Welcome, Sign in   |   Help
Genebase Bionet Builder
Advertisement
Journal
1 to 10 of 190 journal entries |  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 .. 19  Next »
Sort
Time
Category
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
wpadło Logopedii w oko
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Mar 11 2009, 02:41 pm | Updated: Mar 13, 2009
  Oczywiście jako gęś prowincjonalna Logopedia musiała, ale to koniecznie musiała zobaczyć zamek i rynek. I oczywiście popstrykać kilka zdjęć ze zwiedzania stolicy. 
                   

 Gołe panny  


Restauracje (jedno szczęście dla portfeli, że  jeszcze zamknięte )

           

Takie coś co mi się spodobało
                       

Z nimi było super!   
Category: - | Views: 747 | Add / View Comments (12)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
prywatna wyprawa Logopedii ;-)
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Mar 8 2009, 12:14 pm

A było to tak….

W piątkowy późny wieczór, nawet bardzo późny, gdy większość ludzi układała się do przytulnych łóżek, wsiadłam w autobus do Warszawy.  Jeszcze w drodze na dworzec złapały mnie dobre myśli i życzenia pana W.  Tych myśli ponoć było więcej, bo nie jedna „nasza” osoba mówiła mi, że  kładąc się  spać myśleli o mnie i tym że już ruszam na spotkanie.

A potem długa, długa nocna podróż.  I chociaż w tym akurat  środku lokomocji byłam sama z „naszych”, to nie byłam osamotniona w  dążeniu na spotkanie. Kurkowy przecież też tłukł się po nocy pociągiem, a ilu jeszcze tych, o których nie wiedziałam… Zdeterminowani, by mimo wszystkich uciążliwości, zmęczenia i  niewyspania jechać, by być właśnie Tam i z Tymi.

 Parę minutek po 06.00  dzwoni telefon – gdzie jesteś, o której dokładnie będziesz? Bo my już czekamy.  Wspaniałe uczucie, gdy jedziesz gdzieś tam daleko, a u końca drogi ktoś na Ciebie czeka. To takie … ciepłe.  Wysiadłam w zimny, wietrzny warszawski poranek i z  daleka zobaczyłam dwóch miłych panów czekających  w budynku dworca. Wpatrzeni w drzwi, którymi  według nich powinnam wejść za kilka minut.  Autobus przyjechał ciut wcześniej, ja wysiadłam  z innej strony niż myśleli i zdążyłam podejść ich całkiem blisko ;-)

Edek przyjechał chwilkę przede mną.  Powitalne  buziaki, uściski i już zapakowani w Darkowy wehikuł  ruszamy przez Warszawę do Jacka.  

Wspinamy się na któreś tam piętro – przeze mnie, bo chciałam się nieco rozruszać po  tylu godzinach podróży. I już w drzwiach wita nas Jacek. Och, jak dobrze usiąść na czymś wygodnym, wypić dobre cappuccino w dużej filiżance. Nie wspomnę o tym, że taki rozmiar filiżanki wyżebrałam, panowie dostali piękne, delikatne filiżaneczki i kawę z ekspresu. (Który w pewnej chwili, prócz kawy  robił wszystko co możliwe ze świtaniem i prychaniem włącznie.)

Pogaduchy, ciekawe upominki od Edka (w Sycowie już się nie zgubię ;-), podziwianie kotów i ich zachowania,  śniadanko – nawet z chlebem ze smalcem wykonanym przez „Bacę”, pachnąca herbatka. Potem Jacek czeka na Basieńkę, a my ruszamy na zwiedzanie.  Oczywiście wyżebrałam, by do planu dołączyć Zamek.

Zamek (tylko z zewnątrz), stare kamienice, kolumna Zygmunta, Barbakan, Syrenka,  ruchome schody z ich historią… Warszawa jest piękna w towarzystwie przyjaciół - nawet  w zimne dni. A już rozmowy „pimpko-logiczne” są nie do podrobienia! Kto inny mógłby stwierdzić podobieństwo Meksyku i Irlandii, lub twierdzić, że hrabina pisze się przez „c” – (nie chodzi bynajmniej o„ch”,  nie mylić!) ;-)

Około 11.00 jesteśmy na miejscu spotkania. Już jest kilka osób, w tym nasza „Lufcikowa”. Kolejne uściski, powitania i tak długo, długo – bo nie ze wszystkimi uda się przywitać od razu. Rozmowy, pogaduchy, wymiany informacji – wszystko we wspaniałej, radosnej, serdecznej atmosferze. Rozglądamy się, pytamy: a jest…? O tam! A …? A nie, nie może.  Kupuję książkę dla Doni, Małgosia wpisuje dedykację. Są też  prezenty ;-) Co chwila było słychać jak ktoś do kogoś woła: „O, jesteś! mam dla Ciebie….” Ja również dostałam prezenty – długopisy, piękny świeczniczek, portrecik Logopedii i takie niematerialne – słowa radości ze spotkania, podziękowania za moje pisanie i największa niespodzianka… Specjalnie by ze mną się spotkać,  przyjechała z daleka moja „Ciocia” Grażynka. Poznałyśmy się przez N-K i szukamy naszych wspólnych korzeni – bo nazwisko zobowiązuje. Teraz znamy się nie tylko wirtualnie, ale i realnie. Ciocia poznała kilka  wspaniałych osób, nawiązała parę kontaktów i była zadowolona ze spotkania.

Oficjalna część -  powitania i wykłady – między innymi Genetycji, nagroda dla Waldka. O tym pewnie poczytacie w różnych miejscach i obejrzycie na zdjęciach.  Potem nadszedł czas na mniej oficjalne rozmowy, pałaszowanie tradycyjnej Bayerowskiej Szarlotki, do której oczywiście był wyścig, bo znikała w zastraszającym tempie. Po cichu mam nadzieję, że nikt nie zrobił zdjęcia, gdy  Logopedia z Bacą – palcami -  jedli w pospiechu  szarlotkę z jednego talerzyka. Na szczęście dwa kawałki, inaczej byłaby wojna ;-) Łakomczuchy!

Gadu, gadu i czas na zmianę lokalu. Żegnamy Pencośke i Generała.

Jedziemy do Lolka. Bolek  był w pobliżu ;-) Darek wiezie nas sprawnie, tylko Włodek dostaje od czasu do czasu wypieków patrząc na ruch, auta, światła i  naszego kierowcę spoglądającego co i rusz do tyłu. W międzyczasie toczy się urocza, oszałamiająca Genetycję (i pewnie nie jedną inna osobę, gdyby ją słyszała) rozmowa, którą pozwolę sobie całkiem  niedokładnie i bez zgody jej wykonawców przytoczyć.

Miejsce i czas  akcji – Warszawa,  ruchliwa  ulica, wnętrze  dużego samochodu, około 16.00 – w drodze na obiad

Osoby biorące udział (i usiłujące wyłapać sens) oraz ich rozmieszczenie: Baca- kierowca, Szpakowaty- siedzący obok kierowcy, Genetycja – siedząca za kierowcą, Logopedia – siedząca na środkowym fotelu, Kurkowy – siedzący za Szpakowatym.

Przebieg – mniej więcej:

[L]- A ciekawe dlaczego nie było Piotrka G.

[Sz] – nie wiem, nie miałem z nim kontaktu

[K]- Piotr, właściwie jego żona ma w rodzinie nazwisko Molke. Pewien Molke mieszkał niedaleko mnie, to znaczy dawniej. W „Kleine kosel”.

[SZ]- gdzie?

[K]- Małe Kozy, nadal ta miejscowość jest.

[SZ]- jeny, gdzie ty mieszkasz?

[K] – (odpowiada,) no i czasem w (też dziwna nazwa)

[Sz] –  o rety!

[B]- Kozel? - to jest czeskie piwo

[SZ] – hrabina

[B] – Kozel

[L] – hrabina

[B] – ale przez C,

[L] – a gdzież to Baca do szkoły chodził?

[SZ] - jedź mówię, bardziej zielone nie będzie

[B] - hrabina przez C, nie c-h!

[L] - hrabina przez c… też coś

[B] -  piwo przez K

[K] – w tamtą stronę  on się tak do tyłu nie patrzył

[L] – z przodu siedziałam

[G] – nic nie rozumiem…

[L] – to znaczy, że sami swoi

 

Potem trafiamy w pobliże lokalu. Jeszcze tylko przedrzeć się przez chaszcze, błotko i efekty wyprowadzania psów do parku i już jesteśmy. Oczywiście iść alejką nie bardzo nam przystoi, nie byłoby to pimpko-logicznie.  Jesteśmy… O matko, z daleka widać tylko jakieś namioty…no atmosfera będzie …ożywcza. Bliżej jawi mi się coś na kształt  szałasu kłusowników. Matko i córko, gdzie on nas przywiózł?

Wchodzimy, no… deski, belki, grill – chyba będzie zimno…. Wchodzimy dalej… ło!  Wielkie ławy, kominek, ciepełko i  to coś w atmosferze i ”nasi”.  

Potem zamawianie sobie obiadku, herbaty, kawy, grzańców, piwa, i co kto chciał. Gadamy, gadamy, gadamy. Zwariowany telefon do Elfa – wpatrujemy się w Bacę by w jego oczach, wąsach i głowie dostrzec co myśli, mówi Elf. Śmiechy, żarty, poważne rozmowy też. Jest wspaniale. Część osób krąży, bo przecież trzeba pogadać z tym i tym, i z tamtym.  Przede mną kilka razy pojawił się grzaniec – pychota. To Sati i Włodek  usiłowali mnie chyba nastawić na spanie w autobusie ;-)

A potem czas się żegnać, rozstać do następnego spotkania. Gdzie? Może w Wielkopolsce, a może za rok w Warszawie?

 

W każdym razie to właśnie dla tych chwil jestem gotowa  tłuc się tyle godzin w autobusach. Co z tego, że potem  padam na nos.

Znów dworzec, jeszcze jedna rozmowa telefoniczna z nową ciocią. I czas odjazdu.  Kilka godzin w przegrzanym autobusie, dziwna  zamiana jednego autobusu na drugi w Bydgoszczy, 10 minut spóźnienia i o 5.35 jestem w domu i padam na własne łóżko. Jak dobrze….

 

 

 

Category: - | Views: 882 | Add / View Comments (28)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
czas na zmianę miejsca akcji ;-)
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Feb 22 2009, 01:27 am

Razu pewnego przyszedł Andrzej do chałupy zafrasowany jakiś, markotny. Siadł se przy piecu, głowę  na rękach  podparł i rozmyśliwał nad czymś. Marynia po izbie się krzątała, bo to zaraz czas wieczerzy, ale  spod oka co i rusz na męża zerkała. Nareszcie nie dało jej spokoju to jego milczenie dziwne.

- Cóż to  tak myślisz i myślisz, słowem się nie odezwiesz. Stało to się co?

- Hę?

- Stało się co?

- Czemu  miało się stać…. Tak se myślę ino.

- Zaś widzę. Myślisz i cicho siedzisz, po garnkach nawet nie zaglądasz,   o dzieciaka nie pytasz… Boli cię co?

- Nie boli. Tylko frasunek  mam jeden  i tak mi w głowie siedzi.

- Siadaj do  stołu. Zjesz to i na frasunek rada się znajdzie. Z pustym brzuchem  to i budę źle się  zbije.

Posłuchał Andrzej żony, do stołu  usiadł, syna na kolana sobie posadził i razem z nim  zajadać zaczął.  Od czasu do czasu łyżka  do  buzi synka trafiała. Podjadłszy solidnie, siadł Andrzej nazad  koło pieca i  wieczorne  pogaduszki z synem zaczął.

- A grzeczny ty smyku byłeś?

-Ta – odpowiadał mały po swojemu, wpatrując się w ojca niczym w obrazek.

- A matuli słuchałeś?

- Ta.

- Wody nanosiłeś?

-Ta.

- Narąbałeś  drewienek?

-Ta.

- A Cygany były?

-Ta.

- I co robiły?

- Gili gili gili

Tu następowało piszczenie, bulgotanie, śmiech i  machanie nogami i rękami, gdy Andrzej dzieciaka łaskotał w każde możliwe miejsce. W końcu mały zarzucał ojcu ręce na szyję i  wtulał się mocno.  Cichli wtedy obaj tak przytuleni do siebie, a Marynia co wieczór patrzyła na nich i  dziękowała  Bogu za ten dar.

W końcu i Marynia siadała obok i we dwoje pogadać sobie teraz mogli spokojnie,  sprawami swoimi podzielić, radościami  i troskami codziennymi.

- I cóż to za frasunek  spokoju Ci dziś nie daje? 

- Bo widzisz Maryniu, tak nam tu ciasno w tej jednej izbie.

- A cóż tu poradzić.  Da Bóg, parę roków minie i może i  własna chałupa będzie. Pan mówi, żeś pracowity to i z czasem lepiej będzie. Jest gdzie  głowę położyć  i co do garnków włożyć.

- Tak, ale… Widzisz, ja bym chciał żebyś Ty swoją chałupę miała, żeby Ci niczego nie brakło.

Spojrzała Marynia w te oczy niebieskie i twarz męża w dłonie chwyciła – Jędruś, Ciebie mam i  synka naszego. Póki my wszyscy zdrowi nic mi więcej nie trzeba. Nie frasuj się.

-Kiedy widzisz…

-No? – Marynia cierpliwa była, ale wiedziała, że czasem Andrzejowi trudno  było do  gadki się zebrać, zwłaszcza jak go co mocno trapiło. – No, kiedy co?

- We folwarku pan taki był…

- I?

- I z naszym gadał.                                                            

- I?

- I… on by  ludzi potrzebował, tam do siebie. – Tu jakby Andrzeja odblokowało i już  potok słów się z niego wylewał. – On tam u siebie łąki ma wiele, oborę wielką, i ziemi sporo.  Ludzi mu trzeba coby na  pracy się znali, bo może by co z tymi łąkami robił. A swoich on ma, ale chciałby nowych, coby  łatwiej  było. Bo starzy to,  mówił tak,  trudno na nowe idą. On tam hodowlę wielką planuje. A tu mnie chwalili żem robotny i nowego się nie boję. Nasz pan gadał, co tam ziemi więcej ino rąk trzeba. Że szkoda mu trochę bym szedł, ale czasy tera takie, że nie wiadomo co dalej, to niech idę jak chcę. To ja bym  i poszedł jakbyś chciała.  Bo tu na ojcowym sporo nas przecie, zbraknie w końcu kąta swojego. Tam by my swoje mieli. – Umilkł nareszcie Andrzej i wpatrzony w Marynię trwał w ciszy.

- Daleko to? – z westchnieniem spytała  Marynia.

- Dosyć będzie. Piechotą to by i ze trzy dni zeszło, a może i cztery. Pan mówił, że prawie  dwa dni  wozami jechali, ale popasali dosyć.  I tak mnie to widzisz siedzi w głowie   i spokoju nie daje.

- No widzę, że i mnie teraz siedziało będzie.

-To ja  w obejściu co trza zrobię, a ty pomyśl, co nam zrobić.

- I widzicie go, poszedł! Oj z chłopami…   Co też mi zrobić teraz? Ciasno nam tu po prawdzie, ale na swoim jakby.  Rodziciele blisko i krewniaki. Zna człek wszystkich, wie z czym do kogo. A tam cóż? A jak źle będzie? Jak  ckniło się będzie za rodziną? Czy tam aby ludzie życzliwi? – I siedziała tak Marynia przy piecu i teraz ona kłopotała się, co też począć. Widziała, że Andrzejowi bardzo by się chciało  wyruszyć. Ziemi chciałby swojej i chałupy. Ambicyje miał różne, mówił kiedyś, że chce by jego dzieciaki fach w  ręku miały, bo  taki  kowal czy stolarz, to jest ktoś, ludzie  inaczej patrzą i szanują. Może i pójść, inszego chleba popróbować. Andrzej robotny jest, z głodu nie pomrą nigdzie.

Ucichły odgłosy w obejściu, cicho się w sąsiednich chałupach zrobiło. Wrócił Blewązka do izby i do snu się sposobiąc na  Maryni głos czekał. Położyli się spać, a każde z nich nadal rozmyślało – Andrzej co też Marynia postanowi, a ona czy na obczyźnie dobrze im będzie. Przysypiał Andrzej już prawie, gdy Marynia na łóżku usiadła i rzekła: Pójdziemy. Po czym na bok się ułożyła i po chwili snem spokojnym spała. Zaraz też i Andrzej   z uśmiechem pod wąsem usnął.

 

Oj się działo nazajutrz w obu rodzinach. Tu Kokotowa lamentowała, że  dziecko jej tak daleko chcą zabierać, że gdzie też się ona sama na stare lata podzieje. I  na nic się zdawały głosy Maryni, że przecież jeszcze  spora gromadka dziecisków w domu, lament  niósł się po całym obejściu. W końcu aż  Mateusz huknął na swą Józię, żeby ścichła, bo ludziska pomyślą, co się gdzie pali i  w dzwony biją.

U Blewązków ciszej było nieco, ale też się matce łzy polały. Blewązka ino syna po plecach klepał i powtarzał, że jakby im tam źle było, to wracać  tu, do swoich mają.

Rozgadała się wkrótce wieś cała. Jeden z drugim po głowie się drapał i  dyskusje prowadził, czy też się Andrzejowi na nowym powiedzie. Ten i ów prorokował, że rychło do swoich powrócą, insi dowodzili, że młody Blewązka rozumny, a i pracowity, to se poradzi. Dyć i do Miemców ludzie za robotą jadą, a i do Hameryki płyną. A Blewązkowie do naszych przecie, polskich stron idą.. Zabrali nam wprawdzie mocarze nasze ziemie, ale ducha nie zabiorą.

Tymczasem Andrzej sprawy u pana załatwiał, a Marynia dobytek pomaluśku pakowała. Wiele tego nie było – ot posażna skrzynia  Maryni i druga,  co ją był Andrzej nie tak dawno zrobił. Zapakowała Marynia ubrania, zioła i skarby swoje – jak te korale czerwone, co je od Andrzeja dostała i wstążki kolorowe.  Obrazek  święty czekał jeszcze  na ścianie, jeszcze  garnki i talerze na  półce stały. Przed samym wyjazdem się je spakuje, bo dni jeszcze parę zejdzie zanim w drogę ruszą.

Im bliżej wyjazdu Blewązków, tym więcej  ich ludzi odwiedzało. Zakrzewski  ostrzynkę przyszedł oddać – bo się na nowym przyda.  Jakubowa ziół  Maryni przyniosła.

 – A bo to wiadomo, co też za zielska tam rosną? Może tam  nawet rumianek nie rośnie, może i świetlika nie ma, ino sam perz jaki – frasowała się Jakubowa. -  Masz tu dziecko mięty i szałwii, ino dobrze schowaj. I jeszcze  zobacz, rumianku  ci przyniosłam.  Przyda się, zanim się w tamtejszych stronach rozeznasz. A starych kobiet, jakby co pytaj, one pewno swoje sposoby też mają.

Rychlikowa płótna kawał przyniosła, Jaroszowa worek pierza, a  Stachowa  chodników parę kolorowych.  Serdecznie się ludzie z Blewązkami żegnali, szczęścia im życząc, a jakby co źle im było, to wracać kazali, do swoich!

Marynia w wolniejszych chwilach po okolicy chodziła. To  do lasku poszła, na tę polanę co latem malinami pachniała, to pole ojcowe obeszła, a to znowu w sadzie w jabłonie się zapatrzyła. Żal jej serce ściskał, że tak zostawić wszystko im przyjdzie. Znane  zapachy wsi, grzybne zakątki w lesie, jabłonie w starym sadzie – wszystko tu zostanie. Czy tam też słońce nad lasem wstaje? Wzdychała czasem z cicha  już tęskniąc za znanymi jej miejscami.  Rozmyślała, jak to im tam, w obcych stronach będzie.

 

Category: - | Views: 659 | Add / View Comments (11)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
któraś tam część opowieści
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Jan 31 2009, 05:26 am

Upał lał się z rozgrzanego do białości nieba. Stary Kozłowski powłócząc nogami szedł brzegiem drogi w stronę cmentarza.  Rankiem dokładnie  wytrzepał ze słomy swoje jedyne odzienie,  przygładził resztki siwych włosów i sprawdził, czy jak zawsze ma  w kieszeni różaniec.  Tak wyszykowany przeżegnał się, nacisnął na głowę kapelusz i ruszył nie oglądając się za siebie.  Wolno szedł przez wieś niosąc buty w garści, bo nie chciał by zakurzyły się po drodze.  Parę kroków za Kozłowskim szedł wyleniały kot.  I on miał już swoje lata, aż dziw, że żył tak długo. Obaj wędrowcy byli już starzy, schorowani, doświadczeni przez los.

W ten niedzielny, gorący dzień Kozłowski postanowił pożegnać się z ziemskim padołem. Najpierw poszedł pod krzyż i tam pomodlił się serdecznie. Podziękował Bogu za życie, za dobrą żonę, którą pochował wiele lat temu. Podziękował za gromadę dzieciaków, których się z Anielą dochowali, a które teraz rozeszły się po świecie. Podziękował za najstarszego syna, co to teraz na jego ziemi gospodarzy, dba o nią i w dobroci serca pozwalał ojcu spać w kącie stodoły.  Potem przeżegnał się, z trudem podniósł z kolan i ruszył w stronę cmentarza.

Po długim czasie, mocno zasapany dotarł do cmentarnej bramy. Otrzepał się z kurzu, nałożył buty, kapelusz zostawił przy bramie i pomalutku wszedł na cmentarz.  Szedł od jednej mogiły do drugiej wspominając sąsiadów, przyjaciół, krewnych, którzy tam byli pochowani. Na końcu podszedł do grobu swojej Anieli.

-  To już koniec mojej drogi Anielko.  Przyszedłem do Ciebie i już nie pójdę nigdzie. Poproś Boga, by pozwolił  Ci po mnie przyjść. – To powiedziawszy wziął do ręki różaniec      i położył się przy mogile żony.   Spojrzał jeszcze na cmentarne drzewa, dłużej zatrzymał wzrok na krzyżu przy grobie żony, na koniec  zwrócił  oczy ku niebu. Uśmiechnął się, westchnął i zamknął powieki.

Kot obwąchał buty Kozłowskiego, poczym  zwinął się przy nim w kłębek i zamknął zaropiałe ślepia.

 

Gdy upał nieco zelżał Wiśniewska, jak zwykle w niedzielę,  poszła na cmentarz, by na grobie swych rodziców położyć bukiecik  kwiatów.  Matka  bardzo lubiła kwiaty. Od wiosny do jesieni stawiała je na stole  w małym, trochę wyszczerbionym dzbanuszku.  Dostała go  od  gospodyni,  kiedy odchodziła  ze służby z majątku.  Matka Wiśniewskiej napatrzyła się tam na piękne przedmioty, ślicznie nakryte stoły, obrusy, zastawy, ale najbardziej podobały jej się kwiaty. Potem w swojej chałupie też stawiała na stole kwiaty, nie takie piękne i  szlachetne, ale zwykłe polne lub te z niewielkiego ogródka przed chałupą. Zimą robiła róże z bibułki i nimi ozdabiała stół i święte obrazki.

Tak rozmyślając, wspominając dawne lata Wiśniewska dotarła do cmentarza. Zdziwiła się nieco widząc zniszczony kapelusz przed cmentarną bramą. Pomyślała, że pewnie ktoś po nocach  hulał i zgubił. Poszła dalej, położyła kwiaty  na grobie  rodziców, pomodliła się i już miała wracać, gdy  wydało jej się, że za grobem Kozłowskiej Anieli leży coś ciemnego. Ciekawska z natury - podeszła bliżej.

- No wiecie Kozłowski! Też nie macie już gdzie leżeć? Czy to się godzi przy grobie spać? – Kozłowski nadal leżał, ani drgnąwszy na krzyki Wiśniewskiej. Zezłoszczona pochyliła się nad nim i szarpnęła za rękaw. -  Kozłowski!  Walenty! – Zobaczyła nagle różaniec w rękach leżącego, dojrzała  wyczyszczone buty i  zwiniętego w kłębek kota.  Przychyliła się raz jeszcze, przyłożyła rękę do piersi  Walentego, ale nie poczuła żadnego ruchu.

- Przyszedł do swojej Anieli umrzeć – westchnęła. - A ty czegoś go nie pilnował! – szturchnęła nogą kota. Ten jednak też ani drgnął.

- No cóż Walenty, twój żywot dobiegł końca. A ten wyleniały kocur poszedł z tobą. Pewnie czuł, że bez ciebie już nikt by go nie chciał. – Pokiwała głową, powzdychała, przeżegnała się i ruszyła do wsi. Trzeba przecież Kozłowskim powiedzieć, że Walenty zmarł.

 

W chałupie u Kozłowskich akurat wieczerzano.

- Niech będzie pochwalony…

- Na wieki wieków – odpowiedział Jaśko, najstarszy syn Walentego. Jego żona z gniewną miną spojrzała na Wiśniewską. – Pora wieczerzy, a wy Wiśniewska po chałupach chodzita…

- Walenty.. – zaczęła Wiśniewska, ale  gospodyni wpadła jej w słowa. – Nie ma, to już nie jego chałupa. Jak macie interes do niego, to nie tutaj go szukać.

- Walenty..

- Toć mówię, że nie ma. Niech w stodole Wiśniewska szuka, pewnie tam znów siano gniecie, darmozjad.

- Duszko, przecie.. – Zaczął Jaśko

- Cicho, patrz co masz w misce i  jedz. A wara mi znów coś do stodoły wynosić.

- Walenty ..- znów zaczęła Wiśniewska i znów Jaśkowa żona nie dała jej dokończyć.

– Głuchaście Wiśniewska? Nie ma! W stodole  się wyleguje, a jak do roboty, to… - Tym razem Wiśniewska nie dała się zakrzyczeć – A zamknijcie się w końcu Kozłowska, mielicie ozorem, jakby wam za to płacili. -  Kozłowska z wrażenia wytrzeszczyła oczy. Jak świat światem nikt  na nią nie krzyczał.

- Walenty na cmentarzu jest.  Umarł.

- O mateńko…- Jaśko wstał z ławy. – Szukałem go od rana…

- Umarł? Jak to umarł? – zaperzyła się Jaśkowa. – A kto wodę naciągnie ze studni?!

- Leży tam, przy waszej matce, Jaśku. Trza się nim zająć.

- Jak leży, niech leży, przysypie się ziemią i już.  Na żadnego księdza nie będziemy pieniędzy…- i tu po raz drugi w życiu zdziwiła się Jaśkowa żona,  gdy jej ślubny nie strzymał i przez gębę ją zdzielił. Oj, bardzo się zdziwiła, z wrażenia aż na ławę siadła.

- Bóg wam zapłać Karolino, żeście do mnie przyszli. Pojadę po ojca. A ty – odwrócił się ku żonie – izbę przygotuj, bo jak  nie, to z chałupy na zbity pysk wywalę. – Po czym   wyszedł za Wiśniewską.

- Za co to wszystko Karolino, no powiedzcie, za co?  Ojciec przecie dusza człowiek,  nigdy na nią krzywo nie spojrzał, słowa złego nie powiedział.  I za co taka złość? Co chciała to miała.   Czegoż to Jadwisi  potrzeba więcej?

- Jaśku, wasza Jadwisia jest jędza. I jakbyście jej nie  trzepnęli, to ja bym to zrobiła. Jak byście ją raz po ślubie sprali, to by do tej pory po rękach was całowała.

-  Ojciec matki nigdy nie uderzył. Zły ze mnie mąż. Alem przecie nie mógł pozwolić, by ojca nie pochować.  

- Bój się Boga chłopie! Jak tak dalej będzie, to i ty do stodoły  trafisz.  Czy ty chłop jesteś czy ślimak, żeby gęby we własnym domu nie otworzyć. I nie próbuj jej przepraszać! – krzyknęła jeszcze Wiśniewska i w stronę  swojej chałupy powędrowała.   Po drodze  jeszcze tu i ówdzie wstąpiła, pogadała i za chwilę już kilku chłopów ku Jaśkowi poszło.  Trza przecie godnie Walentego do domu przywieźć, trumnę uszykować, do księdza pojechać.  Kobiety zabrały się za szykowanie ostatniego odzienia dla Walentego.

 

Gdy Jaśko przywiózł ojca do chałupy izba była uszykowana, ale Jadwisi i dzieciaków ani śladu. Trochę się  Kozłowski zmartwił, ale cóż, ojciec teraz ważniejszy niż  babskie fochy.  Sąsiadki całe odzienie dla nieboszczyka uszykowały i Wiśniewska przyniosła.

Jaśko wraz z Rychlikiem na deskach Walentego  ułożyli, umyli i  w pośmiertną, długą ubrali koszulę, którą czarną tasiemką przewiązali w pasie. Mocno ściągnęli tasiemki przy szyi i przy rękawach. Na głowę  czapkę płócienną mu założyli i takież skarpety na nogi.  W ręce złożone na piersi włożyli różaniec i na koniec przykryli Walentego prześcieradłem.   Teraz już Walenty na ostatnich swych gości mógł czekać.

Wczesnym rankiem  zjawiła się w chałupie Jadwisia z dzieciakami.  Zaraz zabrała się za szykowanie  strawy dla domowników i gorzałki dla żałobników, którzy schodzić się będą by Walentego żegnać i modlić się za niego.

- Gdzie  byłaś?

- U  matki.

- Po coś wróciła?

- Jaśku…

- No?

- Jaśku, wybaczysz mi? Ja już będę dobra, zobaczysz. Ja wiem, że  trza było  rychlej, ale… Wybacz mi. – To mówiąc klęknęła przed siedzącym na ławie  mężem i zwiesiła głowę.  Jaśko był zdumiony, nigdy żony tak pokornej nie widział. A, że był dobrego serca i wstyd mu było, że ją wczoraj uderzył, z miejsca wybaczył  prawie wszystko.

- I nie będziesz mnie bił?

- Jak trza, to będę – odrzekł ponuro, pomny rady Wiśniewskiej i tego, że go od ślimaków wyzwała.  Chociaż  wiedział, że w życiu już ręki na żonę nie podniesie.

Jadwisia z kolan wstała, uśmiechnęła się do męża tak pięknie, jak przed ślubem i do swoich zajęć wróciła. Ulżyło jej, że  z chałupy jej nie wygnał, po tym jak do matki uciekła.   Tam i tak by nie została, bo matka nawrzeszczała i też po gębie naprała. Tyle, że  na noc pozwoliła zostać, co by dzieciaków po ciemnicy nie ciągać.

 

Przez  cały dzień schodzili się  sąsiedzi, krewniacy, znajomkowie, by  pożegnać się z Walentym i modlitwy za niego zmówić. Zwykle zmarły trzy dni w chałupie leżał, ale teraz  ksiądz  nakazał pogrzeb na drugi dzień, bo upał nadal trzymał, jakiego nikt nie pamiętał.  Kto przyszedł  koło trumny klękał, trzy razy modlitwy zmawiał, potem dopiero z klęczek się podnosił, z gospodarzem witał i od Jadwisi kieliszek gorzałki  przyjmował.

Gdy  do chowania Walentego przyszło zeszła się gospodarzy gromada. Starym zwyczajem przed ruszeniem w drogę trza było pożegnać Walentego z gospodarstwem i zwierzyną.  Wzięli chłopy trumnę i  w koło podwórza ruszyli. Tymczasem  Jadwisia pod próg siekierę położyła, coby   nieszczęście do izby nie wlazło.   Przy oborze Kokot  zastukał  trumną o mary mówiąc:  Wasz pan was  żegna bydełko. Wiśniewski wszedł do obory, tam korytem trzy razy zaszurał, na znak, że bydło pojęło i pana swego żegna. Tak samo przy stajni uczynili i przy chlewie,  po czym  trumnę na wóz położyli i  powieźli na cmentarz.  

Po drodze zatrzymano się przy krzyżu. Tu  Rychlik w imieniu zmarłego pożegnał się ze wszystkimi, przeprosił za wyrządzone krzywdy i prosił o wybaczenie. Rychlik pięknie gadał żegnając w imieniu zmarłego  przyjaciół, sąsiadów, krewniaków, ale i drzewa, pola,  łąki i drogi po których Walenty chadzał.  Niejeden łzę ocierał słuchając takiej  oracyji. 

Na cmentarzu ksiądz dobrodziej odmówił stosowne modlitwy, poświęcił trumnę i rzucił na nią  garść ziemi.  Po księdzu  ziemię rzucili znajomkowie, sąsiedzi, przyjaciele. Tylko krewnym czynić tego nie można, coby całej swojej familii  w grób nie rzucić.

Po pogrzebie zaprosił Jaśko obecnych do  gospody i tam, wedle zwyczaju gorzałką i winem częstował.  Posiedli se  żałobnicy gdzie bądź, po kieliszku, po dwóch,  wychylili i żegnać się zaczęli. W końcu ino Kokot został z Rychlikiem i Wojtaszkiem. 

-Idźże Jaśku do chałupy, my se tu posiedzimy, pogadamy, stare kości odpoczną.

- Nie godzi się…

- Idź, idź. Co trza było toś zrobił. Ojcu pogrzeb się pewnie spodobał. Teraz ty idź do chałupy i tam co trza zrób.

- Daj starym posiedzieć i pogadać. Idź.

- Skoro tak gadacie, to i pójdę. Zostańcie z Bogiem.

- Z Panem Bogiem, Jaśko, z Bogiem…

Gdy Jaśko z gospody wyszedł, chłopy nieco wygodniej się rozsiedli  i jeszcze piwa u karczmarza poprosili.

- Pięknieście Rychlik gadali pod krzyżem – rzekł  Wojtaszek. – Aż mnie się tak miętko na sercu zrobiło.

- Pięknie, pięknie – przytaknął Kokot. - Pewnikiem tam Walenty teraz zadowolony.

- Może i tak.. – pokiwał głową Rychlik.

- Niedługo pewnie i nam przyjdzie się z tym światem żegnać.

- Taki ludzki los…

- Tyle, że my we chałupie…

- Ano prawda, jeszcze my  na swoim.

- A słyszeliśta, co tam  się  w Kaczorach  u  Ciemnych porobiło? – Wojtaszek  aż poczerwieniał z emocji.

- Ni, cóż u nich?

- Wiecie, że Ciemny to drab i leje do krwi swoją kobitę i dzieciska o byle co.

- Ano wiemy.

- No i w przeszłą niedzielę, poszedł Ciemny  po mszy w Odolanowie do gospody. Tęgo sobie popił, jak to u niego we zwyczaju.   Na wieczerzę wraca do chałupy, a tu   do gęby nie ma co włożyć, cisza jakaś, dziecisk nie ma i tylko kobita na stołku wedle pieca siedzi.

- Sprał ją znowu pewnikiem.

- Słuchajta dalej. Baba siedzi,  Ciemnemu w brzuchu piszczy i już łapy wyciąga by za kudły kobitę wyszarpać, a ona… Wiecie co?

- No co, gadajcież!

- A ona wyciąga zza siebie kawał mocnego kija  i jak przez łeb Ciemnego nie zdzieli.

- Gadacie!

- No!  Tak go złomotała, że  do dziś Ciemny ma ślady na gębie i ludziom się na oczy nie chce pokazywać. Do karczmy nie zachodzi,  wedle chałupy chodzi, drwa rąbie, wodę nosi.

- A Ciemna?

- A Ciemna teraz  gospodyni! Nagadała Ciemnemu, że jak ten  jeszcze kiedy gorzałę do pyska weźmie, albo rękę na kogo podniesie, to ona go w nocy jak prosiaka zarżnie.

- Cóż to się  tak babie odmieniło? Pół życia prać się dawała, a teraz nagle co?

- No to się zdziwicie….

- No?

- Leśniczyna u niej była.

- Leśniczyna?  Nasza pani Agata?

- W samej rzeczy, nasza pani Agata.   Z Odolanowa jechała z leśniczym i im się koń okulawił.  Tak przystanęli, leśniczy koniem się zajmował, a  leśniczyna do pierwszej chałupy po drodze poszła i tam obitą Ciemną  dojrzała.

- He he, a to się Ciemny doczekał. Ale, należało mu się.

- Oj, należało. Ale, i na nas pora, bo się nie daj Boże pani Agata do naszych chałup wybierze i  baby poskarżą, że nas  nie ma.

Tak i zabrali się chłopy z karczmy  i ku chałupom i dalszemu życiu  powędrowali.

 

Category: - | Views: 711 | Add / View Comments (9)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
Kim był w tamtym roku?
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Dec 18 2008, 05:19 am | Updated: Dec 18, 2008
W przedświątecznym szykowaniu "urodziło mi się" dwoje dzieci prapradziadka ;-) Ale zaskoczenie!
jeden akt  jest w języku polskim, drugi w rosyjskim. I z tym rosyjskim mam kłopot, bo nie umiem rozszyfrować kim był Andrzej. Wychodzi mi Andrzej Blewązka  .........( coś tam) lat czterdzieści .....(chyba pięć).  ja Wy to widzicie, ba ja już nie widzę ;-)


Category: - | Views: 957 | Add / View Comments (11)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
koniec opowieści o zbójach
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Dec 7 2008, 05:39 am

Spokój wreszcie we wsi zapanował. Kto miał jechać ze zbójami, pojechał, kto miał robotę - do niej wrócił. Jeszcze tylko dzieciaki, co  gęsi pilnowały, czy krowiny jakiej,  siedziały w kupie i  jedno przez drugie opowiadały, co im się usłyszeć udało, czy podpatrzeć z daleka.  Wieczorem, podczas wieczerzy na nowo po chałupach  gadanie się zacznie, bo też przecież nie co dnia zbójów kto przydybie.  A jeszcze i  łomoty im sprawi.

Na skraju wsi, pod drzewem,  leśniczy z żoną i Janem siedzieli. Wspominali wspólne chwile,  dzielili się tęsknotą, opowiadali o latach  minionych. Jeszcze prócz Mateusza nikt nie pomiarkował, jakie to sprawy wspólne leśniczy z wędrowcem mieć może. Dzieciaki – pastuszki,  tylko z daleka uszu nadstawiały, ale wiatr w inną stronę dziś głosy  niósł. Wytrzeszczały zatem oczy, aby  gestu żadnego nie przegapić, grymasu czy łzy – będzie co opowiadać w chałupie!

Gdy poszarzały pola i domy, gdy  dzień ku  spoczynkowi się szykować zaczął, wyszedł Kokot  po  Jana i jego rodzinę.

- Pozwólcie na wieczerzę do naszej chałupy.  Strawy ciepłej pojecie, to i na sercu lżej się  stanie.

- O mateńko! A to nam przecież  do domu czas ruszać, noc zaraz. Jaśku, z nami pojedziesz? – Agata bardzo chciała brata po latach odzyskanego blisko siebie mieć.

- Agatko,  u Mateusza zostanę.  Nie gniewaj się. Przyjdzie czas, że i Wasz dom odwiedzę.

- Tymczasem, prosim  na wieczerzę. Zaraz się pewnie ludziska zejdą, by o  leśniczyny  bohaterstwie posłuchać. A i z sądów pewnie wrócą, to wieści jakich się i my dowiemy.

Po chwili, gdy ugadali się,  że nie pora to jeszcze wyjawiać, kim jest wędrowiec, ruszyli ku Kokotowej chałupie.  Tam już Józefa wieczerzę  uszykowaną miała. Chleb i  ser na stole czekały,  na piecu ziemniaki się grzały, okrasa czekała. I jaj miska pod  płótnem , by gości jajecznicą podjąć. 

Przy stole  pogadano, to o robocie w polu, to o kłusownikach, co po księżowskim lesie zwierzynę  trzebić zaczęli. A miał z nimi Michał kłopot wielki, zaś  ludzi do pomocy mało.  Tu na powrót o zbójach gadka się zaczęła, czy też  i oni po lasach nie kłusowali i  na przeszkodzie im leśniczy  był.  

Ledwie wieczerzę skończono,  rozległo się psie ujadanie, a zaraz potem ludziska zaczęli się schodzić.  Jeden od drugiego zwiedział się, że leśniczy u Kokotów  wieczerza, to i ciekawość  ich przygnała. Porozsiadali się  na czym szło i jak wczoraj wędrowca opowieści, tak dziś leśniczyny słuchali. Zarumieniona Agata znów swą  historię opowiadała. Nie każdy  za dnia ją słyszał,  a i ten co słyszał, z chęcią raz drugi posłucha. Będzie co  w zimowe wieczory wspominać. 

Niedługo potem  znów pies się rozszczekał – to wrócili  chłopy, co zbójów do sądów wieźli.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – od progu   przywitali się  Rychlik z Wojtaszkiem, a zaraz za nimi  weszli  Szczepan, Franek  i Rudy Antek z Błażejem.

- Na wieki wieków – odpowiedział im chór głosów.  – Cośta tak długo nie wracali?

- A, bo to o wszystko się pytają. Temu trza gadać, temu i temu. Coraz to nowy przychodzi i od nowa. – Rychlik widać  umęczony był  wyprawą ze zbójami. Zaraz też mu Kokot stołek podsunął, by se  usiadł wygodnie. Ledwie jednak  Walenty  gębę otworzył, zaraz młokosy, jeden przez drugiego opowiadać zaczęli.  

- A jakeśmy powiedzieli, że ich  baba – tu Franek kuksańca w bok od Wojtaszka zarobił. - No, e... leśniczyna złapała, to uwierzyć nie mogli i znowu musielim wszystko powtarzać.

- Potem kazali  zbójom gadać jak było. I kto ich tak pobił.

- A te łajzy gadać nie chcieli.

- Jak to, nie chcieli?  - Zdenerwowała się  Wiśniewska, bo i ona  do Kokotów przyszła. -  Cichajta no gołowąsy. Walenty, gadajże, jak to było.

- E, niech gadają, mnie już w gębie od tego  gadania wyschło.

- Józia, a dajże tam co do gardła spłukania. Jeszcze tam co chyba ostało się  mocniejszego.

Po chwili na stole stanęła flaszka z gorzałką, co to na chrzciny małego Blewązki goście przynieśli. Walenty chętnie po kieliszek sięgnął, ale na tym jednym  przestał. Honor trza mieć, przecie nie na  wesele przyszedł. Tymczasem  młodzi -  Franek, Błażej i  Antek, jeden przez drugiego rajcować o sądzie zaczęli.

 - No, nic nie chcieli gadać.. Pewnikiem nie bardzo im było,  co ich, baba, znaczy się kobita, obtłukła.

- W końcu powiedzieli, bo  te z sądu gadali, że po świadków pojadom,  po leśniczynę i leśniczego. Tedy się zestrachali i wszyściutko  wyśpiewali, jakby księdzu dobrodziejowi na spowiedzi..

- A ten  starszy to się nawet przyznał, że to on z bratem swoim dawniej napadli na  kilka leśniczówek.  I do tego noża waszego brata się przyznali, i do mordów różnych innych też.

- Wtedy to się tam piekło zrobiło!  Zaraz mundurowych z   bronią sprowadzili, i za szmaty  zbójów!-  Franek tak zawzięcie opowiadał i rękoma wymachiwał, że mało Błażejowi oka nie podbił.

-  Tedy już śmiechów nie było. Powiedzieli, że ich do Ostrowa  jutro zawiozą, a tam już się nimi zajmą tak, że pożałują, że się porodzili.

- A potem to ich mogą nawet i do jeszcze ważniejszych sadów wozić, bo takich morderców to trza przykładnie ukarać, ten najważniejszy tak gadał.

 - Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy – dodał  Kokot.

Cicho się w chałupie przez chwilę zrobiło, każden zamyślony siedział. Błażej   oderwał się od  ściany i cały zarumieniony do leśniczyny podszedł. Zza pazuchy wyciągnął zawiniątko i  Agacie podał. Patrzyli wszyscy z rozdziawionymi gębami, bo Błażej kawał chłopa był, ale wstydliwy okrutnie do obcych.

- Pisarz z sądu kazał, co by Wam to dać.

Agata zawiniątko rozchyliła i wszyscy mogli zobaczyć srebrny pierścień z kamieniem  szafirowym.

- Co to? Czemu?

-  Ten pisarz mówił, że to siostry jego było. Ją też  zbóje…  On to  nosił na łańcuszku,  pamiątkę taką.  Jak o Was usłyszał,  kazał dać i podziękować.

- Za co?

- Gadał, że  dzięki Wam  duszę będzie miał już spokojną.

Westchnienia to tu, to tam się rozległy,  niejedna kobieta łzę otarła,  ten i ów się przeżegnał. Agata stała wpatrzona w pierścień. Błażej znów się w cień przy ścianie schował.

- Czas już nam. – Rychlik podniósł się ze stołka. -  Długi to był dzień, odpocząć trza. Dobrej nocy wszystkim. Zostańcie z Bogiem.

- Z Panem Bogiem – odpowiedział Kokot. I powtarzał raz za razem, gdy mu się w chałupie wyludniać zaczęło. W końcu zostali tylko gospodarze z wędrowcem i leśniczy z żoną.

- I na nas czas Michale. – Agata  zawinęła nazad zawinęła pierścień i gotowa już do drogi była. – Jaśku, a  zjaw się jutro u nas. Czas już wrócić do żywych.  – Uściskała brata serdecznie, pożegnała się z  Kokotami i z chałupy wyszła, a Michał z Janem za nią.

- Może się w końcu zły los od nich  odwróci – Józia siedziała przy stole zapatrzona w ogień. – Ma rację Agata, czas mu już wrócić do żywych, do siostry, do  druhów dawnych. A może i Agata dzieciątka się wtedy jakiego dochowa.

Kokot zapatrzył się w swoją Józię.

- Do siostry? Jakiej siostry?

-  Oj chłopie, chłopie, czy ty myślisz, że ja głupia czy ślepa jestem? – obruszyła się Józia i zawinąwszy spódnicą  za ogarnięcie izby się wzięła. – No, czego stoisz jak słup soli.  Wody nanieś,  bo czas spać się szykować.

Ruszył posłusznie Mateusz  po wodę, a po drodze  nadziwić się nie mógł, że też Józia pomiarkowała się we wszystkim.

- A nic się nie wydała wcześniej… A to szelma bystra, ta moja Józia. – I z uśmiechem zaczął wodę ze studni ciągnąć. W połowie sznura zatrzymał korbę… - Dzieciątko? Jakie dzieciątko? Muszę ja przy sposobności wziąć Józieńkę na spytki .- Z  tym postanowieniem dokończył wyciąganie kubła z wodą i do chałupy wrócił.  Po chwili wrócił i Jan, markotny  nieco.  Wcześnie się dziś u Kokotów  do snu pokładli, każden w swoich myślach  pogrążony i wyczekujący, co też dzień jutrzejszy przyniesie.

 

Category: - | Views: 854 | Add / View Comments (18)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
opowieści o wędrowcu część druga
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Oct 26 2008, 02:49 am | Updated: Oct 26, 2008

 

Nazajutrz, około południa, gdy Mateusz z wędrowcem drwa przed stodołą  rąbali, przejechał wozem przez wieś leśniczy z kobietą swoją. Nic by to i dziwnego nie było, gdyby leśniczyna nie pomstowała na czym świat stoi, przy okazji drągiem  tęgim waląc w coś, co na wozie leżało.

- A to co?- zadziwił się Mateusz. – Chodźmy,  coś się niepojętego dzieje.

Rzucili siekiery i Mateusz żwawym krokiem, a Jan nieco wolniej, ruszyli za wozem.

Po drodze Jan za brodę się szarpał i z myślami bił. Bardzo mu ta kobieta wrzeszcząca siostrę przypominała.  Jak ona niska była, drobna, ale głos przenikliwy niósł się daleko, gdy w złość wpadała. Pamiętał, jak strasznie Agata na niego pomstowała w domu rodzinnym, gdy jej chcąc dokuczyć, rzepów w warkocze nawczepiał, gdy spała.

Oj, wrzask był okropny wtedy, cała rodzina na nogi w jednej chwili stanęła. Prócz niego oczywiście, bo wiedząc co będzie dalej  do lasu zwiał.  Warkocze trzeba było  ściąć, a on od ojca w skórę dostał, a matka za karę  i jemu włosy obcięła i to do gołej skóry. Agata zaś go w nocy jak prosiaka  związała i cały ojcowy  kałamarz inkaustu  zużyła, by mu gębę wymalować. „Tyfus” go potem chłopaki przezywali, z racji tej głowy gołej i   siności twarzy, bo inkaust nie bardzo chciał się zmyć. A matka, chociaż  Agacie wlała, bo  pierzyny pobrudziła, to cytryny dać nie chciała do zmycia.  Mówiła, że  ślady własnej  głupoty trzeba nosić, by się rozumu nauczyć.  Dobrze, że potem  pogoda zrobiła się piękna, to przestali sobie dokuczać i dnie całe, gdy tylko roboty nie było,  nad wodą spędzali.  No i ten siny kolor zmywać się zaczął.   To było ostatnie lato, zanim do szkół poszedł.  Michała tam  poznał, swego druha najserdeczniejszego, a Potempo latach  i  męża Agaty.

Ależ oni  wesołe chwile razem spędzali.  I ten czas  gdy i on się  ożenił – z  Anną. Te kuligi w czwórkę, te tańce szalone   przy skrzypkach tatki. Potem  jemu z Anną  tu przyszło żyć, a Michał z Agatą bliżej  ojcowego gospodarstwa byli.  Czyżby to zaiste Agata z Michałem? Leśniczym tu Michał został?

Leśniczy  Michał, bo w samej rzeczy on to był,  zatrzymał się tymczasem  pośrodku wsi.  Bok wozu właśnie odpinał, jakby ziemniaki miał zamiar zwalać. Agata zaś nadal  drągiem łomotała  po czymś na wozie leżącym. Po chwili, Michał  wskoczył na wóz i  kopniakami zwalił z niego dwa wyładowane, jęczące worki.

- Matko Przenajświętsza, a cóż to wy robicie, panie leśniczy?! -  Wojtaszkowa załamała ręce. – Toć nie godzi się tak świń traktować.

- Świń?! To gorzej niż świnie – wrzasnęła Agata, zamierzyła się  i zdzieliła jeden z worków.

Ku zdumieniu zgromadzonych, świnia owa przemówiła ludzkim głosem, błagając o litość.

- Litości? Teraz ty litości prosisz? A miałeś ty ją dla Janowej Anny? A miałeś dla tego dziecka? Ja ci dam litość! – to mówiąc Agata waliła tęgo po workach, a mimo marnej postury, rękę miała ciężką. – Litości?! Ja ci dam litość! Z litości żeś się jeden z drugim  do naszej chałupy przypałętał? Z litości z toporem przylazłeś?

Ludzie stali oniemiali patrząc na leśniczynę. Mała, spokojna zazwyczaj kobietka, pełna  dobroci i uśmiechu, okazała się  być w złości  furią. Kokot zerknął na wędrowca. Ten zaś  stał jak słup soli, jak sól też blady i oczami gorejącymi na Agatę patrzył.

- Dosyć! – pierwsza ocknęła się Jakubowa i złapała Agatę za rękę. – Gadajcie, co się stało.

- Nie mogę….- Agacie kij z rąk w piach drogi wypadł, a i sama padłaby na ziemię, gdyby jej leśniczy nie złapał w porę. Ułożył żonę na wozie, a  ludziom kazał, coby worki rozwiązali.

 Zaraz też wydobyto z nich dwóch chłopów. Wyglądali oni strasznie. Jeden gębę całą miał poparzoną i tłustą jakąś, na oczy nie widział,  tak miał je zapuchnięte. Drugi miał chyba  nos złamany, a i rękę coś dziwnie wykręconą, pewnikiem złamana.

- O mój Boże…. – Jakubowa aż się przeżegnała. – Kto ich tak? Za co?

- Ja – Agata usiadła na wozie. -  Ja ich tak. Za mojego brata, za jego żonę i dziecko.

Leśniczy stanął przed wozem i zaczął opowiadać.

- Wracam ja  z porannego obchodu, już niedaleko domu jestem, gdy usłyszałem wrzaski jakieś,  co od strony leśniczówki dobiegały. Biegiem się puściłem, myśląc, że się mojej Agacie  złego co dzieje. No i dobiegłem w samą porę by zobaczyć, jak moja kobieta wali patelnią jakiegoś draba po gębie. Oboje wrzask robili straszny, sam nie wiem, kto bardziej wrzeszczał, Agata ze złości, czy ten łotr ze strachu i bólu.  Wmurowało mnie na amen. Jak się przecknąłem, to drab padł jak długi, a Agata wzięła sznur i zabrała się za  wiązanie łajdaka. Gdy mnie zobaczyła, kazała  iść do  izby, bo przy piecu drugi leży i może się ocknąć lada chwila. Trzeba go było związać.

- Zakradli się do chałupy i chcieli nas pozabijać. -  Agata zlazła z woza i przytuliwszy się do męża opowiadała. -   Słoninę akurat na skwareczki wytapiałam, gdy usłyszałam kroki za sobą.  Michał mój, zawsze od progu woła, że wrócił, a  i gorzałą nie cuchnie jak te tutaj. Zresztą każden, kto przychodzi od progu Pana Boga chwali, a nie skrada się jak wilk jaki. Tak złapałam patelnię, odwróciłam się i chlusnęłam  draniowi w gębę. Wrzasku narobił, za ślipia się złapał, to go po łbie zdzieliłam, aż padł. Myślę sobie, sam łazęgo nie przylazłeś.  Wylazłam przez okno z tą patelnią w garści i po cichutku obeszłam chałupę. To drugie  ścierwo z kurnika wylazło i do chałupy  mi się pcha. Z  toporem takim  w łapsku, że aż strach.  Łeb wsadził w drzwi i  nadsłuchiwał, tak ja go  moją patelnią przez grzbiet  raz, drugi, a jak się odwracał to po ramieniu dostał, a potem po  gębie i padł. Tylko… patelnia już do niczego, cała mi się  powyginała…

Obaj pobici siedzieli skuleni pośrodku drogi, otoczeni przez zwarty krąg ludzi. Wyglądało na to, że wszystko im już jedno, co z nimi będzie, aby tylko ta mała furiatka dała im spokój.

- Trza ich do aresztu – Wojtaszek drapał się po chudym brzuchu i kiwał głową. – Dostaną wyrok.

- Na co areszt, jeść im dadzą, wyśpią się  psubraty dobrze i czekać będą. Jeszcze zwieją gdzie.  Sami ich możemy ukarać – Franek Zakrzewski miał zawziętą minę.

- Po to sądy są, żebyś ty se rąk  krwią szubrawców nie brudził. – Wojtaszek przy swoim obstawał. – Nie twoje to prawo ich sądzić. Jak leśniczyna ich przy życiu ostawiła, to trza uszanować.

- Ano  zostawiłam… Wbrew sobie… Łajzy to i  szubrawce, niech  gniją i cierpią. Śmierć dla nich to nie kara.

- Ale jak  sąd zobaczy te gęby obite, to jeszcze leśniczynę zamkną – odezwał się znów Franek.- Ja bym ich nigdzie nie woził.

- Leśniczyny nikt nie zamknie, dyć ona o życie walczyła. Nie ona z toporem się zakradała.

- Ale nic jej przecie nie zrobili, to co sądy powiedzą?- Franek zawzięty był, w sąd nie wierzył i najchętniej sam by sprawiedliwość wymierzył.

- Młodyś, to i prędkiś, tu trza spokojnie. – Wojtaszek, odkąd sąd kazał  jego siostrze zapłacić mu  za ojcowiznę, wierzył w sprawiedliwość urzędową.

- Agato – Jakubowa podeszła bliżej – a cośta mówiły o bracie i jego żonie?

- Ano, będzie to już lat temu dziesięć, jak brata mojego rodzinę zbiry jakieś napadły i pomordowały. Żonę miał  dobrą, córeczkę śliczną, a te psubraty ich pomordowały. Jego pewnie też, chociaż ciała nie znaleźliśmy. Jak my mieszkali w leśniczówce. Tu niedaleko.

- To  wasz brat był? Ten Jan z Anną?

- Ano nasz.

- O, sprawiedliwy to był człowiek.  Szczery.  Wszyscy go szanowali. A toście nie gadali, że to rodzina wasza.

-  Nikt nie pytał, to co tam gadać i rany stare drapać.

- I myślicie, że to  te same łotry?

- Te same. Dowód mam. – Agata podeszła do woza i z kolejnego worka wyciągnęła topór wielki, a potem  nóż myśliwski. Topór rzuciła ludziom pod nogi. Ci odskoczyli nieco, bo narzędzie zaiste było to katowskie.

-  Najpierw myślałam, że mój Michał nóż  zgubił, a te łazęgi znalazły. Michał jednak swój nóż miał ze sobą. Wtedy mu się przyjrzałam dokładniej. Poszczerbiony był bardziej, brudny, jakby nigdy nie czyszczony, ale taki sam jednak.  Tylko dwa takie noże były.  Sama kazałam je zrobić dla  brata mego i dla męża. Znaki mają  te same na rękojeści i tu  u brzegu głowni.

Michał wyjął z pochewki swój nóż i każdy mógł się przekonać, że oba noże takie same były.

-  Ten tu – Agata szturchnęła nogą młodszego ze zbójów - miał nóż mojego brata.  Całą prawdę mi powiedział i przed sądem powtórzy. Mnie nic nie zrobił, ale za tamten mord odpowiedzą.

-  Zawieziecie ich do sądów? –Michał  wolał sam tego nie robić. – Jeszcze bym nie strzymał i sam sprawę załatwił.

- Zawieziemy – Wojtaszek był gotów do drogi. – Franek pojedziesz?

- Pojadę i przypilnuję, żeby ani okiem nie mrugnęli.

Po chwili nieszczęsnych łotrów zapakowano na wóz Wojtaszka. Franek Zakrzewski wraz z  Rudym Antkiem, z Błażejem i Szczepanem z tyłu woza siedli by baczenie mieć na  zbójców. Wojtaszek powoził, a Rychlik, jako że gadać umiał obok niego siedział, bo w sądach się przyda. Tak i pojechali.

Ludziska jeszcze w kupie stali. To  wspominali   Jana leśniczego, to odwagę Agaty podziwiali. Agata przy mężu stała. W pewnej chwili wzrok czyjś na sobie poczuła, a gdy w bok spojrzała, ujrzała oczy do swoich podobne wpatrzone w nią. To wędrowiec, o którym często słyszała, wpatrywał się w nią. Gdy wzrok jej uchwycił głowę spuścił, odwrócił się na pięcie i odszedł. Agata  za nim  spoglądała. Te oczy… krok jakby znajomy. Serce mocniej jej zabiło, zakołatało, zatrzepotało jak ptak w klatce.

- Jaśko…

- Co tam szepczesz? Do domu chcesz? – Michał pochylił się na  żoną.

- Nie, nic. Przejdę się tylko. Z wędrowcem pogadam. – To mówiąc puściła mężowską rękę i ruszyła za wędrowcem.

Dogoniła go na skraju wsi, złapała za rękaw.

- Jaśku…- Wędrowiec stał jak wmurowany.- Jaśku, żyjesz..

- Mylicie mnie z kimś kobieto.  Mnie … e…Wojciech. Tak, …  Wojciech mi dali.

- Ja się mylę? – W Agacie jeszcze złość buzowała. – Ja twojej gęby nie znam? Myślisz, że jak kłakami zarośniesz, to cię siostra rodzona nie pozna? Przebierzesz się za straszydło i myślisz, że serce mi nic nie powie? – I tak  wrzeszczała na niego, palcem w pierś dźgała, a łzy serdeczne z oczu jej płynęły.

- Ty wiesz, ile łez wylałam po was, po tobie? Wiesz ile razy te lasy we wszystkie strony z Michałem przeszliśmy,  ciebie, kości twoich szukając? Ty mi  mówisz, mylisz się kobieto!? – I byłaby wrzeszczała dalej, lecz wędrowiec ramiona rozłożył, przyciągnął do swej piersi tę małą  furię i uściskał tak mocno, tak serdecznie, że złość cała i  gniew  odeszły Agatę.

- Cichaj Kocie.

- Och Jaśku…

- Agata?!- Michał stał nieopodal i teraz jego złość nosiła. – Puścisz ty tego  włóczęgę?!

Agata  spojrzała na męża przez łzy  i pociągając nosem odrzekła:

- Nie puszczę, nigdzie nie puszczę -  i rozbeczała się na dobre.

Michała całkiem zatkało. Jeszcze swojej żonki płaczącej tak żałośnie nie widział. Podszedł bliżej, na wędrowca spojrzał, na jego gębę zarośniętą, na uśmiech przez łzy…

- O matko… Jaśko!

- Michaś!

Z daleka, oparty o ostatni płot we wsi, stał  Kokot i na ściskającą się rodzinę spoglądał.  Otarł oczy, wiatr mu chyba piaskiem sypnął, i wolnym krokiem powędrował do swojej chałupy. Zapali sobie fajeczkę, posiedzi  chwilkę pod jabłonką, a potem powie Józi, coby wieczerzę  większą szykowała, bo gości dziś będzie więcej.

Category: - | Views: 1166 | Add / View Comments (18)
9 ratings
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
opowieść..ale nieco inna, chociaż niby to ciąg dalszy
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Oct 9 2008, 01:58 pm

Dzień był szary, zimne wietrzysko gnało po niebie deszczowe  chmury. Tylko ten, kogo wzywały obowiązki jakie, wychodził na taką zimnicę. A jednak pod wieczór, w  chałupie  Kokotów zebrała się spora gromada ludzi. Kobiety,  mężczyźni i dzieci zgromadzili się by posłuchać wieści ze świata. Wczorajszego wieczora zjawił  się bowiem we  wsi wędrowiec. Wędrował on po świecie dalekim i bliskim, słuchał  różnych opowieści, a potem, gdy się gdzie na  nocleg zatrzymał, dzielił się nimi. 

Od lat już wielu, gdy pojawiał się we wsi, zatrzymywał się u Kokotów.  Gadali ludziska, że znał się on z Mateuszem z lat dawnych, chociaż nikt nie wiedział skąd. Pewnie tylko sam Mateusz wiedział, kim jest  ów wędrowiec.  A był to człowiek postawny, prosto się trzymający. Lico miał ogorzałe, usta kryły się w gęstwinie posiwiałej brody i wąsów, oczy skrywała grzywa tak samo posiwiałych  włosów.  Czy to jednak wiek, czy trudy wędrownego życia zabarwiły czuprynę gościa, nikt prócz Mateusza i samego wędrowca nie wiedział. Postawa świadczyć mogła o wcale nie  starym człowieku, a i te  włosy siwe mogły i u młodego się  przydarzyć. Tylko w oczach przybysza, gdy już się je dojrzało, mądrość życiową widać było i cierpienie, jakby gdzieś na dnie duszy ukryte.  Zastanawiał się nie raz ten i ów, kim jest wędrowiec. Próbowali Kokota podpytywać, ale ten niezmiennie kazał im jego samego pytać. Tego jednak ludzie  nie mieli śmiałości uczynić.

 Siedzieli teraz  gromadnie w  ciepłej izbie, zasłuchani w  dźwięczny głos  gościa, zapatrzeni w żarzące się  węgliki w  piecu. Pachniało mokrą wełną z parujących ubrań i dymem, bo wiatr od czasu do czasu cofał dym z pieca na izbę. Nikomu jednak to nie przeszkadzało, siedzieli zasłuchani w  opowieści o dawnych czasach i ludziach. Dziś przybysz opowiadał o Krakowie.

Stachowa Magdula siedziała obok Maryni, bo i młodzi Blewązkowie z synkiem  przyszli posłuchać dawnych opowieści. Mały Jędruś  u matki siedział,  to przysypiając, to warkoczem Magduli się bawiąc i w głos śmiejąc. Zagadała z cicha do niego Magdula, w końcu na swoje kolana go wzięła, gdzie usnął znużony.

Wędrowiec pykał ze swojej fajki, co i rusz na Magdulę spoglądał i snuł opowieść o dawnych bohaterach i Polsce.  Gdy skończył, nadal cisza panowała, tak zasłuchani byli wszyscy. Chłopaczkom oczy lśniły,  snuli marzenia o rycerzach, starsi o Ojczyźnie myśleli.

- No, dosyć już  dawnych czasów.  Gadajcie, co tu u was nowego. Zbiory dobre były? – Wędrowiec chętnie opowiadał, ale też i słuchać lubił.  Zawsze z serdecznością pytał ludzi o ich sprawy, gdy umiał  - radził, gdy rady nie miał – życzliwie  wysłuchał.

Gwarno się w izbie zrobiło, bo każdy coś miał  do powiedzenia. Zakrzewski o   ziemniakach z wędrowcem się zagadał,  Wiśniewski  z Rychlikiem o byku  kowala z Odolanowa dyskutowali.  Wspomniano i o płocie Wojtaszka i jego zagadkowym  rozwaleniu.  Zaraz jednak  temu i owemu spieszno się do chałupy zrobiło, dyć siedzieć darmo nie ma co, gdy robota  w chałupie czeka.

Po chwili w chałupie  zostali  sami domownicy  i ich gość. Józefa coś tam jeszcze w komorze robić poszła, tak i chłopy same w izbie zostali.

- O wszystkim gadasz, o wszystkich pytasz, a co tam u ciebie Janie? – zagadał  Kokot wędrowca.

- Cóż ma być,  wędruję od wsi do wsi, z miasta do miasta. Dobrzy ludzie  przygarną, nakarmią. Żyję…

- Może byś gdzie osiadł, by po świecie się nie tułać.

- Nie mam siły Mateuszu, nie mam wracać do czego.  Czasem serce umiera, a człek dalej po świecie się tłucze, bo nic już mu nie zostało innego.

- Nie gadaj. Jeszcze może się  coś ważnego zdarzyć.

- Ważnego? Nic już ważnego nie ma dla mnie w  życiu. Plączę się po świecie, bo grzechem byłoby…

- Janie! Nie bluźnij!- Kokot aż poderwał się z ławy. – Nie potom cię przez lasy ciągał do babki, byś miał życie teraz tracić. Widać, taka był wola Boga, szanują ją!

- Masz rację Mateuszu, ale serce  boli, a przecie umarło. Pękło lata  temu, a ja wciąż czuję jego ból…  Ta mała, co wnuka twego trzymała, ona ….

-  Podobna?

- Bardzo. Te oczy wielkie, pełne ciekawości. Zupełnie jak moja  Anielka. Już myślałem, że  obraz się zatarł, ale on wciąż  powraca.  Czasem czyjeś dziecko włosy ma takie jak ona, czasem  coś w oczach, w ruchach. A ta mała tutaj, prawie całkiem jak Anielka.  Tyle, że moja starsza by teraz była…

Cisza zapadła w izbie, tylko ogień w piecu trzeszczał. Kokot minę miał zafrasowaną, a wędrowiec dawno o fajeczce zapomniał w ogień zapatrzony, jakby  obrazy w nim widział. Bo też przemykały mu przed oczami dawne chwile. Widział swą żonę, gdy zbierała jabłka spod starej jabłoni i wtedy gdy płótna białe na trawie  rozkładała, by w słońcu schły. Słyszał czasem we śnie jej śmiech i czuł dłoń na policzku. Widział swą małą córeczkę jak ze szczeniakiem biegała między drzewami i  jak pędziła co sił w krótkich nóżkach wprost w jego, ojcowe ramiona. Łapał ją wtedy mocno…i budził się z pustymi rękoma i twarzą zroszoną łzami rozpaczy. Jak dawno to temu było, czy to było prawdziwe życie, czy sen?

- Byłem tam -  szepnął wędrowiec. – Widziałem drzewa. Po domu śladu nie ma. Ledwie znać, gdzie stał.  Potem znalazłem grób na cmentarzu. Dziękuję ci.

- Niepotrzebnieś tam chodził. Rany muszą się goić, nie można ich  rozdrapywać.

- Musiałem…. Musiałem jeszcze raz zobaczyć to miejsce. Znalazłem tam coś.

-  Spokój?

- Nie, tego chyba nie znajdę. Ale … zobacz. – Sięgnął za pazuchę i wyciągnął różaniec. – Wiesz gdzie był?

-  W  zielsku gdzieś?

- Nie, w jabłoni.  Pękła kiedyś, od mrozu może.  Moja… Anna…  związała ją, jabłonka się uratowała, tylko  szczelina została taka. Nie wiem czemu tam ten  różaniec był. Ty wiesz Mateuszu?

- Skąd mnie wiedzieć, Janie.

- Wiesz, byłeś tam. Ty nas znalazłeś. Gdzie ona była, moja Anna? A Anielka?

- Janie… Ich już nie ma. Daj pokój.

- Nie mogę. Chcę wiedzieć co się stało.

- Po co? Co zmienisz?

- Sny…

- Sny?

- Śnią mi się, moja Anna i mała Anielka. Śnią mi się, jak umierają. Umierają w mych snach na   setki sposobów. Chcę wiedzieć jak zginęły, nie chcę  już śnić o tym. Dlatego tam poszedłem. Powiedz mi…

Mateusz  patrzył w cierpiące oczy, widział bezmiar bólu w nich. Co zrobić?  I jemu czasem śniły się tamte chwile, gdy przed chałupą leśniczego stanął, gdy  zobaczył ciała umęczone,  ziejące ranami,  martwe.   Nie powiem, pomyślał, nie powiem mu prawdy. Zbyt wiele wycierpiał. Już starczy. Ino ksiądz te nieszczęśnice widział, ale jego chyba Jan pytał nie będzie.

- Powiedz.

- Chodźmy do stodoły. – Mateusz wziął kapotę i wyszedł z izby. Jan poszedł za nim w ciemność  nocy. Nie zabrali światła żadnego, pewnie deszcz i wiatr i tak by je zgasił. Po omacku weszli do stodoły, usiedli na beczkach i Mateusz zaczął opowiadać.

Opowiedział jak wracał do wsi przez las, jak usłyszał jęki jakieś i znalazł jego, Jana,  zakrwawionego i prawie martwego wśród paproci. Znał go, wszyscy znali  leśniczego i szanowali. Widać wilki go dopadły, czy może niedźwiedź.  Mateusz pobiegł do chałupy leśniczego po pomoc, sam bał się  go ruszać.  Poczuł dym. Gdy wybiegł na polanę zobaczył zgliszcza. Cud, że się las nie zajął. Żonę i dziecko znalazł pod jabłonią.  Zrozumiał, że  to nie  zwierzęta zaatakowały leśniczego i jego rodzinę, to były gorsze bestie – ludzkie.

Długo jeszcze opowiadał Mateusz, opisał wszystko co zobaczył, co zrobił,  jak do babki, co w lesie żyła i na leczeniu się znała, go zaciągnął. Tylko  o tym, jak wyglądały kobieta i dziewczynka nie powiedział.  Wspomniał, że je pod jabłonią znalazł, że martwe były już. Jan odezwał się dopiero gdy Kokot zamilkł.

- Jak wyglądały?

- Jakby spały.

- Jak  zmarły?

- Po co ci to wiedzieć, człowieku?

- Mów, muszę wiedzieć.

- Miały rany w sercach – odparł Mateusz, w duszy modląc się, by Bóg mu to kłamstwo wybaczył. I by Jan z księdzem nie gadał.  – Musiały umrzeć od razu, nie cierpiąc.

- Kto? – Mateusz wiedział, o co wędrowiec pytał.

- Nie wiem. Nie wiem kto, ale bałem się, że wrócą po ciebie, jeśli  pomiarkują się, że żyjesz.

- Co ludzie gadali?

- Nie słuchałem.

- Nie umiesz kłamać Mateuszu. Pewnie gadali, żem ja to zrobił i uciekł…

- Ludzie gadają co im ślina na język przyniesie. Kto cię znał, wiedział, że to nie ty.

- Gdybym pamiętał tamten dzień…. Nie wiem co się wydarzyło.  Pamiętam  co było wcześniej, a tego dnia i kolejnych wcale.

- Myśleliśmy z leśną babką, że  nam zemrzesz. Zupełnieś  od duszy odchodził. Babka sporo dni i  nocy przy tobie wysiedziała, warzyła jakieś eliksyry  i inne wywary. Smarowała cię mazidłami. W końcuś doszedł do siebie, tyle żeś już był całkiem niepodobny.  Chudy, posiwiały, no i brody babka nie kazała ci golić, chociażem z brzytwą przyszedł.

- Miała rację, mądra kobieta.

- Mądra, więc jej trudy szanuj i życie, które ci uratowała.

- Skąd w tobie tyle mądrości Mateuszu?

- Et, mądrość -  nie-mądrość – to życie samo. Patrzę, widzę. A i tobie czas zacząć patrzeć.

- Przecież patrzę. Patrzę, potem innym opowiadam com widział.

- W serce swoje spójrz. Daj mu odpocząć od frasunków. Zapomnij. Idź gdzie daleko,  zbuduj chałupę i żyj.  Już czas.  Co było – nie zmienisz.

- Masz rację, może tak zrobię kiedy.

- Chodźmy do chałupy. Józia już tam pewnie  wieczerzę nastawiła.

Podnieśli się z beczek, wyszli w noc. Wiatr jakby nieco zelżał, a i deszcz przestał  padać.  Rozpierzchły się chmury, księżyc  rogalem świecił. Lżej się do chałupy Janowi wracało, przekonany o lekkiej śmierci bliskich. Mateuszowi ciężej za to na sercu było.  Skłamał przyjacielowi i sumienie do końca z tym pogodzić się nie mogło. A jednak…  drugi raz tak samo by zrobił.

- Oby Bóg mi wybaczył…- wyszeptał za plecami Jana  i zaraz za nim wszedł do pachnącej wieczerzą izby.

 

Category: - | Views: 1211 | Add / View Comments (22)
0 rating
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
Amory Józika
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Sep 7 2008, 04:02 am

Następny dzień przyniósł chrzciny u Blewązków. Wraz z kumami pojechał Andrzej do kościoła. Duma go rozpierała ojcowska, gdy na leżącego na poduszce syna  spoglądał. Ksiądz dobrodziej malucha ochrzcił  dając mu imię ojcowe – Andrzej.

Dobrze Marynia z Andrzejem kumów  wybrali. Już w kościele chrzestna talara w poduszkę wsunęła, a i chrzestny w róg poduchy pieniążki zawiązał.  Jak zwyczaj kazał, trza dzieciakowi co na przyszłe życie naszykować, żeby mu się potem dobrze darzyło.  Po chrzestnych i inni goście, co to ich sproszono do chałupy,  małemu podarki pod poduchę wsuwali. Bawiono się potem długo, popijając gorzałeczkę i zajadając tym, czym gospodarze częstowali. Śmiechów i  żartów było sporo, nie brakło też rozważań nad  Wojtaszkowym płotem, bo nadal nie wiadomo było, jakim to sposobem tak się w środku nocy  rozwalił. Teraz to się co i któremu zdało, że i on coś w nocy słyszy, ale pies cicho siedział, to i z chałupy nie wyglądał.

Rozeszli się  goście ciemną nocą do swych domów. Ten i ów podśpiewywał podchmielonym głosem. Zwłaszcza  Walentemu Rychlikowi na śpiewy się zebrało i prowadzony teraz przez swoją  kobietę wyśpiewywał ile sił w gardle:

„Jak się kuma z kuma zejdzie,

kwaterką się nie obejdzie.”

Słów mu dalej zbrakło, to i od nowa tę samą zwrotkę powtarzał. A że do wtóru mu  większość  wiejskich kundli się dołączyła, harmider się zrobił  okropny. Jedno szczęście, że chałupa Rychlików  już blisko była, to i śpiewy Walentego wkrótce ucichły.

Minęło kilka dni i nocy spokojnych. Chłopak Blewązków mało co  płakał, Marynia dobrzała, a Andrzej, dumny niczym dziedzic chodził i, czy kto chciał, czy nie chciał słuchać, o synku opowiadał.  Myślałby kto, że to pierwszy dzieciak, co śpiąc palec ssie, albo oczkami za  światłem świecy wodzi. Oj, nasłuchał się Kokot przy robocie, nasłuchał. Jednak, że i on rad  z wnuka był bardzo, to i słuchał chętnie, a i sam dodawał, co i raz nowe  talenty malucha.

Dziś Wiśniewskiej przyszło wysłuchiwać  zachwytów obu chłopów nad najmłodszym Blewązką. Andrzej opowiadał, jaki to dzieciak silny, jak za palec chwyci, to ani puścić nie chce.

- A jak  głos mój ino posłyszy, tak zaraz się śmieje!- przechwalał się Kokot.

Wiśniewska ino głową kiwała, słuchając tych  wypatrzonych przez chłopów zdolności.

- Tak, tak… i zdrowaśki pewnie też już gada, co?

- Oj, Karolino…  A co tam u Was?

- Eee, nic… Stary z Józikiem na targu byli,  śmietany i jaj sprzedali i gęsi parę. A wy swoich nie sprzedajecie?

- Moja mówi, że jeszcze nie. Pierzyny chce dla małego robić, to gęsi jeszcze potrzyma.

- A słyszeliśta, że u  Zakrzewskich coś kury po nocy kradnie? Już trzy im zginęły.

- O, to się pewnie lisiura, albo kuna jaka rozbestwiła. Andrzej, a idź no tam posprawdzaj deski u gęsi. Przecie by mnie Józefka nie darowała, jakby te gęsi co zżarło.

Gdy się Andrzej oddalił, Wiśniewska szybko o swych podejrzeniach  co do Józika,  opowiadać Kokotowi zaczęła.

- Bo wiecie, Mateuszu,  do Pazurowej pono różne chłopy chodzą. Jej starego już długo nie ma. A jej się  za chłopem  ckni i pono bałamuci każdego, co się nawinie.  Ja se tak myślę, czy Józik czasem do niej nie łazi…

- Eee, przecie to młody chłopak, a Pazurowa już swe lata ma. Tyle ładnych dziewuch dookoła…

- Młody, nie młody, za chłopem nie trafisz. Może mu i pasuje, że ona już za chłopa wydana? Ludzie gadają…

- Karolino, ludzie różne  bzdury plotą, a nie zawsze to prawda. Mnie się widzi, co wasz Józik młodszą  by wybrał. Gdzie mu tam Pazurowa w głowie….

- No nie wiem…  Coś on ostatnio często w stronę jej chałupy spogląda…

- A  Pazurowa  Antośka, ile to jej już będzie?

- Antośka? To dzieciuch jeszcze…. I Józik patrzeć na nią nie może, bo go  przeszłej zimy w przerębel wepchła. Od tego razu, to aż czerwony się robi na gębie,  gdy się o Antośce co powie, albo ją  gdzie zobaczy. Jemu Pazurowa po głowie chodzi. Ale ja mu ją wybiję! A nerwus się z niego zrobił…. Coś mnie się widzi, że tej nocki nie strzyma i poleci.  A ja nawet słoniny ładny  płat naszykowałam.  No, zostańcie z Bogiem Mateuszu.

- Z Panem Bogiem Karolino – pożegnał ją Kokot. Porozmyślał chwilkę jeszcze nad Pazurową, bo  coś na rzeczy być mogło. Pazur w areszcie już nieco czasu siedział, za to co  się był na targu z chłopem  jakim pobił. Naprał go tak, że się  tamten ledwie od grobu wywinął. Pazur zawzięty był i do bijatyki skory. A że to nie pierwszy raz, to go i do aresztu wzięli. Jeśli  Pazurowa chłopów bałamuci, jak Karolina gada, oj to się  będzie działo, gdy Tomasz wróci….

 

Miała rację Wiśniewska, że dzisiejszej nocy Józik nie strzyma. Ledwie się w chałupie chrapanie  Wiśniewskiego  rozniosło, zatrzeszczały rozsypane na podłodze  w komorze ziarna, a po chwili  zaskrzypiało odmykane okienko. Karolina tylko na to czekała. Prędko zarzuciła  chustę, złapała spod łóżka kij i wymknęła się z chałupy. Znów dwa cienie przez wieś przemykały. Pierwszy przy płotach przystawał i słoniny  kęsy kundlom rzucał. Drugi w tym czasie  wygrażał w myślach i obmyślał, co też to Józik  robić będzie musiał, za te wszystkie słoniny z chałupy wyniesione.

I tak jeden po drugim, oba cienie  dotarły pod chałupę Pazurowej. Gdy pierwszy w okno poskrobał, otwarło się ono cichutko, przelazła przez nie postać w białej koszuli i przylgnęła do ciemnej postaci pod ścianą.

- A łazęgo jedna! To tak moją słoninę marnujesz! Zachciało ci się amorów z cudzą żoną! – Rumor się zrobił okrutny, gdy Wiśniewska kijem tęgim okładać zaczęła  swego  syna i jego lubą. Wrzaski obojga i krzyki karoliny obudziły zaraz pół wsi. Okna się pootwierały, wyjrzały z nich głowy rozczochrane,  ciekawe czy się pali, czy też inne nieszczęście na wieś spadło.

Kacperczyk pierwszy z chałupy wybiegł, bo mu pęcherz i myśli  o mlaskaniu wilczym spać nie dawały. Zaraz też więcej ludzisk się na drodze pojawiło, a każden z łuczywkiem lub świecą jakąś dla rozjaśnienie nocnych ciemności.

- Niecnoto jedna, syna mi na manowce sprowadzasz? Swego  chłopa nie masz przy sobie, to  za młodziaków się brać będziesz?! O, ja cie moresu nauczę, a masz – i łups Wiśniewska  kijem po tej białej koszuli. Byłaby chyba zatłukła oboje, ale ją w końcu siły opuściły i zasapała się okrutnie, wtedy to  Kacperczykowa odciągnęła ją  nieco. W tej samej chwili  otworzyły się drzwi chałupy Pazurowej i wyszła z niej…ona sama.

- A czego to? Czego takie wrzaski, że spać nie można?

Wiśniewskiej całkiem mowę odebrało. Stała z gębą rozdziawioną jak wrota stodoły i gapiła się na Pazurową.

- Kto? – wykrztusiła w końcu i wskazując kijem skulone pod ścianą osoby, dodała jeszcze – kto z nim?

Pazurowa za świecą podeszła do winowajców.

- Tośka!? Ja cię ze skóry obedrę! – i złapała za włosy swoją najstarszą córkę. Wyrwała Wiśniewskiej kij i teraz ona okładać dziewczynę zaczęła.  Kto wie, co by jej jeszcze zrobiła, ale z chałupy wygramoliła się  w końcu babka dziewczyny.

- Zostaw ją Kaśka! Dosyć.- Pazurowa zastygła z ręką nad głową Tośki.- Tośka, biegiem do chałupy. A wy ludziska spać, nie ma się co gapić. Wiśniewska, chodźta z nami, pogadamy nieco. Któren to tam jęczy, Józik?

- Józik, Józik, skaranie boskie z nim.

- Chodźta do chałupy. Józik, ty też! - zarządziła babka, zgarnęła rozwścieczoną  Wiśniewską i tak spojrzała na Józika, że mimo ciemności tyle w jej oczach wyczytał, że  już mu się całkiem żyć  odechciało. Posłuszny jednak powlókł się noga za nogą do Pazurowej chałupy.

Postali ludziska chwilę jeszcze, ciekawi czy z chałupy wrzaski słychać będzie.  Zaraz jednak Pazurowa z chałupy wyszła i wrzasnęła, coby spać  szli. To i poszli, może jeszcze co pośpią….

Tymczasem w chałupie Pazurów cisza była.  Przy stole  siedziała Wiśniewska i wystraszony Józik. Ona była czerwona jak burak, on blady jak płótno. Po drugiej stronie stołu rozsiadła się matka Pazurowej, wcześniej wyganiając Antośkę do komory. Gdy Pazurowa do izby wróciła, babka kazała jej flaszkę i kieliszki przynieść. Nalała potem sobie i Wiśniewskiej.

- Wypijcie Karolino, uspokoić się trza nieco.

- Tak i wypiję. Dawaj tę słoninę łazęgo! – szturchnęła Wiśniewska Józika w bok.

- Nie mam… - wyszeptał Józik.

- Czego mruczysz?

- Nie mam – rzekł nieco głośniej.

- Toś ją całą kundlom rzucił? Czy ci całkiem rozum odjęło?!

- Nie rzuciłem. Kundlom ino po kawałeczku żem dawał. Cała wypadła, jak mnie matula tym drągiem okładali.

- Taki kawał słoniny….

- Pewnie ją już psy pożarły – z lekką satysfakcją wymruczał Józik.

- Za to ciebie gęba i grzbiet boli. A to jeszcze nie koniec. Poczekaj jak do chałupy wrócimy i ojciec się dowie!

Wszelkie ślady satysfakcji zniknęły z twarzy Józika i wydawało się, że zbladł jeszcze bardziej.

- Tak i co teraz? – spytała Pazurowa.

- Odrobi to, łazęga jeden!

- Nie o słoninę pytam, bo mnie nic do niej. Co z młodymi?

- Ty Kaśka, swojej Antośki pilnuj, a mój chłop  temu  gamoniowi takie lanie sprawi, że mu się amorów na długo odechce. – I dla podkreślenia owych zamiarów zdzieliła Józika po głowie.

Józik skulił się na ławie, ale coś mruczeć zaczął.

- Czego znowu mruczysz? Mało jeszcze? Ojciec poprawi!

- Dajcie spokój Karolino. – Babka zatrzymała rękę Wiśniewskiej, która znów miała zamiar zdzielić syna. – Cóż ty Józik zamiarujesz?

- Dacie mi Antośkę?- Chłopak podniósł głowę i spojrzał w oczy babce swej  wybranki. – My się kochamy. Ja będę o nią dbał. Robotny jestem. Niczego jej nie zbraknie. A i wam pomogę, bo chłopa w obejściu brakuje.  Stodołę wam naprawię i dach na chałupie, co nad komorą  cieknie i…

- A widzisz go! – Tym razem Pazurowa się rozkrzyczała. – Chłopa w obejściu trzeba! Mój Tomasz wróci i naprawi, a jeszcze tobie skórę wygarbuje!

- Cicho Kaśka! Józik  rację  ma. - Odezwała się znów babka. -  Tomasz więcej w aresztach, niż w chałupie. Zrobimy tak: Józik naprawi co trza i obejściem się zajmie. Co wy na to Karolino?

- Kara musi być. Niech odpracuje.  U nas też  roboty więcej dostanie.

- A jak się przez rok dobrze sprawował będziesz, to wtedy przyjdziesz i pięknie o Antośkę poprosisz.

Na te słowa babki i Karolina i Kaśka oczy na nią wytrzeszczyły i aż im słów brakło. Józik  wyczuł swą szansę i pytał dalej.

- I mi ją dacie?

- Jak cię będzie jeszcze chciała.

- Będę! – rozległo się zza drzwi.

- Cicho tam! – Krzyknęła babka.

Józikowi jednak już oczy pojaśniały, na policzki wypełzł nieśmiały rumieniec, głowa uniosła się do góry. I plecy jakby mniej go boleć zaczęły….  

Rozmyślał potem, wracając z matką do chałupy, że czasem warto lanie dostać….

Category: - | Views: 1215 | Add / View Comments (22)
4 ratings
Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka
na życzenie - ciąg dalszy historii zaginionej słoninki
From: Małgorzata Wioletta Blewąska Żywicka | Created: Aug 20 2008, 12:07 pm | Updated: Aug 20, 2008

Gdy ucichły wszelkie głosy we wsi, gdy  pospali się ludzie i zwierzyna, bokiem drogi, w cieniu płotów i sadów, przemknął cień  jakowyś. Stary  Kacperczyk z chałupy właśnie wyszedł, bo go  pęcherz ostatnio cisnął, gdy zdało mu się, że coś  przy drodze zobaczył. Popatrzył  przez chwilę w stronę drogi, ale nic się tam nie ruszało. Już miał swoją potrzebą się zająć, gdy znów kątem oka ujrzał cień przemykający w mroku. Zaraz potem  sapanie  jakieś go doszło i trzaski.

- Jest tam kto?- Zawołał głosem nieco głośniejszym od szeptu, bo mu coś tak niewyraźnie było.  Nie ma się co drzeć po nocy, myślał sobie. Pewnikiem  coś mi się zwidziało, bo przecie  Rychlików rudzielec zaraz by ujadał, jakby kto łaził. 

- Niech będzie pochwalony… – odezwał się szeptem, ale odpowiedzi się ludzkiej nie doczekał, tylko znowu trzaski jakieś, sapania nieludzkie i mlaskanie wilcze. Ciarki go po plecach przeszły, przeżegnał się prędko i w te pędy do chałupy wrócił, o pęcherzu swoim zapominając. Da Bóg do świtu wytrzyma, abo może za jakiś czas kobita zbudzi się za potrzebą, to i on wyjdzie wtedy.

Gdy Kacperczyk w chałupie zniknął, od płotu Rychlików oderwała się mroczna postać i pomknęła  dalej w stronę skraju wsi. Po chwili większy cień się pojawił śladem pierwszego podążając. Pierwszy szybko przemykał znajomą  ścieżką, drugi posapywał i potykał się czasem  w ciemności.

- O Jezuniu! - rozległo się nagle wśród trzasków. Płot  Wojtaszków zatrząsł się, zakolebał i runął, aż echo poszło i psy się rozszczekały. Stękając i sapiąc postać jakaś wygrzebała się spośród sztachet i krokiem szybkim, chociaż kulawym nieco, wróciła się skąd przyszła.

- Czego tam?- Michał Wojtaszko wylazł przed chałupę ze świecą i rozglądał się w jej nikłym świetle. Noc ciemna była, bez śladu księżyca na niebie, to i mało co widać było.   Łazęga,  pies co się był przywlókł przeszłego lata na ich podwórze,  stał nieopodal płotu i zjeżony warczał.  Podszedł Michał  do niego i  kupę sztachet połamanych  ino zobaczył zamiast swojego płotu.

- A to co? Co za łachudry płot mi zwalili?! Dam ja wam za swoje, niech się no który pokaże! No patrzaj Łazęga, cały kawał płotu poszedł. Jak obejścia pilnujesz, darmozjadzie jeden?  Będziesz tu teraz siedział i stróżował, słyszysz? Pilnuj! - Przez  całą tę Michała przemowę, Łazęga siedział wpatrzony wiernymi ślepiami w swego gospodarza. Dobrze pamiętało psisko, kto mu rany po wilczych  zębach czyścił i maściami opatrywał.  Teraz wiernością i stróżowaniem odpłacał się Łazęga dobrodziejowi swemu. Mógł Michał spokojnie do chałupy wrócić, pewny, że jego pies będzie przy zwalonym płocie siedział przez resztę nocy. Tak też, mrucząc pod nosem obelgi pod adresem  sprawców,  poszedł  Wojtaszko spać.

Z samego rana rozeszło się po wsi, że w nocy, u Wojtaszków, nie wiedzieć czemu,  ktoś płot rozwalił.  Przed chałupą Michała zebrała się sporo gromadka chłopów i  rozważali, kto też mógł tę szkodę uczynić.

- Michale, a ty się czasem z kim nie pokłócił?

- eee

- Może kto z żalu jakiego, co do ciebie miał, ten płot ci rozwalił.

- Dyć ja nikomu płotu nie rozwalał!

- Ale może co innego zrobiłżeś, a on tak  tobie z zemsty płot.

- Szczepan, z kim ja się kłócić miałem? Bo to człek ma czas na głupoty….

- A te prosiaki?

-Prosiaki?

-No, te  niby Gałązkowe…  

- Co, że one w płot wlazły? Przecie je Gałązka sprzedał.

- Nie, że wlazły, ino żeś się zgodził do sądu dla mnie za świadka iść.

- Alem z Gałązką, ani z nikim o tym nie gadał.

- To ja nie wiem…

- Ano, ja też  nie wiem.

- Wojtaszek, może to pijaki jakie były.

- Może i były..

- Albo złe licho jakieś.

- Tam zaraz licho. Skąd ci się licho wzięło  Bartoszu?

- Bo mnie gadał Kacperczyk, że w nocy jakieś trzaski i mlaskania słyszał.

- Ha! I licho  zeżarło Wojtaszkowi płot, z tego pewnikiem to mlaskanie było. – Chłopy śmiali się serdecznie z pomysłu Bartosza.

- Michale, a patrzyłeś czy śladów zębów na tych sztachetach nie ma? Jak nie licho, to może  kto inszy płot ci żarł.

- Weźmiem taka sztachetę – Franek Zakrzewski miał nowy pomysł ku rozbawieniu towarzystwa - i będziemy po wsi ludziom w gęby zaglądać i do zębów równać.

- Idźże w pierony z twoimi zębami! Pewnieś sam się  napił i płot mi rozwalił.

- Napić bym się i napił ino nie było za co… -  zasmęcił się Franek.

Gdy tak trwały rozmowy i żarty przy płocie, nadszedł drogą Kokot Mateusz.

- Niech będzie pochwalony.

- Na wieki wieków.

- Cóż to tak stoicie, jakby który roboty miał mało.

- Bo widzisz Mateuszu, licho jakieś płot Michałowi powaliło w nocy.

- Pijany który wracał?

- Niby nie. Psy nie szczekały nic. Dopiero jak się płot zwalił, to  Łazęga warczeć zaczął.

- A i  Kacperczyk coś w nocy słyszał  koło swojej chałupy. Ale ciemno było, to nic nie widział.

- Ciekawe, ciekawe…  Zostańcie z Bogiem, mnie czas do roboty.

- Z Bogiem Mateuszu, i nam czas. - Rozeszli się chłopy, każden do swojej roboty, tylko Michał przy  mocowaniu płotu został.

Pod wieczór zaroiło się u Blewązków w izbie, bo każda baba we wsi z podarunkiem do Maryni szła. Gorzałeczkę Andrzej rozlewał, by syna uczcić. Już był się z kumami dogadał i nazajutrz chrzciny być miały. Wśród odwiedzających Marynię kobiet znalazła się i Wiśniewska. Dobrych rad poudzielała, gościńca zostawiła, wypiła kieliszeczek i z chałupy wyszła.  Przed stodołą Mateusz siedział i był na nią czekał.

-  Karolino, co tam u was nowego?

- Jakbyście nie wiedzieli…

- Co mam wiedzieć, ja po nocach nie łażę. I który to?

- Józik, łapserdak jeden.

- I na co mu ta słonina?

- Dla psów.

- Takem myślał, jak  chłopy zaczęli gadać, co psy w nocy  nie szczekały. I gdzież on szedł?

-  A nie wiem, bom musiała do chałupy wrócić, bo się rumor zrobił.

- Tak mnie właśnie ten płot spokoju nie daje. Ponoć coś stękało, trzeszczało, mlaskało… - Tu Kokot głos zawiesił,  na odpowiedź Karoliny czekając.

- Nie myślicie chyba, że to ja tę słoninę żarłam i mlaskałam, co?

- No, mlaskanie to bym psom raczej ostawił.

- I tak było, każden kundel przy drodze kawałek dostawał. Szczęściem moim, trzy były. Tylko nie wiem, czy to wszystkie, bom musiała się wrócić. Ciemno było, jak w jakiej ciemnicy, potkłam się o ten pieniek przy Wojtaszkowym płocie, no i się zawaliło, jakem się o niego oparła. Bo też go już dawno  naprawić powinien!

- Możecie mu to rzec  przecie.

- Jeszcze czego! Zaraz by się domyślił, że to ja mu go zawaliłam. Kazałam mojemu tam pójść i pomóc, tak jakby po sąsiedzku.

- A wasz się czego nie domyśli? Po nocy łazicie, a on  płot ma naprawiać.

- Mój jak zacznie chrapać, to by i dzwonów nie słyszał. Inaczej i ja bym wcześniej Józika przydybała. Tylko wy mnie nie wydajta, bo tego łapserdaka chcę złapać. Okrutniem ciekawa, gdzie on łazi.

- Pewnikiem do jakiej panny.

- Ja mu dam panny! Do roboty niech się bierze! Zostańcie z Bogiem!

- Z Bogiem!

Wiśniewska podreptała w kierunku swojej chałupy, zastanawiając się, czy też Józik i dziś wylezie i słoninę kundlom rzucał będzie.

Nastała noc. Mrok skrył pod swą kapotą wieś i pola, kołysząc świerszczową piosenką lasy i łąki do snu. Tylko nocne stworzenia cichutko przemykają między źdźbłami traw w poszukiwaniu pożywienia lub  w ucieczce, by się nim nie stać.   W nocną muzykę świerszczy wdarł się nagle pisk krótki i trzepot miękkich  skrzydeł. Tym razem  sowa wróci z łupem na swą ulubioną gałąź. Jedno życie skończyło się nagle wśród ciemności nocy. I znów rozśpiewał się świerszcz. Zaszeptały trawy, o które otarło się miękkie futerko kuny, zabłysły w czerni nocy  oczy sprytnego  drapieżnika. Czy wytropi tej nocy mysie gniazdo w starym pniu, czy też nęci ją zapach wsi i drobiu? Zatrzymała się nocna łowczyni na skraju pola, wyciąga pyszczek ku ludzkim obejściom. Oj, nęcą ją wiejskie zapachy, nęcą. Przemknęła szybko przez pole, skryła się  między drzewami w sadzie. Pachną jej kurki, pachną, ale wiatr i inny zapach niesie. Ostry, drażniący, zapach wroga – psa. Przestępuje z łapki na łapkę giętki zwierzak, tyle zapachów, tyle pokus, ale ten  wrogi zapach coraz silniejszy. I już pusto między drzewami w sadzie. Nikła  woń kuny dotarła do węszącego  Rudego. Na wszelki wypadek warknął w stronę  lasu i na swoje miejsce przy płocie wrócił. Może i dzisiejszej nocy smaczny kąsek słoninki mu się dostanie? Ułożył się pod płotem, ślepia mu się zamykają, ale uszy pilnie nadsłuchują. Cisza.

Nie tylko Rudy nadsłuchuje pilnie nocnych odgłosów. W chałupie Wiśniewskich aż dwie pary uszu wsłuchują się w noc. Wiśniewska leży cichutko, ani się nie ruszy, choć ją już krzyże od tego drętwego leżenia bolą. Za ścianą za to Józik wierci się okropnie, z boku na bok się przekręca  i  co i rusz wzdycha. Ciągnie go z chałupy  jak tę kunę do kur, ale i on niebezpieczeństwo przeczuwa. Strachu wczorajszej nocy się najadł, to dziś woli w łóżku zostać. Zasnął w końcu i wiercić się przestał, nie zauważył, jak matka po cichu do izby zajrzała. Policzyła głowy na poduchach i uspokojona do swego łóżka wróciła. Położyła się wreszcie wygodnie Karolina w pościeli i zaraz też zasnęła.

 

Category: - | Views: 1585 | Add / View Comments (15)
0 rating
1 to 10 of 190 journal entries |  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 .. 19  Next »
Navigate Home | Family Tree | Friends | DNA Ancestry | Photos | Journals | Groups | My Profile
More Info Tutorials | News | Learning Center | Resources | About Genebase | Store | Applications | Terms
Get Help Help Center
© 2003 − 2009 Genebase Systems. All Rights Reserved.