W piątkowy późny wieczór, nawet bardzo późny, gdy większość ludzi układała się do przytulnych łóżek, wsiadłam w autobus do Warszawy. Jeszcze w drodze na dworzec złapały mnie dobre myśli i życzenia pana W. Tych myśli ponoć było więcej, bo nie jedna „nasza” osoba mówiła mi, żekładąc się spać myśleli o mnie i tym że już ruszam na spotkanie.
A potem długa, długa nocna podróż.I chociaż w tym akuratśrodku lokomocji byłam sama z „naszych”, to nie byłam osamotniona wdążeniu na spotkanie. Kurkowy przecież też tłukł się po nocy pociągiem, a ilu jeszcze tych, o których nie wiedziałam… Zdeterminowani, by mimo wszystkich uciążliwości, zmęczenia i niewyspania jechać, by być właśnie Tam i z Tymi.
Parę minutek po 06.00 dzwoni telefon – gdzie jesteś, o której dokładnie będziesz? Bo my już czekamy.Wspaniałe uczucie, gdy jedziesz gdzieś tam daleko, a u końca drogi ktoś na Ciebie czeka. To takie … ciepłe.Wysiadłam w zimny, wietrzny warszawski poranek i z daleka zobaczyłam dwóch miłych panów czekającychw budynku dworca. Wpatrzeni w drzwi, którymi według nich powinnam wejść za kilka minut. Autobus przyjechał ciut wcześniej, ja wysiadłamz innej strony niż myśleli i zdążyłam podejść ich całkiem blisko ;-)
Edek przyjechał chwilkę przede mną. Powitalnebuziaki, uściski i już zapakowani w Darkowy wehikuł ruszamy przez Warszawę do Jacka.
Wspinamy się na któreś tam piętro – przeze mnie, bo chciałam się nieco rozruszać potylu godzinach podróży. I już w drzwiach wita nas Jacek. Och, jak dobrze usiąść na czymś wygodnym, wypić dobre cappuccino w dużej filiżance. Nie wspomnę o tym, że taki rozmiar filiżanki wyżebrałam, panowie dostali piękne, delikatne filiżaneczki i kawę z ekspresu. (Który w pewnej chwili, prócz kawy robił wszystko co możliwe ze świtaniem i prychaniem włącznie.)
Pogaduchy, ciekawe upominki od Edka (w Sycowie już się nie zgubię ;-), podziwianie kotów i ich zachowania, śniadanko – nawet z chlebem ze smalcem wykonanym przez „Bacę”, pachnąca herbatka. Potem Jacek czeka na Basieńkę, a my ruszamy na zwiedzanie.Oczywiście wyżebrałam, by do planu dołączyć Zamek.
Zamek (tylko z zewnątrz), stare kamienice, kolumna Zygmunta, Barbakan, Syrenka,ruchome schody z ich historią… Warszawa jest piękna w towarzystwie przyjaciół - nawetw zimne dni. A już rozmowy „pimpko-logiczne” są nie do podrobienia! Kto inny mógłby stwierdzić podobieństwo Meksyku i Irlandii, lub twierdzić, że hrabina pisze się przez „c” – (nie chodzi bynajmniej o„ch”, nie mylić!) ;-)
Około 11.00 jesteśmy na miejscu spotkania. Już jest kilka osób, w tym nasza „Lufcikowa”. Kolejne uściski, powitania i tak długo, długo – bo nie ze wszystkimi uda się przywitać od razu. Rozmowy, pogaduchy, wymiany informacji – wszystko we wspaniałej, radosnej, serdecznej atmosferze. Rozglądamy się, pytamy: a jest…? O tam! A …? A nie, nie może. Kupuję książkę dla Doni, Małgosia wpisuje dedykację. Są też prezenty ;-) Co chwila było słychać jak ktoś do kogoś woła: „O, jesteś! mam dla Ciebie….” Ja również dostałam prezenty – długopisy, piękny świeczniczek, portrecik Logopedii i takie niematerialne – słowa radości ze spotkania, podziękowania za moje pisanie i największa niespodzianka… Specjalnie by ze mną się spotkać, przyjechała z daleka moja „Ciocia” Grażynka. Poznałyśmy się przez N-K i szukamy naszych wspólnych korzeni – bo nazwisko zobowiązuje. Teraz znamy się nie tylko wirtualnie, ale i realnie. Ciocia poznała kilkawspaniałych osób, nawiązała parę kontaktów i była zadowolona ze spotkania.
Oficjalna część -powitania i wykłady – między innymi Genetycji, nagroda dla Waldka. O tym pewnie poczytacie w różnych miejscach i obejrzycie na zdjęciach. Potem nadszedł czas na mniej oficjalne rozmowy, pałaszowanie tradycyjnej Bayerowskiej Szarlotki, do której oczywiście był wyścig, bo znikała w zastraszającym tempie. Po cichu mam nadzieję, że nikt nie zrobił zdjęcia, gdyLogopedia z Bacą – palcami -jedli w pospiechu szarlotkę z jednego talerzyka. Na szczęście dwa kawałki, inaczej byłaby wojna ;-) Łakomczuchy!
Gadu, gadu i czas na zmianę lokalu. Żegnamy Pencośke i Generała.
Jedziemy do Lolka. Bolekbył w pobliżu ;-) Darek wiezie nas sprawnie, tylko Włodek dostaje od czasu do czasu wypieków patrząc na ruch, auta, światła inaszego kierowcę spoglądającego co i rusz do tyłu. W międzyczasie toczy się urocza, oszałamiająca Genetycję (i pewnie nie jedną inna osobę, gdyby ją słyszała) rozmowa, którą pozwolę sobie całkiem niedokładnie i bez zgody jej wykonawców przytoczyć.
Miejsce i czas akcji – Warszawa,ruchliwaulica, wnętrzedużego samochodu, około 16.00 – w drodze na obiad
Osoby biorące udział (i usiłujące wyłapać sens) oraz ich rozmieszczenie: Baca- kierowca, Szpakowaty- siedzący obok kierowcy, Genetycja – siedząca za kierowcą, Logopedia – siedząca na środkowym fotelu, Kurkowy – siedzący za Szpakowatym.
Przebieg – mniej więcej:
[L]- A ciekawe dlaczego nie było Piotrka G.
[Sz] – nie wiem, nie miałem z nim kontaktu
[K]- Piotr, właściwie jego żona ma w rodzinie nazwisko Molke. Pewien Molke mieszkał niedaleko mnie, to znaczy dawniej. W „Kleine kosel”.
[SZ]- gdzie?
[K]- Małe Kozy, nadal ta miejscowość jest.
[SZ]- jeny, gdzie ty mieszkasz?
[K] – (odpowiada,) no i czasem w (też dziwna nazwa)
[Sz] –o rety!
[B]- Kozel? - to jest czeskie piwo
[SZ] – hrabina
[B] – Kozel
[L] – hrabina
[B] – ale przez C,
[L] – a gdzież to Baca do szkoły chodził?
[SZ] - jedź mówię, bardziej zielone nie będzie
[B] - hrabina przez C, nie c-h!
[L] - hrabina przez c… też coś
[B] - piwo przez K
[K] – w tamtą stronęon się tak do tyłu nie patrzył
[L] – z przodu siedziałam
[G] – nic nie rozumiem…
[L] – to znaczy, że sami swoi
Potem trafiamy w pobliże lokalu. Jeszcze tylko przedrzeć się przez chaszcze, błotko i efekty wyprowadzania psów do parku i już jesteśmy. Oczywiście iść alejką nie bardzo nam przystoi, nie byłoby to pimpko-logicznie. Jesteśmy… O matko, z daleka widać tylko jakieś namioty…no atmosfera będzie …ożywcza. Bliżej jawi mi się coś na kształtszałasu kłusowników. Matko i córko, gdzie on nas przywiózł?
Wchodzimy, no… deski, belki, grill – chyba będzie zimno…. Wchodzimy dalej… ło!Wielkie ławy, kominek, ciepełko i to coś w atmosferze i ”nasi”.
Potem zamawianie sobie obiadku, herbaty, kawy, grzańców, piwa, i co kto chciał. Gadamy, gadamy, gadamy. Zwariowany telefon do Elfa – wpatrujemy się w Bacę by w jego oczach, wąsach i głowie dostrzec co myśli, mówi Elf. Śmiechy, żarty, poważne rozmowy też. Jest wspaniale. Część osób krąży, bo przecież trzeba pogadać z tym i tym, i z tamtym. Przede mną kilka razy pojawił się grzaniec – pychota. To Sati i Włodekusiłowali mnie chyba nastawić na spanie w autobusie ;-)
A potem czas się żegnać, rozstać do następnego spotkania. Gdzie? Może w Wielkopolsce, a może za rok w Warszawie?
W każdym razie to właśnie dla tych chwil jestem gotowa tłuc się tyle godzin w autobusach. Co z tego, że potem padam na nos.
Znów dworzec, jeszcze jedna rozmowa telefoniczna z nową ciocią. I czas odjazdu. Kilka godzin w przegrzanym autobusie, dziwnazamiana jednego autobusu na drugi w Bydgoszczy, 10 minut spóźnienia i o 5.35 jestem w domu i padam na własne łóżko. Jak dobrze….
Razu pewnego przyszedł Andrzej do chałupy zafrasowany jakiś, markotny. Siadł se przy piecu, głowęna rękachpodparł i rozmyśliwał nad czymś. Marynia po izbie się krzątała, bo to zaraz czas wieczerzy, alespod oka co i rusz na męża zerkała. Nareszcie nie dało jej spokoju to jego milczenie dziwne.
- Cóż totak myślisz i myślisz, słowem się nie odezwiesz. Stało to się co?
- Hę?
- Stało się co?
- Czemumiało się stać…. Tak se myślę ino.
- Zaś widzę. Myślisz i cicho siedzisz, po garnkach nawet nie zaglądasz, o dzieciaka nie pytasz… Boli cię co?
- Nie boli. Tylko frasunek mam jeden i tak mi w głowie siedzi.
- Siadaj dostołu. Zjesz to i na frasunek rada się znajdzie. Z pustym brzuchemto i budę źle sięzbije.
Posłuchał Andrzej żony, do stołuusiadł, syna na kolana sobie posadził i razem z nim zajadać zaczął.Od czasu do czasu łyżkadobuzi synka trafiała. Podjadłszy solidnie, siadł Andrzej nazadkoło pieca iwieczornepogaduszki z synem zaczął.
- A grzeczny ty smyku byłeś?
-Ta – odpowiadał mały po swojemu, wpatrując się w ojca niczym w obrazek.
- A matuli słuchałeś?
- Ta.
- Wody nanosiłeś?
-Ta.
- Narąbałeśdrewienek?
-Ta.
- A Cygany były?
-Ta.
- I co robiły?
- Gili gili gili
Tu następowało piszczenie, bulgotanie, śmiech i machanie nogami i rękami, gdy Andrzej dzieciaka łaskotał w każde możliwe miejsce. W końcu mały zarzucał ojcu ręce na szyję iwtulał się mocno.Cichli wtedy obaj tak przytuleni do siebie, a Marynia co wieczór patrzyła na nich idziękowała Bogu za ten dar.
W końcu i Marynia siadała obok i we dwoje pogadać sobie teraz mogli spokojnie,sprawami swoimi podzielić, radościamii troskami codziennymi.
- I cóż to za frasunek spokoju Ci dziś nie daje?
- Bo widzisz Maryniu, tak nam tu ciasno w tej jednej izbie.
- A cóż tu poradzić.Da Bóg, parę roków minie i może iwłasna chałupa będzie. Pan mówi, żeś pracowity to i z czasem lepiej będzie. Jest gdziegłowę położyći co do garnków włożyć.
- Tak, ale… Widzisz, ja bym chciał żebyś Ty swoją chałupę miała, żeby Ci niczego nie brakło.
Spojrzała Marynia w te oczy niebieskie i twarz męża w dłonie chwyciła – Jędruś, Ciebie mam isynka naszego. Póki my wszyscy zdrowi nic mi więcej nie trzeba. Nie frasuj się.
-Kiedy widzisz…
-No? – Marynia cierpliwa była, ale wiedziała, że czasem Andrzejowi trudnobyło dogadki się zebrać, zwłaszcza jak go co mocno trapiło. – No, kiedy co?
- We folwarku pan taki był…
- I?
- I z naszym gadał.
- I?
- I… on byludzi potrzebował, tam do siebie. – Tu jakby Andrzeja odblokowało i jużpotok słów się z niego wylewał. – On tam u siebie łąki ma wiele, oborę wielką, i ziemi sporo.Ludzi mu trzeba coby napracy się znali, bo może by co z tymi łąkami robił. A swoich on ma, ale chciałby nowych, cobyłatwiejbyło. Bo starzy to,mówił tak,trudno na nowe idą. On tam hodowlę wielką planuje. A tu mnie chwalili żem robotny i nowego się nie boję. Nasz pan gadał, co tam ziemi więcej ino rąk trzeba. Że szkoda mu trochę bym szedł, ale czasy tera takie, że nie wiadomo co dalej, to niech idę jak chcę. To ja bymi poszedł jakbyś chciała.Bo tu na ojcowym sporo nas przecie, zbraknie w końcu kąta swojego. Tam by my swoje mieli. – Umilkł nareszcie Andrzej i wpatrzony w Marynię trwał w ciszy.
- Daleko to? – z westchnieniem spytałaMarynia.
- Dosyć będzie. Piechotą to by i ze trzy dni zeszło, a może i cztery. Pan mówił, że prawiedwa dniwozami jechali, ale popasali dosyć.I tak mnie to widzisz siedzi w głowie i spokoju nie daje.
- No widzę, że i mnie teraz siedziało będzie.
-To jaw obejściu co trza zrobię, a ty pomyśl, co nam zrobić.
- I widzicie go, poszedł! Oj z chłopami… Co też mi zrobić teraz? Ciasno nam tu po prawdzie, ale na swoim jakby.Rodziciele blisko i krewniaki. Zna człek wszystkich, wie z czym do kogo. A tam cóż? A jak źle będzie? Jakckniło się będzie za rodziną? Czy tam aby ludzie życzliwi? – I siedziała tak Marynia przy piecu i teraz ona kłopotała się, co też począć. Widziała, że Andrzejowi bardzo by się chciałowyruszyć. Ziemi chciałby swojej i chałupy. Ambicyje miał różne, mówił kiedyś, że chce by jego dzieciaki fach wręku miały, botakikowal czy stolarz, to jest ktoś, ludzieinaczej patrzą i szanują. Może i pójść, inszego chleba popróbować. Andrzej robotny jest, z głodu nie pomrą nigdzie.
Ucichły odgłosy w obejściu, cicho się w sąsiednich chałupach zrobiło. Wrócił Blewązka do izby i do snu się sposobiąc naMaryni głos czekał. Położyli się spać, a każde z nich nadal rozmyślało – Andrzej co też Marynia postanowi, a ona czy na obczyźnie dobrze im będzie. Przysypiał Andrzej już prawie, gdy Marynia na łóżku usiadła i rzekła: Pójdziemy. Po czym na bok się ułożyła i po chwili snem spokojnym spała. Zaraz też i Andrzej z uśmiechem pod wąsem usnął.
Oj się działo nazajutrz w obu rodzinach. Tu Kokotowa lamentowała, żedziecko jej tak daleko chcą zabierać, że gdzie też się ona sama na stare lata podzieje. Ina nic się zdawały głosy Maryni, że przecież jeszczespora gromadka dziecisków w domu, lamentniósł się po całym obejściu. W końcu ażMateusz huknął na swą Józię, żeby ścichła, bo ludziska pomyślą, co się gdzie pali iw dzwony biją.
U Blewązków ciszej było nieco, ale też się matce łzy polały. Blewązka ino syna po plecach klepał i powtarzał, że jakby im tam źle było, to wracać tu, do swoich mają.
Rozgadała się wkrótce wieś cała. Jeden z drugim po głowie się drapał idyskusje prowadził, czy też się Andrzejowi na nowym powiedzie. Ten i ów prorokował, że rychło do swoich powrócą, insi dowodzili, że młody Blewązka rozumny, a i pracowity, to se poradzi. Dyć i do Miemców ludzie za robotą jadą, a i do Hameryki płyną. A Blewązkowie do naszych przecie, polskich stron idą.. Zabrali nam wprawdzie mocarze nasze ziemie, ale ducha nie zabiorą.
Tymczasem Andrzej sprawy u pana załatwiał, a Marynia dobytek pomaluśku pakowała. Wiele tego nie było – ot posażna skrzyniaMaryni i druga,co ją był Andrzej nie tak dawno zrobił. Zapakowała Marynia ubrania, zioła i skarby swoje – jak te korale czerwone, co je od Andrzeja dostała i wstążki kolorowe.Obrazekświęty czekał jeszczena ścianie, jeszczegarnki i talerze napółce stały. Przed samym wyjazdem się je spakuje, bo dni jeszcze parę zejdzie zanim w drogę ruszą.
Im bliżej wyjazdu Blewązków, tym więcejich ludzi odwiedzało. Zakrzewski ostrzynkę przyszedł oddać – bo się na nowym przyda.Jakubowa ziół Maryni przyniosła.
– A bo to wiadomo, co też za zielska tam rosną? Może tamnawet rumianek nie rośnie, może i świetlika nie ma, ino sam perz jaki – frasowała się Jakubowa. - Masz tu dziecko mięty i szałwii, ino dobrze schowaj. I jeszczezobacz, rumiankuci przyniosłam. Przyda się, zanim się w tamtejszych stronach rozeznasz. A starych kobiet, jakby co pytaj, one pewno swoje sposoby też mają.
Rychlikowa płótna kawał przyniosła, Jaroszowa worek pierza, aStachowachodników parę kolorowych.Serdecznie się ludzie z Blewązkami żegnali, szczęścia im życząc, a jakby co źle im było, to wracać kazali, do swoich!
Marynia w wolniejszych chwilach po okolicy chodziła. Todo lasku poszła, na tę polanę co latem malinami pachniała, to pole ojcowe obeszła, a to znowu w sadzie w jabłonie się zapatrzyła. Żal jej serce ściskał, że tak zostawić wszystko im przyjdzie. Znanezapachy wsi, grzybne zakątki w lesie, jabłonie w starym sadzie – wszystko tu zostanie. Czy tam też słońce nad lasem wstaje? Wzdychała czasem z cichajuż tęskniąc za znanymi jej miejscami. Rozmyślała, jak to im tam, w obcych stronach będzie.
Upał lał się z rozgrzanego do białości nieba. Stary Kozłowski powłócząc nogami szedł brzegiem drogi w stronę cmentarza. Rankiem dokładniewytrzepał ze słomy swoje jedyne odzienie,przygładził resztki siwych włosów i sprawdził, czy jak zawsze maw kieszeni różaniec.Tak wyszykowany przeżegnał się, nacisnął na głowę kapelusz i ruszył nie oglądając się za siebie. Wolno szedł przez wieś niosąc buty w garści, bo nie chciał by zakurzyły się po drodze. Parę kroków za Kozłowskim szedł wyleniały kot.I on miał już swoje lata, aż dziw, że żył tak długo. Obaj wędrowcy byli już starzy, schorowani, doświadczeni przez los.
W ten niedzielny, gorący dzień Kozłowski postanowił pożegnać się z ziemskim padołem. Najpierw poszedł pod krzyż i tam pomodlił się serdecznie. Podziękował Bogu za życie, za dobrą żonę, którą pochował wiele lat temu. Podziękował za gromadę dzieciaków, których się z Anielą dochowali, a które teraz rozeszły się po świecie. Podziękował za najstarszego syna, co to teraz na jego ziemi gospodarzy, dba o nią i w dobroci serca pozwalał ojcu spać w kącie stodoły. Potem przeżegnał się, z trudem podniósł z kolan i ruszył w stronę cmentarza.
Po długim czasie, mocno zasapany dotarł do cmentarnej bramy. Otrzepał się z kurzu, nałożył buty, kapelusz zostawił przy bramie i pomalutku wszedł na cmentarz.Szedł od jednej mogiły do drugiej wspominając sąsiadów, przyjaciół, krewnych, którzy tam byli pochowani. Na końcu podszedł do grobu swojej Anieli.
- To już koniec mojej drogi Anielko.Przyszedłem do Ciebie i już nie pójdę nigdzie. Poproś Boga, by pozwoliłCi po mnie przyjść. – To powiedziawszy wziął do ręki różanieci położył się przy mogile żony.Spojrzał jeszcze na cmentarne drzewa, dłużej zatrzymał wzrok na krzyżu przy grobie żony, na koniec zwróciłoczy ku niebu. Uśmiechnął się, westchnął i zamknął powieki.
Kot obwąchał buty Kozłowskiego, poczymzwinął się przy nim w kłębek i zamknął zaropiałe ślepia.
Gdy upał nieco zelżał Wiśniewska, jak zwykle w niedzielę,poszła na cmentarz, by na grobie swych rodziców położyć bukiecikkwiatów.Matkabardzo lubiła kwiaty. Od wiosny do jesieni stawiała je na stolew małym, trochę wyszczerbionym dzbanuszku.Dostała goodgospodyni,kiedy odchodziłaze służby z majątku.Matka Wiśniewskiej napatrzyła się tam na piękne przedmioty, ślicznie nakryte stoły, obrusy, zastawy, ale najbardziej podobały jej się kwiaty. Potem w swojej chałupie też stawiała na stole kwiaty, nie takie piękne i szlachetne, ale zwykłe polne lub te z niewielkiego ogródka przed chałupą. Zimą robiła róże z bibułki i nimi ozdabiała stół i święte obrazki.
Tak rozmyślając, wspominając dawne lata Wiśniewska dotarła do cmentarza. Zdziwiła się nieco widząc zniszczony kapelusz przed cmentarną bramą. Pomyślała, że pewnie ktoś po nocachhulał i zgubił. Poszła dalej, położyła kwiatyna grobierodziców, pomodliła się i już miała wracać, gdywydało jej się, że za grobem Kozłowskiej Anieli leży coś ciemnego. Ciekawska z natury - podeszła bliżej.
- No wiecie Kozłowski! Też nie macie już gdzie leżeć? Czy to się godzi przy grobie spać? – Kozłowski nadal leżał, ani drgnąwszy na krzyki Wiśniewskiej. Zezłoszczona pochyliła się nad nim i szarpnęła za rękaw. - Kozłowski!Walenty! – Zobaczyła nagle różaniec w rękach leżącego, dojrzaławyczyszczone buty i zwiniętego w kłębek kota.Przychyliła się raz jeszcze, przyłożyła rękę do piersiWalentego, ale nie poczuła żadnego ruchu.
- Przyszedł do swojej Anieli umrzeć – westchnęła. - A ty czegoś go nie pilnował! – szturchnęła nogą kota. Ten jednak też ani drgnął.
- No cóż Walenty, twój żywot dobiegł końca. A ten wyleniały kocur poszedł z tobą. Pewnie czuł, że bez ciebie już nikt by go nie chciał. – Pokiwała głową, powzdychała, przeżegnała się i ruszyła do wsi. Trzeba przecież Kozłowskim powiedzieć, że Walenty zmarł.
W chałupie u Kozłowskich akurat wieczerzano.
- Niech będzie pochwalony…
- Na wieki wieków – odpowiedział Jaśko, najstarszy syn Walentego. Jego żona z gniewną miną spojrzała na Wiśniewską. – Pora wieczerzy, a wy Wiśniewska po chałupach chodzita…
- Walenty.. – zaczęła Wiśniewska, alegospodyni wpadła jej w słowa. – Nie ma, to już nie jego chałupa. Jak macie interes do niego, to nie tutaj go szukać.
- Walenty..
- Toć mówię, że nie ma. Niech w stodole Wiśniewska szuka, pewnie tam znów siano gniecie, darmozjad.
- Duszko, przecie.. – Zaczął Jaśko
- Cicho, patrz co masz w misce ijedz. A wara mi znów coś do stodoły wynosić.
- Walenty ..- znów zaczęła Wiśniewska i znów Jaśkowa żona nie dała jej dokończyć.
– Głuchaście Wiśniewska? Nie ma! W stodolesię wyleguje, a jak do roboty, to… - Tym razem Wiśniewska nie dała się zakrzyczeć – A zamknijcie się w końcu Kozłowska, mielicie ozorem, jakby wam za to płacili. -Kozłowska z wrażenia wytrzeszczyła oczy. Jak świat światem niktna nią nie krzyczał.
- Walenty na cmentarzu jest.Umarł.
- O mateńko…- Jaśko wstał z ławy. – Szukałem go od rana…
- Umarł? Jak to umarł? – zaperzyła się Jaśkowa. – A kto wodę naciągnie ze studni?!
- Leży tam, przy waszej matce, Jaśku. Trza się nim zająć.
- Jak leży, niech leży, przysypie się ziemią i już.Na żadnego księdza nie będziemy pieniędzy…- i tu po raz drugi w życiu zdziwiła się Jaśkowa żona,gdy jej ślubny nie strzymał i przez gębę ją zdzielił. Oj, bardzo się zdziwiła, z wrażenia aż na ławę siadła.
- Bóg wam zapłać Karolino, żeście do mnie przyszli. Pojadę po ojca. A ty – odwrócił się ku żonie – izbę przygotuj, bo jaknie, to z chałupy na zbity pysk wywalę. – Po czymwyszedł za Wiśniewską.
- Za co to wszystko Karolino, no powiedzcie, za co?Ojciec przecie dusza człowiek,nigdy na nią krzywo nie spojrzał, słowa złego nie powiedział.I za co taka złość? Co chciała to miała.Czegoż to Jadwisi potrzeba więcej?
- Jaśku, wasza Jadwisia jest jędza. I jakbyście jej nietrzepnęli, to ja bym to zrobiła. Jak byście ją raz po ślubie sprali, to by do tej pory po rękach was całowała.
-Ojciec matki nigdy nie uderzył. Zły ze mnie mąż. Alem przecie nie mógł pozwolić, by ojca nie pochować.
- Bój się Boga chłopie! Jak tak dalej będzie, to i ty do stodołytrafisz.Czy ty chłop jesteś czy ślimak, żeby gęby we własnym domu nie otworzyć. I nie próbuj jej przepraszać! – krzyknęła jeszcze Wiśniewska i w stronę swojej chałupy powędrowała.Po drodzejeszcze tu i ówdzie wstąpiła, pogadała i za chwilę już kilku chłopów ku Jaśkowi poszło.Trza przecie godnie Walentego do domu przywieźć, trumnę uszykować, do księdza pojechać. Kobiety zabrały się za szykowanie ostatniego odzienia dla Walentego.
Gdy Jaśko przywiózł ojca do chałupy izba była uszykowana, ale Jadwisi i dzieciaków ani śladu. Trochę sięKozłowski zmartwił, ale cóż, ojciec teraz ważniejszy niżbabskie fochy. Sąsiadki całe odzienie dla nieboszczyka uszykowały i Wiśniewska przyniosła.
Jaśko wraz z Rychlikiem na deskach Walentego ułożyli, umyli iw pośmiertną, długą ubrali koszulę, którą czarną tasiemką przewiązali w pasie. Mocno ściągnęli tasiemki przy szyi i przy rękawach. Na głowęczapkę płócienną mu założyli i takież skarpety na nogi. W ręce złożone na piersi włożyli różaniec i na koniec przykryli Walentego prześcieradłem.Teraz już Walenty na ostatnich swych gości mógł czekać.
Wczesnym rankiemzjawiła się w chałupie Jadwisia z dzieciakami.Zaraz zabrała się za szykowaniestrawy dla domowników i gorzałki dla żałobników, którzy schodzić się będą by Walentego żegnać i modlić się za niego.
- Gdziebyłaś?
- Umatki.
- Po coś wróciła?
- Jaśku…
- No?
- Jaśku, wybaczysz mi? Ja już będę dobra, zobaczysz. Ja wiem, żetrza byłorychlej, ale… Wybacz mi. – To mówiąc klęknęła przed siedzącym na ławiemężem i zwiesiła głowę.Jaśko był zdumiony, nigdy żony tak pokornej nie widział. A, że był dobrego serca i wstyd mu było, że ją wczoraj uderzył, z miejsca wybaczył prawie wszystko.
- I nie będziesz mnie bił?
- Jak trza, to będę – odrzekł ponuro, pomny rady Wiśniewskiej i tego, że go od ślimaków wyzwała.Chociażwiedział, że w życiu już ręki na żonę nie podniesie.
Jadwisia z kolan wstała, uśmiechnęła się do męża tak pięknie, jak przed ślubem i do swoich zajęć wróciła. Ulżyło jej, żez chałupy jej nie wygnał, po tym jak do matki uciekła.Tam i tak by nie została, bo matka nawrzeszczała i też po gębie naprała. Tyle, żena noc pozwoliła zostać, co by dzieciaków po ciemnicy nie ciągać.
Przezcały dzień schodzili sięsąsiedzi, krewniacy, znajomkowie, bypożegnać się z Walentym i modlitwy za niego zmówić. Zwykle zmarły trzy dni w chałupie leżał, ale terazksiądznakazał pogrzeb na drugi dzień, bo upał nadal trzymał, jakiego nikt nie pamiętał.Kto przyszedł koło trumny klękał, trzy razy modlitwy zmawiał, potem dopiero z klęczek się podnosił, z gospodarzem witał i od Jadwisi kieliszek gorzałkiprzyjmował.
Gdydo chowania Walentego przyszło zeszła się gospodarzy gromada. Starym zwyczajem przed ruszeniem w drogę trza było pożegnać Walentego z gospodarstwem i zwierzyną.Wzięli chłopy trumnę iw koło podwórza ruszyli. TymczasemJadwisia pod próg siekierę położyła, cobynieszczęście do izby nie wlazło. Przy oborze Kokotzastukałtrumną o mary mówiąc: Wasz pan wasżegna bydełko. Wiśniewski wszedł do obory, tam korytem trzy razy zaszurał, na znak, że bydło pojęło i pana swego żegna. Tak samo przy stajni uczynili i przy chlewie, po czym trumnę na wóz położyli ipowieźli na cmentarz.
Po drodze zatrzymano się przy krzyżu. Tu Rychlik w imieniu zmarłego pożegnał się ze wszystkimi, przeprosił za wyrządzone krzywdy i prosił o wybaczenie. Rychlik pięknie gadał żegnając w imieniu zmarłegoprzyjaciół, sąsiadów, krewniaków, ale i drzewa, pola,łąki i drogi po których Walenty chadzał.Niejeden łzę ocierał słuchając takiejoracyji.
Na cmentarzu ksiądz dobrodziej odmówił stosowne modlitwy, poświęcił trumnę i rzucił na niągarść ziemi.Po księdzuziemię rzucili znajomkowie, sąsiedzi, przyjaciele. Tylko krewnym czynić tego nie można, coby całej swojej familiiw grób nie rzucić.
Po pogrzebie zaprosił Jaśko obecnych dogospody i tam, wedle zwyczaju gorzałką i winem częstował.Posiedli seżałobnicy gdzie bądź, po kieliszku, po dwóch,wychylili i żegnać się zaczęli. W końcu ino Kokot został z Rychlikiem i Wojtaszkiem.
-Idźże Jaśku do chałupy, my se tu posiedzimy, pogadamy, stare kości odpoczną.
- Nie godzi się…
- Idź, idź. Co trza było toś zrobił. Ojcu pogrzeb się pewnie spodobał. Teraz ty idź do chałupy i tam co trza zrób.
- Daj starym posiedzieć i pogadać. Idź.
- Skoro tak gadacie, to i pójdę. Zostańcie z Bogiem.
- Z Panem Bogiem, Jaśko, z Bogiem…
Gdy Jaśko z gospody wyszedł, chłopy nieco wygodniej się rozsiedlii jeszcze piwa u karczmarza poprosili.
- Pięknieście Rychlik gadali pod krzyżem – rzekłWojtaszek. – Aż mnie się tak miętko na sercu zrobiło.
- Pięknie, pięknie – przytaknął Kokot. - Pewnikiem tam Walenty teraz zadowolony.
- Może i tak.. – pokiwał głową Rychlik.
- Niedługo pewnie i nam przyjdzie się z tym światem żegnać.
- Taki ludzki los…
- Tyle, że my we chałupie…
- Ano prawda, jeszcze myna swoim.
- A słyszeliśta, co tamsięw KaczorachuCiemnych porobiło? – Wojtaszekaż poczerwieniał z emocji.
- Ni, cóż u nich?
- Wiecie, że Ciemny to drab i leje do krwi swoją kobitę i dzieciska o byle co.
- Ano wiemy.
- No i w przeszłą niedzielę, poszedł Ciemnypo mszy w Odolanowie do gospody. Tęgo sobie popił, jak to u niego we zwyczaju.Na wieczerzę wraca do chałupy, a tudo gęby nie ma co włożyć, cisza jakaś, dziecisk nie ma i tylko kobita na stołku wedle pieca siedzi.
- Sprał ją znowu pewnikiem.
- Słuchajta dalej. Baba siedzi,Ciemnemu w brzuchu piszczy i już łapy wyciąga by za kudły kobitę wyszarpać, a ona… Wiecie co?
- No co, gadajcież!
- A ona wyciąga zza siebie kawał mocnego kijai jak przez łeb Ciemnego nie zdzieli.
- Gadacie!
- No!Tak go złomotała, żedo dziś Ciemny ma ślady na gębie i ludziom się na oczy nie chce pokazywać. Do karczmy nie zachodzi,wedle chałupy chodzi, drwa rąbie, wodę nosi.
- A Ciemna?
- A Ciemna terazgospodyni! Nagadała Ciemnemu, że jak tenjeszcze kiedy gorzałę do pyska weźmie, albo rękę na kogo podniesie, to ona go w nocy jak prosiaka zarżnie.
- Cóż to siętak babie odmieniło? Pół życia prać się dawała, a teraz nagle co?
- No to się zdziwicie….
- No?
- Leśniczyna u niej była.
- Leśniczyna?Nasza pani Agata?
- W samej rzeczy, nasza pani Agata.Z Odolanowa jechała z leśniczym i im się koń okulawił.Tak przystanęli, leśniczy koniem się zajmował, aleśniczyna do pierwszej chałupy po drodze poszła i tam obitą Ciemnądojrzała.
- He he, a to się Ciemny doczekał. Ale, należało mu się.
- Oj, należało. Ale, i na nas pora, bo się nie daj Boże pani Agata do naszych chałup wybierze ibaby poskarżą, że nasnie ma.
Tak i zabrali się chłopy z karczmyi ku chałupom i dalszemu życiupowędrowali.
W przedświątecznym szykowaniu "urodziło mi się" dwoje dzieci prapradziadka ;-) Ale zaskoczenie! jeden akt jest w języku polskim, drugi w rosyjskim. I z tym rosyjskim mam kłopot, bo nie umiem rozszyfrować kim był Andrzej. Wychodzi mi Andrzej Blewązka .........( coś tam) lat czterdzieści .....(chyba pięć). ja Wy to widzicie, ba ja już nie widzę ;-)
Spokój wreszcie we wsi zapanował. Kto miał jechać ze zbójami, pojechał, kto miał robotę - do niej wrócił. Jeszcze tylko dzieciaki, cogęsi pilnowały, czy krowiny jakiej,siedziały w kupie ijedno przez drugie opowiadały, co im się usłyszeć udało, czy podpatrzeć z daleka.Wieczorem, podczas wieczerzy na nowo po chałupachgadanie się zacznie, bo też przecież nie co dnia zbójów kto przydybie.A jeszcze iłomoty im sprawi.
Na skraju wsi, pod drzewem,leśniczy z żoną i Janem siedzieli. Wspominali wspólne chwile,dzielili się tęsknotą, opowiadali o latachminionych. Jeszcze prócz Mateusza nikt nie pomiarkował, jakie to sprawy wspólne leśniczy z wędrowcem mieć może. Dzieciaki – pastuszki,tylko z daleka uszu nadstawiały, ale wiatr w inną stronę dziś głosyniósł. Wytrzeszczały zatem oczy, abygestu żadnego nie przegapić, grymasu czy łzy – będzie co opowiadać w chałupie!
Gdy poszarzały pola i domy, gdydzień kuspoczynkowi się szykować zaczął, wyszedł KokotpoJana i jego rodzinę.
- Pozwólcie na wieczerzę do naszej chałupy.Strawy ciepłej pojecie, to i na sercu lżej sięstanie.
- O mateńko! A to nam przecieżdo domu czas ruszać, noc zaraz. Jaśku, z nami pojedziesz? – Agata bardzo chciała brata po latach odzyskanego blisko siebie mieć.
- Agatko,u Mateusza zostanę.Nie gniewaj się. Przyjdzie czas, że i Wasz dom odwiedzę.
- Tymczasem, prosimna wieczerzę. Zaraz się pewnie ludziska zejdą, by oleśniczynybohaterstwie posłuchać. A i z sądów pewnie wrócą, to wieści jakich się i my dowiemy.
Po chwili, gdy ugadali się,że nie pora to jeszcze wyjawiać, kim jest wędrowiec, ruszyli ku Kokotowej chałupie.Tam już Józefa wieczerzęuszykowaną miała. Chleb iser na stole czekały,na piecu ziemniaki się grzały, okrasa czekała. I jaj miska podpłótnem , by gości jajecznicą podjąć.
Przy stolepogadano, to o robocie w polu, to o kłusownikach, co po księżowskim lesie zwierzynętrzebić zaczęli. A miał z nimi Michał kłopot wielki, zaśludzi do pomocy mało.Tu na powrót o zbójach gadka się zaczęła, czy teżi oni po lasach nie kłusowali ina przeszkodzie im leśniczybył.
Ledwie wieczerzę skończono,rozległo się psie ujadanie, a zaraz potem ludziska zaczęli się schodzić.Jeden od drugiego zwiedział się, że leśniczy u Kokotówwieczerza, to i ciekawośćich przygnała. Porozsiadali sięna czym szło i jak wczoraj wędrowca opowieści, tak dziś leśniczyny słuchali. Zarumieniona Agata znów swąhistorię opowiadała. Nie każdyza dnia ją słyszał,a i ten co słyszał, z chęcią raz drugi posłucha. Będzie cow zimowe wieczory wspominać.
Niedługo potemznów pies się rozszczekał – to wrócilichłopy, co zbójów do sądów wieźli.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – od proguprzywitali sięRychlik z Wojtaszkiem, a zaraz za nimiweszliSzczepan, Franeki Rudy Antek z Błażejem.
- Na wieki wieków – odpowiedział im chór głosów.– Cośta tak długo nie wracali?
- A, bo to o wszystko się pytają. Temu trza gadać, temu i temu. Coraz to nowy przychodzi i od nowa. – Rychlik widaćumęczony byłwyprawą ze zbójami. Zaraz też mu Kokot stołek podsunął, by seusiadł wygodnie. Ledwie jednakWalentygębę otworzył, zaraz młokosy, jeden przez drugiego opowiadać zaczęli.
- A jakeśmy powiedzieli, że ichbaba – tu Franek kuksańca w bok od Wojtaszka zarobił. - No, e... leśniczyna złapała, to uwierzyć nie mogli i znowu musielim wszystko powtarzać.
- Potem kazalizbójom gadać jak było. I kto ich tak pobił.
- A te łajzy gadać nie chcieli.
- Jak to, nie chcieli?- Zdenerwowała sięWiśniewska, bo i onado Kokotów przyszła. -Cichajta no gołowąsy. Walenty, gadajże, jak to było.
- E, niech gadają, mnie już w gębie od tegogadania wyschło.
- Józia, a dajże tam co do gardła spłukania. Jeszcze tam co chyba ostało sięmocniejszego.
Po chwili na stole stanęła flaszka z gorzałką, co to na chrzciny małego Blewązki goście przynieśli. Walenty chętnie po kieliszek sięgnął, ale na tym jednymprzestał. Honor trza mieć, przecie nie nawesele przyszedł. Tymczasemmłodzi - Franek, Błażej i Antek, jeden przez drugiego rajcować o sądzie zaczęli.
- No, nic nie chcieli gadać.. Pewnikiem nie bardzo im było,co ich, baba, znaczy się kobita, obtłukła.
- W końcu powiedzieli, bote z sądu gadali, że po świadków pojadom, po leśniczynę i leśniczego. Tedy się zestrachali i wszyściutkowyśpiewali, jakby księdzu dobrodziejowi na spowiedzi..
- A tenstarszy to się nawet przyznał, że to on z bratem swoim dawniej napadli nakilka leśniczówek.I do tego noża waszego brata się przyznali, i do mordów różnych innych też.
- Wtedy to się tam piekło zrobiło!Zaraz mundurowych zbronią sprowadzili, i za szmatyzbójów!-Franek tak zawzięcie opowiadał i rękoma wymachiwał, że mało Błażejowi oka nie podbił.
-Tedy już śmiechów nie było. Powiedzieli, że ich do Ostrowajutro zawiozą, a tam już się nimi zajmą tak, że pożałują, że się porodzili.
- A potem to ich mogą nawet i do jeszcze ważniejszych sadów wozić, bo takich morderców to trza przykładnie ukarać, ten najważniejszy tak gadał.
- Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy – dodałKokot.
Cicho się w chałupie przez chwilę zrobiło, każden zamyślony siedział. Błażejoderwał się odściany i cały zarumieniony do leśniczyny podszedł. Zza pazuchy wyciągnął zawiniątko iAgacie podał. Patrzyli wszyscy z rozdziawionymi gębami, bo Błażej kawał chłopa był, ale wstydliwy okrutnie do obcych.
- Pisarz z sądu kazał, co by Wam to dać.
Agata zawiniątko rozchyliła i wszyscy mogli zobaczyć srebrny pierścień z kamieniemszafirowym.
- Co to? Czemu?
-Ten pisarz mówił, że to siostry jego było. Ją teżzbóje…On tonosił na łańcuszku,pamiątkę taką.Jak o Was usłyszał,kazał dać i podziękować.
- Za co?
- Gadał, żedzięki Wamduszę będzie miał już spokojną.
Westchnienia to tu, to tam się rozległy,niejedna kobieta łzę otarła,ten i ów się przeżegnał. Agata stała wpatrzona w pierścień. Błażej znów się w cień przy ścianie schował.
- Czas już nam. – Rychlik podniósł się ze stołka. -Długi to był dzień, odpocząć trza. Dobrej nocy wszystkim. Zostańcie z Bogiem.
- Z Panem Bogiem – odpowiedział Kokot. I powtarzał raz za razem, gdy mu się w chałupie wyludniać zaczęło. W końcu zostali tylko gospodarze z wędrowcem i leśniczy z żoną.
- I na nas czas Michale. – Agatazawinęła nazad zawinęła pierścień i gotowa już do drogi była. – Jaśku, azjaw się jutro u nas. Czas już wrócić do żywych.– Uściskała brata serdecznie, pożegnała się zKokotami i z chałupy wyszła, a Michał z Janem za nią.
- Może się w końcu zły los od nichodwróci – Józia siedziała przy stole zapatrzona w ogień. – Ma rację Agata, czas mu już wrócić do żywych, do siostry, dodruhów dawnych. A może i Agata dzieciątka się wtedy jakiego dochowa.
Kokot zapatrzył się w swoją Józię.
- Do siostry? Jakiej siostry?
-Oj chłopie, chłopie, czy ty myślisz, że ja głupia czy ślepa jestem? – obruszyła się Józia i zawinąwszy spódnicąza ogarnięcie izby się wzięła. – No, czego stoisz jak słup soli.Wody nanieś,bo czas spać się szykować.
Ruszył posłusznie Mateuszpo wodę, a po drodzenadziwić się nie mógł, że też Józia pomiarkowała się we wszystkim.
- A nic się nie wydała wcześniej… A to szelma bystra, ta moja Józia. – I z uśmiechem zaczął wodę ze studni ciągnąć. W połowie sznura zatrzymał korbę… - Dzieciątko? Jakie dzieciątko? Muszę ja przy sposobności wziąć Józieńkę na spytki .- Ztym postanowieniem dokończył wyciąganie kubła z wodą i do chałupy wrócił.Po chwili wrócił i Jan, markotnynieco.Wcześnie się dziś u Kokotówdo snu pokładli, każden w swoich myślachpogrążony i wyczekujący, co też dzień jutrzejszy przyniesie.
Nazajutrz, około południa, gdy Mateusz z wędrowcem drwa przed stodołąrąbali, przejechał wozem przez wieś leśniczy z kobietą swoją. Nic by to i dziwnego nie było, gdyby leśniczyna nie pomstowała na czym świat stoi, przy okazji drągiemtęgim waląc w coś, co na wozie leżało.
- A to co?- zadziwił się Mateusz. – Chodźmy,coś się niepojętego dzieje.
Rzucili siekiery i Mateusz żwawym krokiem, a Jan nieco wolniej, ruszyli za wozem.
Po drodze Jan za brodę się szarpał i z myślami bił. Bardzo mu ta kobieta wrzeszcząca siostrę przypominała.Jak ona niska była, drobna, ale głos przenikliwy niósł się daleko, gdy w złość wpadała. Pamiętał, jak strasznie Agata na niego pomstowała w domu rodzinnym, gdy jej chcąc dokuczyć, rzepów w warkocze nawczepiał, gdy spała.
Oj, wrzask był okropny wtedy, cała rodzina na nogi w jednej chwili stanęła. Prócz niego oczywiście, bo wiedząc co będzie dalejdo lasu zwiał.Warkocze trzeba byłościąć, a on od ojca w skórę dostał, a matka za karęi jemu włosy obcięła i to do gołej skóry. Agata zaś go w nocy jak prosiaka związała i cały ojcowykałamarz inkaustuzużyła, by mu gębę wymalować. „Tyfus” go potem chłopaki przezywali, z racji tej głowy gołej isiności twarzy, bo inkaust nie bardzo chciał się zmyć. A matka, chociażAgacie wlała, bopierzyny pobrudziła, to cytryny dać nie chciała do zmycia. Mówiła, żeślady własnejgłupoty trzeba nosić, by się rozumu nauczyć. Dobrze, że potempogoda zrobiła się piękna, to przestali sobie dokuczać i dnie całe, gdy tylko roboty nie było,nad wodą spędzali.No i ten siny kolor zmywać się zaczął. To było ostatnie lato, zanim do szkół poszedł.Michała tam poznał, swego druha najserdeczniejszego, a Potempo latach imęża Agaty.
Ależ oniwesołe chwile razem spędzali.I ten czas gdy i on sięożenił – z Anną. Te kuligi w czwórkę, te tańce szalone przy skrzypkach tatki. Potemjemu z Annątu przyszło żyć, a Michał z Agatą bliżejojcowego gospodarstwa byli. Czyżby to zaiste Agata z Michałem? Leśniczym tu Michał został?
LeśniczyMichał, bo w samej rzeczy on to był, zatrzymał się tymczasem pośrodku wsi.Bok wozu właśnie odpinał, jakby ziemniaki miał zamiar zwalać. Agata zaś nadaldrągiem łomotała po czymś na wozie leżącym. Po chwili, Michałwskoczył na wóz ikopniakami zwalił z niego dwa wyładowane, jęczące worki.
- Matko Przenajświętsza, a cóż to wy robicie, panie leśniczy?! -Wojtaszkowa załamała ręce. – Toć nie godzi się tak świń traktować.
- Świń?! To gorzej niż świnie – wrzasnęła Agata, zamierzyła sięi zdzieliła jeden z worków.
Ku zdumieniu zgromadzonych, świnia owa przemówiła ludzkim głosem, błagając o litość.
- Litości? Teraz ty litości prosisz? A miałeś ty ją dla Janowej Anny? A miałeś dla tego dziecka? Ja ci dam litość! – to mówiąc Agata waliła tęgo po workach, a mimo marnej postury, rękę miała ciężką. – Litości?! Ja ci dam litość! Z litości żeś się jeden z drugimdo naszej chałupy przypałętał? Z litości z toporem przylazłeś?
Ludzie stali oniemiali patrząc na leśniczynę. Mała, spokojna zazwyczaj kobietka, pełnadobroci i uśmiechu, okazała siębyć w złościfurią. Kokot zerknął na wędrowca. Ten zaśstał jak słup soli, jak sól też blady i oczami gorejącymi na Agatę patrzył.
- Dosyć! – pierwsza ocknęła się Jakubowa i złapała Agatę za rękę. – Gadajcie, co się stało.
- Nie mogę….- Agacie kij z rąk w piach drogi wypadł, a i sama padłaby na ziemię, gdyby jej leśniczy nie złapał w porę. Ułożył żonę na wozie, aludziom kazał, coby worki rozwiązali.
Zaraz też wydobyto z nich dwóch chłopów. Wyglądali oni strasznie. Jeden gębę całą miał poparzoną i tłustą jakąś, na oczy nie widział,tak miał je zapuchnięte. Drugi miał chybanos złamany, a i rękę coś dziwnie wykręconą, pewnikiem złamana.
- O mój Boże…. – Jakubowa aż się przeżegnała. – Kto ich tak? Za co?
- Ja – Agata usiadła na wozie. -Ja ich tak. Za mojego brata, za jego żonę i dziecko.
Leśniczy stanął przed wozem i zaczął opowiadać.
- Wracam ja z porannego obchodu, już niedaleko domu jestem, gdy usłyszałem wrzaski jakieś,co od strony leśniczówki dobiegały. Biegiem się puściłem, myśląc, że się mojej Agaciezłego co dzieje. No i dobiegłem w samą porę by zobaczyć, jak moja kobieta wali patelnią jakiegoś draba po gębie. Oboje wrzask robili straszny, sam nie wiem, kto bardziej wrzeszczał, Agata ze złości, czy ten łotr ze strachu i bólu. Wmurowało mnie na amen. Jak się przecknąłem, to drab padł jak długi, a Agata wzięła sznur i zabrała się zawiązanie łajdaka. Gdy mnie zobaczyła, kazała iść doizby, bo przy piecu drugi leży i może się ocknąć lada chwila. Trzeba go było związać.
- Zakradli się do chałupy i chcieli nas pozabijać. - Agata zlazła z woza i przytuliwszy się do męża opowiadała. - Słoninę akurat na skwareczki wytapiałam, gdy usłyszałam kroki za sobą.Michał mój, zawsze od progu woła, że wrócił, ai gorzałą nie cuchnie jak te tutaj. Zresztą każden, kto przychodzi od progu Pana Boga chwali, a nie skrada się jak wilk jaki. Tak złapałam patelnię, odwróciłam się i chlusnęłamdraniowi w gębę. Wrzasku narobił, za ślipia się złapał, to go po łbie zdzieliłam, aż padł. Myślę sobie, sam łazęgo nie przylazłeś.Wylazłam przez okno z tą patelnią w garści i po cichutku obeszłam chałupę. To drugie ścierwo z kurnika wylazło i do chałupymi się pcha. Ztoporem takimw łapsku, że aż strach.Łeb wsadził w drzwi inadsłuchiwał, tak ja gomoją patelnią przez grzbietraz, drugi, a jak się odwracał to po ramieniu dostał, a potem pogębie i padł. Tylko… patelnia już do niczego, cała mi siępowyginała…
Obaj pobici siedzieli skuleni pośrodku drogi, otoczeni przez zwarty krąg ludzi. Wyglądało na to, że wszystko im już jedno, co z nimi będzie, aby tylko ta mała furiatka dała im spokój.
- Trza ich do aresztu – Wojtaszek drapał się po chudym brzuchu i kiwał głową. – Dostaną wyrok.
- Na co areszt, jeść im dadzą, wyśpią siępsubraty dobrze i czekać będą. Jeszcze zwieją gdzie.Sami ich możemy ukarać – Franek Zakrzewski miał zawziętą minę.
- Po to sądy są, żebyś ty se rąkkrwią szubrawców nie brudził. – Wojtaszek przy swoim obstawał. – Nie twoje to prawo ich sądzić. Jak leśniczyna ich przy życiu ostawiła, to trza uszanować.
- Anozostawiłam… Wbrew sobie… Łajzy to iszubrawce, niechgniją i cierpią. Śmierć dla nich to nie kara.
- Ale jaksąd zobaczy te gęby obite, to jeszcze leśniczynę zamkną – odezwał się znów Franek.- Ja bym ich nigdzie nie woził.
- Leśniczyny nikt nie zamknie, dyć ona o życie walczyła. Nie ona z toporem się zakradała.
- Ale nic jej przecie nie zrobili, to co sądy powiedzą?- Franek zawzięty był, w sąd nie wierzył i najchętniej sam by sprawiedliwość wymierzył.
- Młodyś, to i prędkiś, tu trza spokojnie. – Wojtaszek, odkąd sąd kazałjego siostrze zapłacić mu za ojcowiznę, wierzył w sprawiedliwość urzędową.
- Agato – Jakubowa podeszła bliżej – a cośta mówiły o bracie i jego żonie?
- Ano, będzie to już lat temu dziesięć, jak brata mojego rodzinę zbiry jakieś napadły i pomordowały. Żonę miałdobrą, córeczkę śliczną, a te psubraty ich pomordowały. Jego pewnie też, chociaż ciała nie znaleźliśmy. Jak my mieszkali w leśniczówce. Tu niedaleko.
- Towasz brat był? Ten Jan z Anną?
- Ano nasz.
- O, sprawiedliwy to był człowiek. Szczery.Wszyscy go szanowali. A toście nie gadali, że to rodzina wasza.
-Nikt nie pytał, to co tam gadać i rany stare drapać.
- I myślicie, że tote same łotry?
- Te same. Dowód mam. – Agata podeszła do woza i z kolejnego worka wyciągnęła topór wielki, a potemnóż myśliwski. Topór rzuciła ludziom pod nogi. Ci odskoczyli nieco, bo narzędzie zaiste było to katowskie.
-Najpierw myślałam, że mój Michał nóż zgubił, a te łazęgi znalazły. Michał jednak swój nóż miał ze sobą. Wtedy mu się przyjrzałam dokładniej. Poszczerbiony był bardziej, brudny, jakby nigdy nie czyszczony, ale taki sam jednak.Tylko dwa takie noże były. Sama kazałam je zrobić dlabrata mego i dla męża. Znaki mająte same na rękojeści i tuu brzegu głowni.
Michał wyjął z pochewki swój nóż i każdy mógł się przekonać, że oba noże takie same były.
-Ten tu – Agata szturchnęła nogą młodszego ze zbójów - miał nóż mojego brata. Całą prawdę mi powiedział i przed sądem powtórzy. Mnie nic nie zrobił, ale za tamten mord odpowiedzą.
- Zawieziecie ich do sądów? –Michał wolał sam tego nie robić. – Jeszcze bym nie strzymał i sam sprawę załatwił.
- Zawieziemy – Wojtaszek był gotów do drogi. – Franek pojedziesz?
- Pojadę i przypilnuję, żeby ani okiem nie mrugnęli.
Po chwili nieszczęsnych łotrów zapakowano na wóz Wojtaszka. Franek Zakrzewski wraz zRudym Antkiem, z Błażejem i Szczepanem z tyłu woza siedli by baczenie mieć nazbójców. Wojtaszek powoził, a Rychlik, jako że gadać umiał obok niego siedział, bo w sądach się przyda. Tak i pojechali.
Ludziska jeszcze w kupie stali. To wspominali Jana leśniczego, to odwagę Agaty podziwiali. Agata przy mężu stała. W pewnej chwili wzrok czyjś na sobie poczuła, a gdy w bok spojrzała, ujrzała oczy do swoich podobne wpatrzone w nią. To wędrowiec, o którym często słyszała, wpatrywał się w nią. Gdy wzrok jej uchwycił głowę spuścił, odwrócił się na pięcie i odszedł. Agataza nimspoglądała. Te oczy… krok jakby znajomy. Serce mocniej jej zabiło, zakołatało, zatrzepotało jak ptak w klatce.
- Jaśko…
- Co tam szepczesz? Do domu chcesz? – Michał pochylił się nażoną.
- Nie, nic. Przejdę się tylko. Z wędrowcem pogadam. – To mówiąc puściła mężowską rękę i ruszyła za wędrowcem.
Dogoniła go na skraju wsi, złapała za rękaw.
- Jaśku…- Wędrowiec stał jak wmurowany.- Jaśku, żyjesz..
- Mylicie mnie z kimś kobieto. Mnie … e…Wojciech. Tak, … Wojciech mi dali.
- Ja się mylę? – W Agacie jeszcze złość buzowała. – Ja twojej gęby nie znam? Myślisz, że jak kłakami zarośniesz, to cię siostra rodzona nie pozna? Przebierzesz się za straszydło i myślisz, że serce mi nic nie powie? – I takwrzeszczała na niego, palcem w pierś dźgała, a łzy serdeczne z oczu jej płynęły.
- Ty wiesz, ile łez wylałam po was, po tobie? Wiesz ile razy te lasy we wszystkie strony z Michałem przeszliśmy,ciebie, kości twoich szukając? Ty mimówisz, mylisz się kobieto!? – I byłaby wrzeszczała dalej, lecz wędrowiec ramiona rozłożył, przyciągnął do swej piersi tę małą furię i uściskał tak mocno, tak serdecznie, że złość cała i gniewodeszły Agatę.
- Cichaj Kocie.
- Och Jaśku…
- Agata?!- Michał stał nieopodal i teraz jego złość nosiła. – Puścisz ty tegowłóczęgę?!
Agataspojrzała na męża przez łzy i pociągając nosem odrzekła:
- Nie puszczę, nigdzie nie puszczę - i rozbeczała się na dobre.
Michała całkiem zatkało. Jeszcze swojej żonki płaczącej tak żałośnie nie widział. Podszedł bliżej, na wędrowca spojrzał, na jego gębę zarośniętą, na uśmiech przez łzy…
- O matko… Jaśko!
- Michaś!
Z daleka, oparty o ostatni płot we wsi, stał Kokot i na ściskającą się rodzinę spoglądał. Otarł oczy, wiatr mu chyba piaskiem sypnął, i wolnym krokiem powędrował do swojej chałupy. Zapali sobie fajeczkę, posiedzichwilkę pod jabłonką, a potem powie Józi, coby wieczerzęwiększą szykowała, bo gości dziś będzie więcej.
Dzień był szary, zimne wietrzysko gnało po niebie deszczowechmury. Tylko ten, kogo wzywały obowiązki jakie, wychodził na taką zimnicę. A jednak pod wieczór, wchałupieKokotów zebrała się spora gromada ludzi. Kobiety,mężczyźni i dzieci zgromadzili się by posłuchać wieści ze świata. Wczorajszego wieczora zjawiłsię bowiem wewsi wędrowiec. Wędrował on po świecie dalekim i bliskim, słuchałróżnych opowieści, a potem, gdy się gdzie nanocleg zatrzymał, dzielił się nimi.
Od lat już wielu, gdy pojawiał się we wsi, zatrzymywał się u Kokotów.Gadali ludziska, że znał się on z Mateuszem z lat dawnych, chociaż nikt nie wiedział skąd. Pewnie tylko sam Mateusz wiedział, kim jestów wędrowiec.A był to człowiek postawny, prosto się trzymający. Lico miał ogorzałe, usta kryły się w gęstwinie posiwiałej brody i wąsów, oczy skrywała grzywa tak samo posiwiałychwłosów.Czy to jednak wiek, czy trudy wędrownego życia zabarwiły czuprynę gościa, nikt prócz Mateusza i samego wędrowca nie wiedział. Postawa świadczyć mogła o wcale niestarym człowieku, a i tewłosy siwe mogły i u młodego sięprzydarzyć. Tylko w oczach przybysza, gdy już się je dojrzało, mądrość życiową widać było i cierpienie, jakby gdzieś na dnie duszy ukryte.Zastanawiał się nie raz ten i ów, kim jest wędrowiec. Próbowali Kokota podpytywać, ale ten niezmiennie kazał im jego samego pytać. Tego jednak ludzienie mieli śmiałości uczynić.
Siedzieli terazgromadnie wciepłej izbie, zasłuchani wdźwięczny głosgościa, zapatrzeni w żarzące sięwęgliki wpiecu. Pachniało mokrą wełną z parujących ubrań i dymem, bo wiatr od czasu do czasu cofał dym z pieca na izbę. Nikomu jednak to nie przeszkadzało, siedzieli zasłuchani wopowieści o dawnych czasach i ludziach. Dziś przybysz opowiadał o Krakowie.
Stachowa Magdula siedziała obok Maryni, bo i młodzi Blewązkowie z synkiemprzyszli posłuchać dawnych opowieści. Mały Jędruśu matki siedział,to przysypiając, to warkoczem Magduli się bawiąc i w głos śmiejąc. Zagadała z cicha do niego Magdula, w końcu na swoje kolana go wzięła, gdzie usnął znużony.
Wędrowiec pykał ze swojej fajki, co i rusz na Magdulę spoglądał i snuł opowieść o dawnych bohaterach i Polsce.Gdy skończył, nadal cisza panowała, tak zasłuchani byli wszyscy. Chłopaczkom oczy lśniły,snuli marzenia o rycerzach, starsi o Ojczyźnie myśleli.
- No, dosyć jużdawnych czasów.Gadajcie, co tu u was nowego. Zbiory dobre były? – Wędrowiec chętnie opowiadał, ale też i słuchać lubił. Zawsze z serdecznością pytał ludzi o ich sprawy, gdy umiał- radził, gdy rady nie miał – życzliwiewysłuchał.
Gwarno się w izbie zrobiło, bo każdy coś miałdo powiedzenia. Zakrzewski oziemniakach z wędrowcem się zagadał,Wiśniewskiz Rychlikiem o bykukowala z Odolanowa dyskutowali.Wspomniano i o płocie Wojtaszka i jego zagadkowymrozwaleniu.Zaraz jednaktemu i owemu spieszno się do chałupy zrobiło, dyć siedzieć darmo nie ma co, gdy robotaw chałupie czeka.
Po chwili w chałupie zostalisami domownicyi ich gość. Józefa coś tam jeszcze w komorze robić poszła, tak i chłopy same w izbie zostali.
- O wszystkim gadasz, o wszystkich pytasz, a co tam u ciebie Janie? – zagadałKokot wędrowca.
- Cóż ma być,wędruję od wsi do wsi, z miasta do miasta. Dobrzy ludzieprzygarną, nakarmią. Żyję…
- Może byś gdzie osiadł, by po świecie się nie tułać.
- Nie mam siły Mateuszu, nie mam wracać do czego.Czasem serce umiera, a człek dalej po świecie się tłucze, bo nic już mu nie zostało innego.
- Nie gadaj. Jeszcze może sięcoś ważnego zdarzyć.
- Ważnego? Nic już ważnego nie ma dla mnie wżyciu. Plączę się po świecie, bo grzechem byłoby…
- Janie! Nie bluźnij!- Kokot aż poderwał się z ławy. – Nie potom cię przez lasy ciągał do babki, byś miał życie teraz tracić. Widać, taka był wola Boga, szanują ją!
- Masz rację Mateuszu, ale serceboli, a przecie umarło. Pękło latatemu, a ja wciąż czuję jego ból…Ta mała, co wnuka twego trzymała, ona ….
-Podobna?
- Bardzo. Te oczy wielkie, pełne ciekawości. Zupełnie jak mojaAnielka. Już myślałem, żeobraz się zatarł, ale on wciążpowraca. Czasem czyjeś dziecko włosy ma takie jak ona, czasemcoś w oczach, w ruchach. A ta mała tutaj, prawie całkiem jak Anielka.Tyle, że moja starsza by teraz była…
Cisza zapadła w izbie, tylko ogień w piecu trzeszczał. Kokot minę miał zafrasowaną, a wędrowiec dawno o fajeczce zapomniał w ogień zapatrzony, jakby obrazy w nim widział. Bo też przemykały mu przed oczami dawne chwile. Widział swą żonę, gdy zbierała jabłka spod starej jabłoni i wtedy gdy płótna białe na trawierozkładała, by w słońcu schły. Słyszał czasem we śnie jej śmiech i czuł dłoń na policzku. Widział swą małą córeczkę jak ze szczeniakiem biegała między drzewami ijak pędziła co sił w krótkich nóżkach wprost w jego, ojcowe ramiona. Łapał ją wtedy mocno…i budził się z pustymi rękoma i twarzą zroszoną łzami rozpaczy. Jak dawno to temu było, czy to było prawdziwe życie, czy sen?
- Byłem tam -szepnął wędrowiec. – Widziałem drzewa. Po domu śladu nie ma. Ledwie znać, gdzie stał.Potem znalazłem grób na cmentarzu. Dziękuję ci.
- Niepotrzebnieś tam chodził. Rany muszą się goić, nie można ichrozdrapywać.
- Musiałem…. Musiałem jeszcze raz zobaczyć to miejsce. Znalazłem tam coś.
-Spokój?
- Nie, tego chyba nie znajdę. Ale … zobacz. – Sięgnął za pazuchę i wyciągnął różaniec. – Wiesz gdzie był?
-Wzielsku gdzieś?
- Nie, w jabłoni.Pękła kiedyś, od mrozu może.Moja… Anna…związała ją, jabłonka się uratowała, tylkoszczelina została taka. Nie wiem czemu tam tenróżaniec był. Ty wiesz Mateuszu?
- Skąd mnie wiedzieć, Janie.
- Wiesz, byłeś tam. Ty nas znalazłeś. Gdzie ona była, moja Anna? A Anielka?
- Janie… Ich już nie ma. Daj pokój.
- Nie mogę. Chcę wiedzieć co się stało.
- Po co? Co zmienisz?
- Sny…
- Sny?
- Śnią mi się, moja Anna i mała Anielka. Śnią mi się, jak umierają. Umierają w mych snach nasetki sposobów. Chcę wiedzieć jak zginęły, nie chcęjuż śnić o tym. Dlatego tam poszedłem. Powiedz mi…
Mateuszpatrzył w cierpiące oczy, widział bezmiar bólu w nich. Co zrobić? I jemu czasem śniły się tamte chwile, gdy przed chałupą leśniczego stanął, gdyzobaczył ciała umęczone,ziejące ranami,martwe.Nie powiem, pomyślał, nie powiem mu prawdy. Zbyt wiele wycierpiał. Już starczy. Ino ksiądz te nieszczęśnice widział, ale jego chyba Jan pytał nie będzie.
- Powiedz.
- Chodźmy do stodoły. – Mateusz wziął kapotę i wyszedł z izby. Jan poszedł za nim w ciemnośćnocy. Nie zabrali światła żadnego, pewnie deszcz i wiatr i tak by je zgasił. Po omacku weszli do stodoły, usiedli na beczkach i Mateusz zaczął opowiadać.
Opowiedział jak wracał do wsi przez las, jak usłyszał jęki jakieś i znalazł jego, Jana,zakrwawionego i prawie martwego wśród paproci. Znał go, wszyscy znalileśniczego i szanowali. Widać wilki go dopadły, czy może niedźwiedź. Mateusz pobiegł do chałupy leśniczego po pomoc, sam bał sięgo ruszać.Poczuł dym. Gdy wybiegł na polanę zobaczył zgliszcza. Cud, że się las nie zajął. Żonę i dziecko znalazł pod jabłonią.Zrozumiał, żeto niezwierzęta zaatakowały leśniczego i jego rodzinę, to były gorsze bestie – ludzkie.
Długo jeszcze opowiadał Mateusz, opisał wszystko co zobaczył, co zrobił,jak do babki, co w lesie żyła i na leczeniu się znała, go zaciągnął. Tylkoo tym, jak wyglądały kobieta i dziewczynka nie powiedział.Wspomniał, że je pod jabłonią znalazł, że martwe były już. Jan odezwał się dopiero gdy Kokot zamilkł.
- Jak wyglądały?
- Jakby spały.
- Jakzmarły?
- Po co ci to wiedzieć, człowieku?
- Mów, muszę wiedzieć.
- Miały rany w sercach – odparł Mateusz, w duszy modląc się, by Bóg mu to kłamstwo wybaczył. I by Jan z księdzem nie gadał. – Musiały umrzeć od razu, nie cierpiąc.
- Kto? – Mateusz wiedział, o co wędrowiec pytał.
- Nie wiem. Nie wiem kto, ale bałem się, że wrócą po ciebie, jeślipomiarkują się, że żyjesz.
- Co ludzie gadali?
- Nie słuchałem.
- Nie umiesz kłamać Mateuszu. Pewnie gadali, żem ja to zrobił i uciekł…
- Ludzie gadają co im ślina na język przyniesie. Kto cię znał, wiedział, że to nie ty.
- Gdybym pamiętał tamten dzień…. Nie wiem co się wydarzyło.Pamiętamco było wcześniej, a tego dnia i kolejnych wcale.
- Myśleliśmy z leśną babką, żenam zemrzesz. Zupełnieśod duszy odchodził. Babka sporo dni inocy przy tobie wysiedziała, warzyła jakieś eliksyryi inne wywary. Smarowała cię mazidłami. W końcuś doszedł do siebie, tyle żeś już był całkiem niepodobny.Chudy, posiwiały, no i brody babka nie kazała ci golić, chociażem z brzytwą przyszedł.
- Miała rację, mądra kobieta.
- Mądra, więc jej trudy szanuj i życie, które ci uratowała.
- Skąd w tobie tyle mądrości Mateuszu?
- Et, mądrość -nie-mądrość – to życie samo. Patrzę, widzę. A i tobie czas zacząć patrzeć.
- Przecież patrzę. Patrzę, potem innym opowiadam com widział.
- W serce swoje spójrz. Daj mu odpocząć od frasunków. Zapomnij. Idź gdzie daleko,zbuduj chałupę i żyj.Już czas.Co było – nie zmienisz.
- Masz rację, może tak zrobię kiedy.
- Chodźmy do chałupy. Józia już tam pewniewieczerzę nastawiła.
Podnieśli się z beczek, wyszli w noc. Wiatr jakby nieco zelżał, a i deszcz przestałpadać.Rozpierzchły się chmury, księżycrogalem świecił. Lżej się do chałupy Janowi wracało, przekonany o lekkiej śmierci bliskich. Mateuszowi ciężej za to na sercu było.Skłamał przyjacielowi i sumienie do końca z tym pogodzić się nie mogło. A jednak…drugi raz tak samo by zrobił.
- Oby Bóg mi wybaczył…- wyszeptał za plecami Janai zaraz za nim wszedł do pachnącej wieczerzą izby.
Następny dzień przyniósł chrzciny u Blewązków. Wraz z kumami pojechał Andrzej do kościoła. Duma go rozpierała ojcowska, gdy na leżącego na poduszce syna spoglądał. Ksiądz dobrodziej malucha ochrzciłdając mu imię ojcowe – Andrzej.
Dobrze Marynia z Andrzejem kumówwybrali. Już w kościele chrzestna talara w poduszkę wsunęła, a i chrzestny w róg poduchy pieniążki zawiązał.Jak zwyczaj kazał, trza dzieciakowi co na przyszłe życie naszykować, żeby mu się potem dobrze darzyło.Po chrzestnych i inni goście, co to ich sproszono do chałupy,małemu podarki pod poduchę wsuwali. Bawiono się potem długo, popijając gorzałeczkę i zajadając tym, czym gospodarze częstowali. Śmiechów iżartów było sporo, nie brakło też rozważań nadWojtaszkowym płotem, bo nadal nie wiadomo było, jakim to sposobem tak się w środku nocyrozwalił. Teraz to się co i któremu zdało, że i on coś w nocy słyszy, ale pies cicho siedział, to i z chałupy nie wyglądał.
Rozeszli sięgoście ciemną nocą do swych domów. Ten i ów podśpiewywał podchmielonym głosem. ZwłaszczaWalentemu Rychlikowi na śpiewy się zebrało i prowadzony teraz przez swoją kobietę wyśpiewywał ile sił w gardle:
„Jak się kuma z kuma zejdzie,
kwaterką się nie obejdzie.”
Słów mu dalej zbrakło, to i od nowa tę samą zwrotkę powtarzał. A że do wtóru muwiększośćwiejskich kundli się dołączyła, harmider się zrobiłokropny. Jedno szczęście, że chałupa Rychlikówjuż blisko była, to i śpiewy Walentego wkrótce ucichły.
Minęło kilka dni i nocy spokojnych. Chłopak Blewązków mało copłakał, Marynia dobrzała, a Andrzej, dumny niczym dziedzic chodził i, czy kto chciał, czy nie chciał słuchać, o synku opowiadał.Myślałby kto, że to pierwszy dzieciak, co śpiąc palec ssie, albo oczkami zaświatłem świecy wodzi. Oj, nasłuchał się Kokot przy robocie, nasłuchał. Jednak, że i on radz wnuka był bardzo, to i słuchał chętnie, a i sam dodawał, co i raz nowetalenty malucha.
Dziś Wiśniewskiej przyszło wysłuchiwaćzachwytów obu chłopów nad najmłodszym Blewązką. Andrzej opowiadał, jaki to dzieciak silny, jak za palec chwyci, to ani puścić nie chce.
- A jakgłos mój ino posłyszy, tak zaraz się śmieje!- przechwalał się Kokot.
Wiśniewska ino głową kiwała, słuchając tychwypatrzonych przez chłopów zdolności.
- Tak, tak… i zdrowaśki pewnie też już gada, co?
- Oj, Karolino…A co tam u Was?
- Eee, nic… Stary z Józikiem na targu byli,śmietany i jaj sprzedali i gęsi parę. A wy swoich nie sprzedajecie?
- Moja mówi, że jeszcze nie. Pierzyny chce dla małego robić, to gęsi jeszcze potrzyma.
- A słyszeliśta, że uZakrzewskich coś kury po nocy kradnie? Już trzy im zginęły.
- O, to się pewnie lisiura, albo kuna jaka rozbestwiła. Andrzej, a idź no tam posprawdzaj deski u gęsi. Przecie by mnie Józefka nie darowała, jakby te gęsi co zżarło.
Gdy się Andrzej oddalił, Wiśniewska szybko o swych podejrzeniachco do Józika,opowiadać Kokotowi zaczęła.
- Bo wiecie, Mateuszu,do Pazurowej pono różne chłopy chodzą. Jej starego już długo nie ma. A jej sięza chłopemckni i pono bałamuci każdego, co się nawinie.Ja se tak myślę, czy Józik czasem do niej nie łazi…
- Eee, przecie to młody chłopak, a Pazurowa już swe lata ma. Tyle ładnych dziewuch dookoła…
- Młody, nie młody, za chłopem nie trafisz. Może mu i pasuje, że ona już za chłopa wydana? Ludzie gadają…
- Karolino, ludzie różnebzdury plotą, a nie zawsze to prawda. Mnie się widzi, co wasz Józik młodsząby wybrał. Gdzie mu tam Pazurowa w głowie….
- No nie wiem…Coś on ostatnio często w stronę jej chałupy spogląda…
- APazurowa Antośka, ile to jej już będzie?
- Antośka? To dzieciuch jeszcze…. I Józik patrzeć na nią nie może, bo goprzeszłej zimy w przerębel wepchła. Od tego razu, to aż czerwony się robi na gębie,gdy się o Antośce co powie, albo jągdzie zobaczy. Jemu Pazurowa po głowie chodzi. Ale ja mu ją wybiję! A nerwus się z niego zrobił…. Coś mnie się widzi, że tej nocki nie strzyma i poleci. A ja nawet słoniny ładnypłat naszykowałam.No, zostańcie z Bogiem Mateuszu.
- Z Panem Bogiem Karolino – pożegnał ją Kokot. Porozmyślał chwilkę jeszcze nad Pazurową, bocoś na rzeczy być mogło. Pazur w areszcie już nieco czasu siedział, za to cosię był na targu z chłopem jakim pobił. Naprał go tak, że siętamten ledwie od grobu wywinął. Pazur zawzięty był i do bijatyki skory. A że to nie pierwszy raz, to go i do aresztu wzięli. JeśliPazurowa chłopów bałamuci, jak Karolina gada, oj to się będzie działo, gdy Tomasz wróci….
Miała rację Wiśniewska, że dzisiejszej nocy Józik nie strzyma. Ledwie się w chałupie chrapanieWiśniewskiego rozniosło, zatrzeszczały rozsypane na podłodze w komorze ziarna, a po chwilizaskrzypiało odmykane okienko. Karolina tylko na to czekała. Prędko zarzuciłachustę, złapała spod łóżka kij i wymknęła się z chałupy. Znów dwa cienie przez wieś przemykały. Pierwszy przy płotach przystawał i słoninykęsy kundlom rzucał. Drugi w tym czasiewygrażał w myślach i obmyślał, co też to Józikrobić będzie musiał, za te wszystkie słoniny z chałupy wyniesione.
I tak jeden po drugim, oba cienie dotarły pod chałupę Pazurowej. Gdy pierwszy w okno poskrobał, otwarło się ono cichutko, przelazła przez nie postać w białej koszuli i przylgnęła do ciemnej postaci pod ścianą.
- A łazęgo jedna! To tak moją słoninę marnujesz! Zachciało ci się amorów z cudzą żoną! – Rumor się zrobił okrutny, gdy Wiśniewska kijem tęgim okładać zaczęłaswegosyna i jego lubą. Wrzaski obojga i krzyki karoliny obudziły zaraz pół wsi. Okna się pootwierały, wyjrzały z nich głowy rozczochrane,ciekawe czy się pali, czy też inne nieszczęście na wieś spadło.
Kacperczyk pierwszy z chałupy wybiegł, bo mu pęcherz i myślio mlaskaniu wilczym spać nie dawały. Zaraz też więcej ludzisk się na drodze pojawiło, a każden z łuczywkiem lub świecą jakąś dla rozjaśnienie nocnych ciemności.
- Niecnoto jedna, syna mi na manowce sprowadzasz? Swegochłopa nie masz przy sobie, toza młodziaków się brać będziesz?! O, ja cie moresu nauczę, a masz – i łups Wiśniewskakijem po tej białej koszuli. Byłaby chyba zatłukła oboje, ale ją w końcu siły opuściły i zasapała się okrutnie, wtedy to Kacperczykowa odciągnęła ją nieco. W tej samej chwiliotworzyły się drzwi chałupy Pazurowej i wyszła z niej…ona sama.
- A czego to? Czego takie wrzaski, że spać nie można?
Wiśniewskiej całkiem mowę odebrało. Stała z gębą rozdziawioną jak wrota stodoły i gapiła się na Pazurową.
- Kto? – wykrztusiła w końcu i wskazując kijem skulone pod ścianą osoby, dodała jeszcze – kto z nim?
Pazurowa za świecą podeszła do winowajców.
- Tośka!? Ja cię ze skóry obedrę! – i złapała za włosy swoją najstarszą córkę. Wyrwała Wiśniewskiej kij i teraz ona okładać dziewczynę zaczęła. Kto wie, co by jej jeszcze zrobiła, ale z chałupy wygramoliła sięw końcu babka dziewczyny.
- Zostaw ją Kaśka! Dosyć.- Pazurowa zastygła z ręką nad głową Tośki.- Tośka, biegiem do chałupy. A wy ludziska spać, nie ma się co gapić. Wiśniewska, chodźta z nami, pogadamy nieco. Któren to tam jęczy, Józik?
- Józik, Józik, skaranie boskie z nim.
- Chodźta do chałupy. Józik, ty też! - zarządziła babka, zgarnęła rozwścieczoną Wiśniewską i tak spojrzała na Józika, że mimo ciemności tyle w jej oczach wyczytał, że już mu się całkiem żyć odechciało. Posłuszny jednak powlókł się noga za nogą do Pazurowej chałupy.
Postali ludziska chwilę jeszcze, ciekawi czy z chałupy wrzaski słychać będzie. Zaraz jednak Pazurowa z chałupy wyszła i wrzasnęła, coby spać szli. To i poszli, może jeszcze co pośpią….
Tymczasem w chałupie Pazurów cisza była. Przy stolesiedziała Wiśniewska i wystraszony Józik. Ona była czerwona jak burak, on blady jak płótno. Po drugiej stronie stołu rozsiadła się matka Pazurowej, wcześniej wyganiając Antośkę do komory. Gdy Pazurowa do izby wróciła, babka kazała jej flaszkę i kieliszki przynieść. Nalała potem sobie i Wiśniewskiej.
- Wypijcie Karolino, uspokoić się trza nieco.
- Tak i wypiję. Dawaj tę słoninę łazęgo! – szturchnęła Wiśniewska Józika w bok.
- Nie mam… - wyszeptał Józik.
- Czego mruczysz?
- Nie mam – rzekł nieco głośniej.
- Toś ją całą kundlom rzucił? Czy ci całkiem rozum odjęło?!
- Nie rzuciłem. Kundlom ino po kawałeczku żem dawał. Cała wypadła, jak mnie matula tym drągiem okładali.
- Taki kawał słoniny….
- Pewnie ją już psy pożarły – z lekką satysfakcją wymruczał Józik.
- Za to ciebie gęba i grzbiet boli. A to jeszcze nie koniec. Poczekaj jak do chałupy wrócimy i ojciec się dowie!
Wszelkie ślady satysfakcji zniknęły z twarzy Józika i wydawało się, że zbladł jeszcze bardziej.
- Tak i co teraz? – spytała Pazurowa.
- Odrobi to, łazęga jeden!
- Nie o słoninę pytam, bo mnie nic do niej. Co z młodymi?
- Ty Kaśka, swojej Antośki pilnuj, a mój chłop temugamoniowi takie lanie sprawi, że mu się amorów na długo odechce. – I dla podkreślenia owych zamiarów zdzieliła Józika po głowie.
Józik skulił się na ławie, ale coś mruczeć zaczął.
- Czego znowu mruczysz? Mało jeszcze? Ojciec poprawi!
- Dajcie spokój Karolino. – Babka zatrzymała rękę Wiśniewskiej, która znów miała zamiar zdzielić syna. – Cóż ty Józik zamiarujesz?
- Dacie mi Antośkę?- Chłopak podniósł głowę i spojrzał w oczy babce swejwybranki. – My się kochamy. Ja będę o nią dbał. Robotny jestem. Niczego jej nie zbraknie. A i wam pomogę, bo chłopa w obejściu brakuje.Stodołę wam naprawię i dach na chałupie, co nad komorącieknie i…
- A widzisz go! – Tym razem Pazurowa się rozkrzyczała. – Chłopa w obejściu trzeba! Mój Tomasz wróci i naprawi, a jeszcze tobie skórę wygarbuje!
- Cicho Kaśka! Józikrację ma. - Odezwała się znów babka. - Tomasz więcej w aresztach, niż w chałupie. Zrobimy tak: Józik naprawi co trza i obejściem się zajmie. Co wy na to Karolino?
- Kara musi być. Niech odpracuje. U nas też roboty więcej dostanie.
- A jak się przez rok dobrze sprawował będziesz, to wtedy przyjdziesz i pięknie o Antośkę poprosisz.
Na te słowa babki i Karolina i Kaśka oczy na nią wytrzeszczyły i aż im słów brakło. Józik wyczuł swą szansę i pytał dalej.
- I mi ją dacie?
- Jak cię będzie jeszcze chciała.
- Będę! – rozległo się zza drzwi.
- Cicho tam! – Krzyknęła babka.
Józikowi jednak już oczy pojaśniały, na policzki wypełzł nieśmiały rumieniec, głowa uniosła się do góry. I plecy jakby mniej go boleć zaczęły….
Rozmyślał potem, wracając z matką do chałupy, że czasem warto lanie dostać….
Gdy ucichły wszelkie głosy we wsi, gdypospali się ludzie i zwierzyna, bokiem drogi, w cieniu płotów i sadów, przemknął cieńjakowyś. StaryKacperczyk z chałupy właśnie wyszedł, bo gopęcherz ostatnio cisnął, gdy zdało mu się, że cośprzy drodze zobaczył. Popatrzyłprzez chwilę w stronę drogi, ale nic się tam nie ruszało. Już miał swoją potrzebą się zająć, gdy znów kątem oka ujrzał cień przemykający w mroku. Zaraz potemsapaniejakieś go doszło i trzaski.
- Jest tam kto?- Zawołał głosem nieco głośniejszym od szeptu, bo mu coś tak niewyraźnie było.Nie ma się co drzeć po nocy, myślał sobie. Pewnikiemcoś mi się zwidziało, bo przecieRychlików rudzielec zaraz by ujadał, jakby kto łaził.
- Niech będzie pochwalony… – odezwał się szeptem, ale odpowiedzi się ludzkiej nie doczekał, tylko znowu trzaski jakieś, sapania nieludzkie i mlaskanie wilcze. Ciarki go po plecach przeszły, przeżegnał się prędko i w te pędy do chałupy wrócił, o pęcherzu swoim zapominając. Da Bóg do świtu wytrzyma, abo może za jakiś czas kobita zbudzi się za potrzebą, to i on wyjdzie wtedy.
Gdy Kacperczyk w chałupie zniknął, od płotu Rychlików oderwała się mroczna postać i pomknęładalej w stronę skraju wsi. Po chwili większy cień się pojawił śladem pierwszego podążając. Pierwszy szybko przemykał znajomąścieżką, drugi posapywał i potykał się czasemw ciemności.
- O Jezuniu! - rozległo się nagle wśród trzasków. PłotWojtaszków zatrząsł się, zakolebał i runął, aż echo poszło i psy się rozszczekały. Stękając i sapiąc postać jakaś wygrzebała się spośród sztachet i krokiem szybkim, chociaż kulawym nieco, wróciła się skąd przyszła.
- Czego tam?- Michał Wojtaszko wylazł przed chałupę ze świecą i rozglądał się w jej nikłym świetle. Noc ciemna była, bez śladu księżyca na niebie, to i mało co widać było.Łazęga,pies co się był przywlókł przeszłego lata na ich podwórze,stał nieopodal płotu i zjeżony warczał.Podszedł Michałdo niego ikupę sztachet połamanychino zobaczył zamiast swojego płotu.
- A to co? Co za łachudry płot mi zwalili?! Dam ja wam za swoje, niech się no który pokaże! No patrzaj Łazęga, cały kawał płotu poszedł. Jak obejścia pilnujesz, darmozjadzie jeden?Będziesz tu teraz siedział i stróżował, słyszysz? Pilnuj! - Przezcałą tę Michała przemowę, Łazęga siedział wpatrzony wiernymi ślepiami w swego gospodarza. Dobrze pamiętało psisko, kto mu rany po wilczychzębach czyścił i maściami opatrywał.Teraz wiernością i stróżowaniem odpłacał się Łazęga dobrodziejowi swemu. Mógł Michał spokojnie do chałupy wrócić, pewny, że jego pies będzie przy zwalonym płocie siedział przez resztę nocy. Tak też, mrucząc pod nosem obelgi pod adresemsprawców,poszedłWojtaszko spać.
Z samego rana rozeszło się po wsi, że w nocy, u Wojtaszków, nie wiedzieć czemu,ktoś płot rozwalił.Przed chałupą Michała zebrała się sporo gromadka chłopów irozważali, kto też mógł tę szkodę uczynić.
- Michale, a ty się czasem z kim nie pokłócił?
- eee
- Może kto z żalu jakiego, co do ciebie miał, ten płot ci rozwalił.
- Dyć ja nikomu płotu nie rozwalał!
- Ale może co innego zrobiłżeś, a on taktobie z zemsty płot.
- Szczepan, z kim ja się kłócić miałem? Bo to człek ma czas na głupoty….
- A te prosiaki?
-Prosiaki?
-No, teniby Gałązkowe…
- Co, że one w płot wlazły? Przecie je Gałązka sprzedał.
- Nie, że wlazły, ino żeś się zgodził do sądu dla mnie za świadka iść.
- Alem z Gałązką, ani z nikim o tym nie gadał.
- To ja nie wiem…
- Ano, ja teżnie wiem.
- Wojtaszek, może to pijaki jakie były.
- Może i były..
- Albo złe licho jakieś.
- Tam zaraz licho. Skąd ci się licho wzięłoBartoszu?
- Bo mnie gadał Kacperczyk, że w nocy jakieś trzaski i mlaskania słyszał.
- Ha! I lichozeżarło Wojtaszkowi płot, z tego pewnikiem to mlaskanie było. – Chłopy śmiali się serdecznie z pomysłu Bartosza.
- Michale, a patrzyłeś czy śladów zębów na tych sztachetach nie ma? Jak nie licho, to możekto inszy płot ci żarł.
- Weźmiem taka sztachetę – Franek Zakrzewski miał nowy pomysł ku rozbawieniu towarzystwa - i będziemy po wsi ludziom w gęby zaglądać i do zębów równać.
- Idźże w pierony z twoimi zębami! Pewnieś sam sięnapił i płot mi rozwalił.
- Napić bym się i napił ino nie było za co… -zasmęcił się Franek.
Gdy tak trwały rozmowy i żarty przy płocie, nadszedł drogą Kokot Mateusz.
- Niech będzie pochwalony.
- Na wieki wieków.
- Cóż to tak stoicie, jakby który roboty miał mało.
- Bo widzisz Mateuszu, licho jakieś płot Michałowi powaliło w nocy.
- Pijany który wracał?
- Niby nie. Psy nie szczekały nic. Dopiero jak się płot zwalił, toŁazęga warczeć zaczął.
- A iKacperczyk coś w nocy słyszałkoło swojej chałupy. Ale ciemno było, to nic nie widział.
- Ciekawe, ciekawe…Zostańcie z Bogiem, mnie czas do roboty.
- Z Bogiem Mateuszu, i nam czas. - Rozeszli się chłopy, każden do swojej roboty, tylko Michał przymocowaniu płotu został.
Pod wieczór zaroiło się u Blewązków w izbie, bo każda baba we wsi z podarunkiem do Maryni szła. Gorzałeczkę Andrzej rozlewał, by syna uczcić. Już był się z kumami dogadał i nazajutrz chrzciny być miały. Wśród odwiedzających Marynię kobiet znalazła się i Wiśniewska. Dobrych rad poudzielała, gościńca zostawiła, wypiła kieliszeczek i z chałupy wyszła.Przed stodołą Mateusz siedział i był na nią czekał.
-Karolino, co tam u was nowego?
- Jakbyście nie wiedzieli…
- Co mam wiedzieć, ja po nocach nie łażę. I który to?
- Józik, łapserdak jeden.
- I na co mu ta słonina?
- Dla psów.
- Takem myślał, jakchłopy zaczęli gadać, co psy w nocynie szczekały. I gdzież on szedł?
-A nie wiem, bom musiała do chałupy wrócić, bo się rumor zrobił.
- Tak mnie właśnie ten płot spokoju nie daje. Ponoć coś stękało, trzeszczało, mlaskało… - Tu Kokot głos zawiesił,na odpowiedź Karoliny czekając.
- Nie myślicie chyba, że to ja tę słoninę żarłam i mlaskałam, co?
- No, mlaskanie to bym psom raczej ostawił.
- I tak było, każden kundel przy drodze kawałek dostawał. Szczęściem moim, trzy były. Tylko nie wiem, czy to wszystkie, bom musiała się wrócić. Ciemno było, jak w jakiej ciemnicy, potkłam się o ten pieniek przy Wojtaszkowym płocie, no i się zawaliło, jakem się o niego oparła. Bo też go już dawnonaprawić powinien!
- Możecie mu to rzecprzecie.
- Jeszcze czego! Zaraz by się domyślił, że to ja mu go zawaliłam. Kazałam mojemu tam pójść i pomóc, tak jakby po sąsiedzku.
- A wasz się czego nie domyśli? Po nocy łazicie, a onpłot ma naprawiać.
- Mój jak zacznie chrapać, to by i dzwonów nie słyszał. Inaczej i ja bym wcześniej Józika przydybała. Tylko wy mnie nie wydajta, bo tego łapserdaka chcę złapać. Okrutniem ciekawa, gdzie on łazi.
- Pewnikiem do jakiej panny.
- Ja mu dam panny! Do roboty niech się bierze! Zostańcie z Bogiem!
- Z Bogiem!
Wiśniewska podreptała w kierunku swojej chałupy, zastanawiając się, czy też Józik i dziś wylezie i słoninę kundlom rzucał będzie.
Nastała noc. Mrok skrył pod swą kapotą wieś i pola, kołysząc świerszczową piosenką lasy i łąki do snu. Tylko nocne stworzenia cichutko przemykają między źdźbłami traw w poszukiwaniu pożywienia lubw ucieczce, by się nim nie stać.W nocną muzykę świerszczy wdarł się nagle pisk krótki i trzepot miękkichskrzydeł. Tym razemsowa wróci z łupem na swą ulubioną gałąź. Jedno życie skończyło się nagle wśród ciemności nocy. I znów rozśpiewał się świerszcz. Zaszeptały trawy, o które otarło się miękkie futerko kuny, zabłysły w czerni nocyoczy sprytnegodrapieżnika. Czy wytropi tej nocy mysie gniazdo w starym pniu, czy też nęci ją zapach wsi i drobiu? Zatrzymała się nocna łowczyni na skraju pola, wyciąga pyszczek ku ludzkim obejściom. Oj, nęcą ją wiejskie zapachy, nęcą. Przemknęła szybko przez pole, skryła sięmiędzy drzewami w sadzie. Pachną jej kurki, pachną, ale wiatr i inny zapach niesie. Ostry, drażniący, zapach wroga – psa. Przestępuje z łapki na łapkę giętki zwierzak, tyle zapachów, tyle pokus, ale tenwrogi zapach coraz silniejszy. I już pusto między drzewami w sadzie. Nikławoń kuny dotarła do węszącegoRudego. Na wszelki wypadek warknął w stronęlasu i na swoje miejsce przy płocie wrócił. Może i dzisiejszej nocy smaczny kąsek słoninki mu się dostanie? Ułożył się pod płotem, ślepia mu się zamykają, ale uszy pilnie nadsłuchują. Cisza.
Nie tylko Rudy nadsłuchuje pilnie nocnych odgłosów. W chałupie Wiśniewskich aż dwie pary uszu wsłuchują się w noc. Wiśniewska leży cichutko, ani się nie ruszy, choć ją już krzyże od tego drętwego leżenia bolą. Za ścianą za to Józik wierci się okropnie, z boku na bok się przekręcaico i rusz wzdycha. Ciągnie go z chałupyjak tę kunę do kur, ale i on niebezpieczeństwo przeczuwa. Strachu wczorajszej nocy się najadł, to dziś woli w łóżku zostać. Zasnął w końcu i wiercić się przestał, nie zauważył, jak matka po cichu do izby zajrzała. Policzyła głowy na poduchach i uspokojona do swego łóżka wróciła. Położyła się wreszcie wygodnie Karolina w pościeli i zaraz też zasnęła.