóż  zgubił, a te łazęgi znalazły. Michał jednak swój nóż miał ze sobą. Wtedy mu się przyjrzałam dokładniej. Poszczerbiony był bardziej, brudny, jakby nigdy nie czyszczony, ale taki sam jednak.  Tylko dwa takie noże były.  Sama kazałam je zrobić dla  brata mego i dla męża. Znaki mają  te same na rękojeści i tu  u brzegu głowni.

Michał wyjął z pochewki swój nóż i każdy mógł się przekonać, że oba noże takie same były.

-  Ten tu – Agata szturchnęła nogą młodszego ze zbójów - miał nóż mojego brata.  Całą prawdę mi powiedział i przed sądem powtórzy. Mnie nic nie zrobił, ale za tamten mord odpowiedzą.

-  Zawieziecie ich do sądów? –Michał  wolał sam tego nie robić. – Jeszcze bym nie strzymał i sam sprawę załatwił.

- Zawieziemy – Wojtaszek był gotów do drogi. – Franek pojedziesz?

- Pojadę i przypilnuję, żeby ani okiem nie mrugnęli.

Po chwili nieszczęsnych łotrów zapakowano na wóz Wojtaszka. Franek Zakrzewski wraz z  Rudym Antkiem, z Błażejem i Szczepanem z tyłu woza siedli by baczenie mieć na  zbójców. Wojtaszek powoził, a Rychlik, jako że gadać umiał obok niego siedział, bo w sądach się przyda. Tak i pojechali.

Ludziska jeszcze w kupie stali. To  wspominali   Jana leśniczego, to odwagę Agaty podziwiali. Agata przy mężu stała. W pewnej chwili wzrok czyjś na sobie poczuła, a gdy w bok spojrzała, ujrzała oczy do swoich podobne wpatrzone w nią. To wędrowiec, o którym często słyszała, wpatrywał się w nią. Gdy wzrok jej uchwycił głowę spuścił, odwrócił się na pięcie i odszedł. Agata  za nim  spoglądała. Te oczy… krok jakby znajomy. Serce mocniej jej zabiło, zakołatało, zatrzepotało jak ptak w klatce.

- Jaśko…

- Co tam szepczesz? Do domu chcesz? – Michał pochylił się na  żoną.

- Nie, nic. Przejdę się tylko. Z wędrowcem pogadam. – To mówiąc puściła mężowską rękę i ruszyła za wędrowcem.

Dogoniła go na skraju wsi, złapała za rękaw.

- Jaśku…- Wędrowiec stał jak wmurowany.- Jaśku, żyjesz..

- Mylicie mnie z kimś kobieto.  Mnie … e…Wojciech. Tak, …  Wojciech mi dali.

- Ja się mylę? – W Agacie jeszcze złość buzowała. – Ja twojej gęby nie znam? Myślisz, że jak kłakami zarośniesz, to cię siostra rodzona nie pozna? Przebierzesz się za straszydło i myślisz, że serce mi nic nie powie? – I tak  wrzeszczała na niego, palcem w pierś dźgała, a łzy serdeczne z oczu jej płynęły.

- Ty wiesz, ile łez wylałam po was, po tobie? Wiesz ile razy te lasy we wszystkie strony z Michałem przeszliśmy,  ciebie, kości twoich szukając? Ty mi  mówisz, mylisz się kobieto!? – I byłaby wrzeszczała dalej, lecz wędrowiec ramiona rozłożył, przyciągnął do swej piersi tę małą  furię i uściskał tak mocno, tak serdecznie, że złość cała i  gniew  odeszły Agatę.

- Cichaj Kocie.

- Och Jaśku…

- Agata?!- Michał stał nieopodal i teraz jego złość nosiła. – Puścisz ty tego  włóczęgę?!

Agata  spojrzała na męża przez łzy  i pociągając nosem odrzekła:

- Nie puszczę, nigdzie nie puszczę -  i rozbeczała się na dobre.

Michała całkiem zatkało. Jeszcze swojej żonki płaczącej tak żałośnie nie widział. Podszedł bliżej, na wędrowca spojrzał, na jego gębę zarośniętą, na uśmiech przez łzy…

- O matko… Jaśko!

- Michaś!

Z daleka, oparty o ostatni płot we wsi, stał  Kokot i na ściskającą się rodzinę spoglądał.  Otarł oczy, wiatr mu chyba piaskiem sypnął, i wolnym krokiem powędrował do swojej chałupy. Zapali sobie fajeczkę, posiedzi  chwilkę pod jabłonką, a potem powie Józi, coby wieczerzę  większą szykowała, bo gości dziś będzie więcej.

Category: - | Views: 542 | Add / View Comments (18)
9 ratings
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
opowieść..ale nieco inna, chociaż niby to ciąg dalszy
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Oct 9 2008, 01:58 pm

Dzień był szary, zimne wietrzysko gnało po niebie deszczowe  chmury. Tylko ten, kogo wzywały obowiązki jakie, wychodził na taką zimnicę. A jednak pod wieczór, w  chałupie  Kokotów zebrała się spora gromada ludzi. Kobiety,  mężczyźni i dzieci zgromadzili się by posłuchać wieści ze świata. Wczorajszego wieczora zjawił  się bowiem we  wsi wędrowiec. Wędrował on po świecie dalekim i bliskim, słuchał  różnych opowieści, a potem, gdy się gdzie na  nocleg zatrzymał, dzielił się nimi. 

Od lat już wielu, gdy pojawiał się we wsi, zatrzymywał się u Kokotów.  Gadali ludziska, że znał się on z Mateuszem z lat dawnych, chociaż nikt nie wiedział skąd. Pewnie tylko sam Mateusz wiedział, kim jest  ów wędrowiec.  A był to człowiek postawny, prosto się trzymający. Lico miał ogorzałe, usta kryły się w gęstwinie posiwiałej brody i wąsów, oczy skrywała grzywa tak samo posiwiałych  włosów.  Czy to jednak wiek, czy trudy wędrownego życia zabarwiły czuprynę gościa, nikt prócz Mateusza i samego wędrowca nie wiedział. Postawa świadczyć mogła o wcale nie  starym człowieku, a i te  włosy siwe mogły i u młodego się  przydarzyć. Tylko w oczach przybysza, gdy już się je dojrzało, mądrość życiową widać było i cierpienie, jakby gdzieś na dnie duszy ukryte.  Zastanawiał się nie raz ten i ów, kim jest wędrowiec. Próbowali Kokota podpytywać, ale ten niezmiennie kazał im jego samego pytać. Tego jednak ludzie  nie mieli śmiałości uczynić.

 Siedzieli teraz  gromadnie w  ciepłej izbie, zasłuchani w  dźwięczny głos  gościa, zapatrzeni w żarzące się  węgliki w  piecu. Pachniało mokrą wełną z parujących ubrań i dymem, bo wiatr od czasu do czasu cofał dym z pieca na izbę. Nikomu jednak to nie przeszkadzało, siedzieli zasłuchani w  opowieści o dawnych czasach i ludziach. Dziś przybysz opowiadał o Krakowie.

Stachowa Magdula siedziała obok Maryni, bo i młodzi Blewązkowie z synkiem  przyszli posłuchać dawnych opowieści. Mały Jędruś  u matki siedział,  to przysypiając, to warkoczem Magduli się bawiąc i w głos śmiejąc. Zagadała z cicha do niego Magdula, w końcu na swoje kolana go wzięła, gdzie usnął znużony.

Wędrowiec pykał ze swojej fajki, co i rusz na Magdulę spoglądał i snuł opowieść o dawnych bohaterach i Polsce.  Gdy skończył, nadal cisza panowała, tak zasłuchani byli wszyscy. Chłopaczkom oczy lśniły,  snuli marzenia o rycerzach, starsi o Ojczyźnie myśleli.

- No, dosyć już  dawnych czasów.  Gadajcie, co tu u was nowego. Zbiory dobre były? – Wędrowiec chętnie opowiadał, ale też i słuchać lubił.  Zawsze z serdecznością pytał ludzi o ich sprawy, gdy umiał  - radził, gdy rady nie miał – życzliwie  wysłuchał.

Gwarno się w izbie zrobiło, bo każdy coś miał  do powiedzenia. Zakrzewski o   ziemniakach z wędrowcem się zagadał,  Wiśniewski  z Rychlikiem o byku  kowala z Odolanowa dyskutowali.  Wspomniano i o płocie Wojtaszka i jego zagadkowym  rozwaleniu.  Zaraz jednak  temu i owemu spieszno się do chałupy zrobiło, dyć siedzieć darmo nie ma co, gdy robota  w chałupie czeka.

Po chwili w chałupie  zostali  sami domownicy  i ich gość. Józefa coś tam jeszcze w komorze robić poszła, tak i chłopy same w izbie zostali.

- O wszystkim gadasz, o wszystkich pytasz, a co tam u ciebie Janie? – zagadał  Kokot wędrowca.

- Cóż ma być,  wędruję od wsi do wsi, z miasta do miasta. Dobrzy ludzie  przygarną, nakarmią. Żyję…

- Może byś gdzie osiadł, by po świecie się nie tułać.

- Nie mam siły Mateuszu, nie mam wracać do czego.  Czasem serce umiera, a człek dalej po świecie się tłucze, bo nic już mu nie zostało innego.

- Nie gadaj. Jeszcze może się  coś ważnego zdarzyć.

- Ważnego? Nic już ważnego nie ma dla mnie w  życiu. Plączę się po świecie, bo grzechem byłoby…

- Janie! Nie bluźnij!- Kokot aż poderwał się z ławy. – Nie potom cię przez lasy ciągał do babki, byś miał życie teraz tracić. Widać, taka był wola Boga, szanują ją!

- Masz rację Mateuszu, ale serce  boli, a przecie umarło. Pękło lata  temu, a ja wciąż czuję jego ból…  Ta mała, co wnuka twego trzymała, ona ….

-  Podobna?

- Bardzo. Te oczy wielkie, pełne ciekawości. Zupełnie jak moja  Anielka. Już myślałem, że  obraz się zatarł, ale on wciąż  powraca.  Czasem czyjeś dziecko włosy ma takie jak ona, czasem  coś w oczach, w ruchach. A ta mała tutaj, prawie całkiem jak Anielka.  Tyle, że moja starsza by teraz była…

Cisza zapadła w izbie, tylko ogień w piecu trzeszczał. Kokot minę miał zafrasowaną, a wędrowiec dawno o fajeczce zapomniał w ogień zapatrzony, jakby  obrazy w nim widział. Bo też przemykały mu przed oczami dawne chwile. Widział swą żonę, gdy zbierała jabłka spod starej jabłoni i wtedy gdy płótna białe na trawie  rozkładała, by w słońcu schły. Słyszał czasem we śnie jej śmiech i czuł dłoń na policzku. Widział swą małą córeczkę jak ze szczeniakiem biegała między drzewami i  jak pędziła co sił w krótkich nóżkach wprost w jego, ojcowe ramiona. Łapał ją wtedy mocno…i budził się z pustymi rękoma i twarzą zroszoną łzami rozpaczy. Jak dawno to temu było, czy to było prawdziwe życie, czy sen?

- Byłem tam -  szepnął wędrowiec. – Widziałem drzewa. Po domu śladu nie ma. Ledwie znać, gdzie stał.  Potem znalazłem grób na cmentarzu. Dziękuję ci.

- Niepotrzebnieś tam chodził. Rany muszą się goić, nie można ich  rozdrapywać.

- Musiałem…. Musiałem jeszcze raz zobaczyć to miejsce. Znalazłem tam coś.

-  Spokój?

- Nie, tego chyba nie znajdę. Ale … zobacz. – Sięgnął za pazuchę i wyciągnął różaniec. – Wiesz gdzie był?

-  W  zielsku gdzieś?

- Nie, w jabłoni.  Pękła kiedyś, od mrozu może.  Moja… Anna…  związała ją, jabłonka się uratowała, tylko  szczelina została taka. Nie wiem czemu tam ten  różaniec był. Ty wiesz Mateuszu?

- Skąd mnie wiedzieć, Janie.

- Wiesz, byłeś tam. Ty nas znalazłeś. Gdzie ona była, moja Anna? A Anielka?

- Janie… Ich już nie ma. Daj pokój.

- Nie mogę. Chcę wiedzieć co się stało.

- Po co? Co zmienisz?

- Sny…

- Sny?

- Śnią mi się, moja Anna i mała Anielka. Śnią mi się, jak umierają. Umierają w mych snach na   setki sposobów. Chcę wiedzieć jak zginęły, nie chcę  już śnić o tym. Dlatego tam poszedłem. Powiedz mi…

Mateusz  patrzył w cierpiące oczy, widział bezmiar bólu w nich. Co zrobić?  I jemu czasem śniły się tamte chwile, gdy przed chałupą leśniczego stanął, gdy  zobaczył ciała umęczone,  ziejące ranami,  martwe.   Nie powiem, pomyślał, nie powiem mu prawdy. Zbyt wiele wycierpiał. Już starczy. Ino ksiądz te nieszczęśnice widział, ale jego chyba Jan pytał nie będzie.

- Powiedz.

- Chodźmy do stodoły. – Mateusz wziął kapotę i wyszedł z izby. Jan poszedł za nim w ciemność  nocy. Nie zabrali światła żadnego, pewnie deszcz i wiatr i tak by je zgasił. Po omacku weszli do stodoły, usiedli na beczkach i Mateusz zaczął opowiadać.

Opowiedział jak wracał do wsi przez las, jak usłyszał jęki jakieś i znalazł jego, Jana,  zakrwawionego i prawie martwego wśród paproci. Znał go, wszyscy znali  leśniczego i szanowali. Widać wilki go dopadły, czy może niedźwiedź.  Mateusz pobiegł do chałupy leśniczego po pomoc, sam bał się  go ruszać.  Poczuł dym. Gdy wybiegł na polanę zobaczył zgliszcza. Cud, że się las nie zajął. Żonę i dziecko znalazł pod jabłonią.  Zrozumiał, że  to nie  zwierzęta zaatakowały leśniczego i jego rodzinę, to były gorsze bestie – ludzkie.

Długo jeszcze opowiadał Mateusz, opisał wszystko co zobaczył, co zrobił,  jak do babki, co w lesie żyła i na leczeniu się znała, go zaciągnął. Tylko  o tym, jak wyglądały kobieta i dziewczynka nie powiedział.  Wspomniał, że je pod jabłonią znalazł, że martwe były już. Jan odezwał się dopiero gdy Kokot zamilkł.

- Jak wyglądały?

- Jakby spały.

- Jak  zmarły?

- Po co ci to wiedzieć, człowieku?

- Mów, muszę wiedzieć.

- Miały rany w sercach – odparł Mateusz, w duszy modląc się, by Bóg mu to kłamstwo wybaczył. I by Jan z księdzem nie gadał.  – Musiały umrzeć od razu, nie cierpiąc.

- Kto? – Mateusz wiedział, o co wędrowiec pytał.

- Nie wiem. Nie wiem kto, ale bałem się, że wrócą po ciebie, jeśli  pomiarkują się, że żyjesz.

- Co ludzie gadali?

- Nie słuchałem.

- Nie umiesz kłamać Mateuszu. Pewnie gadali, żem ja to zrobił i uciekł…

- Ludzie gadają co im ślina na język przyniesie. Kto cię znał, wiedział, że to nie ty.

- Gdybym pamiętał tamten dzień…. Nie wiem co się wydarzyło.  Pamiętam  co było wcześniej, a tego dnia i kolejnych wcale.

- Myśleliśmy z leśną babką, że  nam zemrzesz. Zupełnieś  od duszy odchodził. Babka sporo dni i  nocy przy tobie wysiedziała, warzyła jakieś eliksyry  i inne wywary. Smarowała cię mazidłami. W końcuś doszedł do siebie, tyle żeś już był całkiem niepodobny.  Chudy, posiwiały, no i brody babka nie kazała ci golić, chociażem z brzytwą przyszedł.

- Miała rację, mądra kobieta.

- Mądra, więc jej trudy szanuj i życie, które ci uratowała.

- Skąd w tobie tyle mądrości Mateuszu?

- Et, mądrość -  nie-mądrość – to życie samo. Patrzę, widzę. A i tobie czas zacząć patrzeć.

- Przecież patrzę. Patrzę, potem innym opowiadam com widział.

- W serce swoje spójrz. Daj mu odpocząć od frasunków. Zapomnij. Idź gdzie daleko,  zbuduj chałupę i żyj.  Już czas.  Co było – nie zmienisz.

- Masz rację, może tak zrobię kiedy.

- Chodźmy do chałupy. Józia już tam pewnie  wieczerzę nastawiła.

Podnieśli się z beczek, wyszli w noc. Wiatr jakby nieco zelżał, a i deszcz przestał  padać.  Rozpierzchły się chmury, księżyc  rogalem świecił. Lżej się do chałupy Janowi wracało, przekonany o lekkiej śmierci bliskich. Mateuszowi ciężej za to na sercu było.  Skłamał przyjacielowi i sumienie do końca z tym pogodzić się nie mogło. A jednak…  drugi raz tak samo by zrobił.

- Oby Bóg mi wybaczył…- wyszeptał za plecami Jana  i zaraz za nim wszedł do pachnącej wieczerzą izby.

 

Category: - | Views: 651 | Add / View Comments (22)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
Amory Józika
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Sep 7 2008, 04:02 am

Następny dzień przyniósł chrzciny u Blewązków. Wraz z kumami pojechał Andrzej do kościoła. Duma go rozpierała ojcowska, gdy na leżącego na poduszce syna  spoglądał. Ksiądz dobrodziej malucha ochrzcił  dając mu imię ojcowe – Andrzej.

Dobrze Marynia z Andrzejem kumów  wybrali. Już w kościele chrzestna talara w poduszkę wsunęła, a i chrzestny w róg poduchy pieniążki zawiązał.  Jak zwyczaj kazał, trza dzieciakowi co na przyszłe życie naszykować, żeby mu się potem dobrze darzyło.  Po chrzestnych i inni goście, co to ich sproszono do chałupy,  małemu podarki pod poduchę wsuwali. Bawiono się potem długo, popijając gorzałeczkę i zajadając tym, czym gospodarze częstowali. Śmiechów i  żartów było sporo, nie brakło też rozważań nad  Wojtaszkowym płotem, bo nadal nie wiadomo było, jakim to sposobem tak się w środku nocy  rozwalił. Teraz to się co i któremu zdało, że i on coś w nocy słyszy, ale pies cicho siedział, to i z chałupy nie wyglądał.

Rozeszli się  goście ciemną nocą do swych domów. Ten i ów podśpiewywał podchmielonym głosem. Zwłaszcza  Walentemu Rychlikowi na śpiewy się zebrało i prowadzony teraz przez swoją  kobietę wyśpiewywał ile sił w gardle:

„Jak się kuma z kuma zejdzie,

kwaterką się nie obejdzie.”

Słów mu dalej zbrakło, to i od nowa tę samą zwrotkę powtarzał. A że do wtóru mu  większość  wiejskich kundli się dołączyła, harmider się zrobił  okropny. Jedno szczęście, że chałupa Rychlików  już blisko była, to i śpiewy Walentego wkrótce ucichły.

Minęło kilka dni i nocy spokojnych. Chłopak Blewązków mało co  płakał, Marynia dobrzała, a Andrzej, dumny niczym dziedzic chodził i, czy kto chciał, czy nie chciał słuchać, o synku opowiadał.  Myślałby kto, że to pierwszy dzieciak, co śpiąc palec ssie, albo oczkami za  światłem świecy wodzi. Oj, nasłuchał się Kokot przy robocie, nasłuchał. Jednak, że i on rad  z wnuka był bardzo, to i słuchał chętnie, a i sam dodawał, co i raz nowe  talenty malucha.

Dziś Wiśniewskiej przyszło wysłuchiwać  zachwytów obu chłopów nad najmłodszym Blewązką. Andrzej opowiadał, jaki to dzieciak silny, jak za palec chwyci, to ani puścić nie chce.

- A jak  głos mój ino posłyszy, tak zaraz się śmieje!- przechwalał się Kokot.

Wiśniewska ino głową kiwała, słuchając tych  wypatrzonych przez chłopów zdolności.

- Tak, tak… i zdrowaśki pewnie też już gada, co?

- Oj, Karolino…  A co tam u Was?

- Eee, nic… Stary z Józikiem na targu byli,  śmietany i jaj sprzedali i gęsi parę. A wy swoich nie sprzedajecie?

- Moja mówi, że jeszcze nie. Pierzyny chce dla małego robić, to gęsi jeszcze potrzyma.

- A słyszeliśta, że u  Zakrzewskich coś kury po nocy kradnie? Już trzy im zginęły.

- O, to się pewnie lisiura, albo kuna jaka rozbestwiła. Andrzej, a idź no tam posprawdzaj deski u gęsi. Przecie by mnie Józefka nie darowała, jakby te gęsi co zżarło.

Gdy się Andrzej oddalił, Wiśniewska szybko o swych podejrzeniach  co do Józika,  opowiadać Kokotowi zaczęła.

- Bo wiecie, Mateuszu,  do Pazurowej pono różne chłopy chodzą. Jej starego już długo nie ma. A jej się  za chłopem  ckni i pono bałamuci każdego, co się nawinie.  Ja se tak myślę, czy Józik czasem do niej nie łazi…

- Eee, przecie to młody chłopak, a Pazurowa już swe lata ma. Tyle ładnych dziewuch dookoła…

- Młody, nie młody, za chłopem nie trafisz. Może mu i pasuje, że ona już za chłopa wydana? Ludzie gadają…

- Karolino, ludzie różne  bzdury plotą, a nie zawsze to prawda. Mnie się widzi, co wasz Józik młodszą  by wybrał. Gdzie mu tam Pazurowa w głowie….

- No nie wiem…  Coś on ostatnio często w stronę jej chałupy spogląda…

- A  Pazurowa  Antośka, ile to jej już będzie?

- Antośka? To dzieciuch jeszcze…. I Józik patrzeć na nią nie może, bo go  przeszłej zimy w przerębel wepchła. Od tego razu, to aż czerwony się robi na gębie,  gdy się o Antośce co powie, albo ją  gdzie zobaczy. Jemu Pazurowa po głowie chodzi. Ale ja mu ją wybiję! A nerwus się z niego zrobił…. Coś mnie się widzi, że tej nocki nie strzyma i poleci.  A ja nawet słoniny ładny  płat naszykowałam.  No, zostańcie z Bogiem Mateuszu.

- Z Panem Bogiem Karolino – pożegnał ją Kokot. Porozmyślał chwilkę jeszcze nad Pazurową, bo  coś na rzeczy być mogło. Pazur w areszcie już nieco czasu siedział, za to co  się był na targu z chłopem  jakim pobił. Naprał go tak, że się  tamten ledwie od grobu wywinął. Pazur zawzięty był i do bijatyki skory. A że to nie pierwszy raz, to go i do aresztu wzięli. Jeśli  Pazurowa chłopów bałamuci, jak Karolina gada, oj to się  będzie działo, gdy Tomasz wróci….

 

Miała rację Wiśniewska, że dzisiejszej nocy Józik nie strzyma. Ledwie się w chałupie chrapanie  Wiśniewskiego  rozniosło, zatrzeszczały rozsypane na podłodze  w komorze ziarna, a po chwili  zaskrzypiało odmykane okienko. Karolina tylko na to czekała. Prędko zarzuciła  chustę, złapała spod łóżka kij i wymknęła się z chałupy. Znów dwa cienie przez wieś przemykały. Pierwszy przy płotach przystawał i słoniny  kęsy kundlom rzucał. Drugi w tym czasie  wygrażał w myślach i obmyślał, co też to Józik  robić będzie musiał, za te wszystkie słoniny z chałupy wyniesione.

I tak jeden po drugim, oba cienie  dotarły pod chałupę Pazurowej. Gdy pierwszy w okno poskrobał, otwarło się ono cichutko, przelazła przez nie postać w białej koszuli i przylgnęła do ciemnej postaci pod ścianą.