|
Sort
Time
Category
|
|
Przepis umieszczam tu, ponieważ Tolo dalej mnie nie lubi i uniemożliwił mi pisanie w " cosik dla..."
Produkty: -150g mąki -40g zmielonych orzechów -50g cukru -1/2 opakowania cukru waniliowego -szczypta soli -200g schłodzonego masła lub margaryny -jedno żółtko -50g galaretki porzeczkowej lub konfitur z wiśni, -cukier puder do dekoracji
Wykonanie: Mąkę wymieszać z orzechami, cukrem, cukrem waniliowym i solą. Dodać pokrojone masło i żółtko. Zagnieść szybko ciasto. Zawinąć w folię i włożyć na 1godz. do lodówki. Później z ciasta uformować kulki ( średnica ok 2cm) , ułożyć na blasze . W każdej zrobić dołek . Podgrzać galaretkę i za pomocą szprycy wypełnić dołki 9 albo łyżeczką wkładać powidła). Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni ok 15 minut ( sprawdzić czy są upieczone, jeśli nie trzymać dłużej) SMACZNEGO. UWAGA: może się okazać, że mąki podanej w przepisie będzie za mało i ciasto nie będzie się kleić do rąk. Można dosypać mąki tyle ile potrzeba, by ciasto wyrobiło się na gładko. Orzechów też można dać więcej.
|
|
Piszę w jurnalu, bo nie otwiera mi się zakładka "Home" i nie widzę kto z Was napisał coś ciekawego, nie widzę powiadomień o urodzinach i takich tam . Czy mieliście już podobny problem? Pomóżcie!!!
|
|
Piękna jesień za oknem spowodowała, że w końcu postanowiliśmy zostawić nasze codzienne sprawy ( budowa, projekty edukacyjne, praca) i wyruszyć na Łono Natury. Nie powiem Natura odwdzięczyła się nam pięknymi widokami. Już podczas jazdy samochodem nasz syn nie mógł usiedzieć spokojnie , tylko co chwilę krzyczał : stańcie zrobię zdjęcie, będzie piękne. Trochę mnie to irytowało ale byłam też dumna, że dziecię wrażliwie na piękno na piękno jest. Była to też po trosze wyprawa sentymentalna. Kopa Biskupia, to góra związana z moim życiem od dzieciństwa. Pierwszy raz weszłam na nią jak miałam 4 latka ( na własnych nogach). Później przyjeżdżałam tu jako uczennica na obozy wędrowne, a gdy byłam studentką zorganizowaliśmy sobie Sylwestra w schronisku na szczycie góry. Do dziś wspominamy jak to mój mąż ( wtedy jeszcze nie) wchodził na Kopę po kolana w śniegu z neseserkiem w dłoni, żeby garnitur mu się nie pogniótł. Droga na szczyt trochę nam się wydłużyła, bo nasz przyjaciel koniecznie chciał iść skrótem i dotarliśmy na miejsce na krótko przed rozpoczęciem balu. Gdy nasz syn miał trzy latka odbyliśmy nasz pierwszy rodzinny piknig na polance w drodze na Kopę, co później stało się tradycją rodzinną . Wszystko to wspominaliśmy wspinając się pod górę i tylko kondycja już nie taka jak dawniej. Ledwo dotarłam do schroniska. Warto było jednak się pomęczyć, bo widoki przecudne. chciałam wstawić zdjęcia w tekst, ale znowu mam coś zablokowane a rodzinnego komputerowca nie ma w domu. Zdjęcia obejrzyjcie więc w albumie.
|
|
"Dramacik z imieniem w tle"
Osoby : Babcia Wanda, jej córka Ala,czyli moja mama Urzędnica USC w Opolu Nowo Narodzone Dziecię, czyli ja
Miejsce akcji; Dąbrowa Niemodlińska , pokój w mieszkanku na pietrze USC w Opolu
Czas akcji: złota polska jesień roku pańskiego 1965
Pokój sypialny. Nieduży., na prawo od wejścia duże łoże małżeńskie. Biała, wykrochmalona pościel. W łożu mama Ala i Nowo Narodzone Dziecię. Do pokoju wchodzi babcia Wanda:
B.W. - Alu, córuniu trzeba podjechać do miasta, do Urzędu i zapisać naszą kruszynkę.Jakie imię mam podać? Babcia przysiada na łóżku i głaszcze po główce NND Ala - Mamusiu,już mówiłam : Jolanta. Wie mamusia przecież, że odkąd pracowałam z tą Jolantą, co to przyjechała z południa Polski, z nakazem pracy u nas, to nie mogę zapomnieć o tym imieniu. Ono tak dostojnie brzmi. Nigdy później nie spotkałam nikogo o takim imieniu. Ala zamyśla się.Ze wspomnień panieńskich lat wyrywa ją pytanie Wandy: B.W. - Jak chcesz, ale żeby znowu nie było problemów z księdzem. Jak przy Mirku. Babcia wychodzi z pokoju zrezygnowana. Zmiana miejsca akcji. Pokój w USC w Opolu. Babcia Wanda podchodzi do biurka przy którym siedzi Urzędnica. B.W - dzień dobry, chciałam zarejestrować NND.... Urzędnica ( bardzo służbowym tanem) ; imię, data urodzenia... B.W. - Jolanta, 25 październik.... Urzędnica wypisuje stosowny dokument i wręcza Babci. Zmiana dekoracji. ponownie pokój w domu NND. Widzimy Alę leżącą w łóżku ALA - już wróciła mamusia? Mamusia pokaże mi akt. Babcia Wanda wchodzi do pokoju i podaje dokument Ali . Ze zdziwieniem obserwuje jak twarz jej córki zmienia się. najpierw tężeje, potem robi się czerwona aż w koncu słyszy krzyk Ali; Ala - Mamusiu, co Mamusia zrobiła najlepszego!! ( Ala zaczyna płakać) B.W.- ależ córuniu, co się stało?! Dlaczego jesteś zła? ALa; niech mamusia zobaczy co tu jest napisane ( pokazuje dokument Wandzie i palcem wskazuje miejsce, w którym wpisano imię NND) Babcia Wanda czyta na głos ; B.W - Jo....anna ?!! Dziecko kochane ja nie wiem jak to się stało, ja mówiłam przecież, że Jolanta !! I co teraz? ALa: Mamusia natychmiast sie ubierze i pojedzie to zmienić !! BW. : Dziecko, ale to taka podróż męcząca, nie wiem kiedy odchodzi następny pociag. Ala ; Ja nie chcę mieć żadnej Joaśki w domu. Nie chcę mieć żadnej Matki Joanny od Aniołów !! Ala była w całkowitej rozpaczy. Płakała w poduszkę jak mała dziewczynka. Tak, będą za nięą dzieci wołałały : Aśka- dupaśka !! Trzeba to zmienić! Babcia Wanda wychodzi więc do kuchni, ubiera płaszcz i udaje się na stację kolejową. Ponownie pokój w USC.i ta sama Urzędnica. B.W. - przepraszam, ja byłam tu dzisiaj rano i ... Pani źle wpisała imię dziecka.. Urzędnica : jak to źle, wpisałam jak pani podała. B.W : niestety nie. Ja podałam Jolanta a pani wpisała Joanna. Urzędnicz: no, i o co chodzi? Przecież to to samo. Jolanta - Joanna - Ąska BW : No ale córka twierdzi, ze nie i nie chce mieć Joanny. Kłócą się jeszcze chwilę , aż w końcu urzędnica wyrywa z rąk babci akt urodzenia. Urz; - Pani to da i poczeka. Po chwiki nieobecności urzędnica wraca; Urz: Kierowniczka powiedziała, że mam to przekreślić i napisać Jolanta. Babcia popatrzyła na nia z lekkim zdziwieniem, ale juz nic się nie odezawała. Zabrała dokument i wróciła do domu, w którym zapanował spokój. Jednak Babcia nie była z siebie zadowolona. Gdy została sama , powiedziała do siebie: i będzie dziecko miało takie przekreślone życie. Ah! Niedobrze.
Na szczęście obawy babci nie ziściły się i mimo przekreślonego imienia , jak do tej pory mam udane życie. Świetnego męża, zdrowe i inteligentne dziecko, dach nad głową, wymarzoną od najmłodszych lat pracę. Nie mam nic przeciwko imieniu Joasia i z góry przepraszam nasze Aśki ( moja najlepsza przyjaciółka z lat szkolnych, to właśnie Aśka)ale moja mama rzeczywiście nie cierpiała tego imienia. Wszystko z powodu wspomnianego w tekście filmu, który bardzo jej sie nie podobał.
|
|
Oto historia jaką ostatnio usłyszałam od jednej z serdecznych koleżanek: Jej teść jest Dzieckiem Oświęcimia. Był w oddziale dziecięcym , tym gdzie działał słynny doktor M. Niewiele pamięta z tego okresu. Zawsze opowiadł, ze do obozu przywieźli go wraz z mamą i malutką siostrzyczką. Rozdzielono ich. On przeżył, reszta rodziny nie. Nie pamiętał jak się nazywa, nadano mu więc nowe nazwisko. I żył sobie w przekonaniu, ze jest sam na tym świecie aż do początku tego roku, kiedy to zadzwoniła do niego pewna dziennikarka z informacją, iż Rosyjanie przekazali nowe dokumenty dotyczące Oświęcimia i zainteresowała ją jego osoba. W związku z tym czy może zająć sie jego historią. Teść koleżanki po rozmowie z synem i córka zgodził sie. Chyba w okolicach kwietnia do męża mojej koleżanki zadzwonił ktoś z rosyjskiej telewizji i powołując sie na ową dziennikarkę pytał czy jego ojciec wziąłby udział w nagraniu programu telewizyjnego " Żdi mienia", bo mają dla niego niespodziankę. Mąż koleżanki odpowiedział, że może i owszem ale nie puści ojca samego w taka podróż. Autorzy programu oczywiście rozumieli sytuację, staneli na wysokości zadania i załatwili dwie darmowe wizy, opłacili podróż do Moskwy i pobyt w hotelu. Ojciec i syn stawili sie w telewizyjnym studio. W audycji przedstawili losy ojca, uwzględniając nowe dokumenty i okazało się, że ustalili tożsamość teścia mojej przyjaciółki. Dowiedział się, że jest z pochodzenia Białorusinem, miał sześcioro rodzeństwa, a do obozu wywieźli matke i dzieci, bo jeden z sąsiadów doniósł Niemcom, że ich ojciec działa w partyzantce ( oczywiście nazwisko sąsiada też znali). Wyobrażam sobie jak ten człowiek musiał sie czuć, gdy po tylu latach dowiedział się kim jest? To jednak nie wszystko. W końcowej części programu zaproszono nowych gości, którymi okazało się ocalałe rodzeństwo. Przeżyło Oświęcim tylko troje : dwaj bracia i siostra. Jedynym zdaniem jakie wypowiedział teść koleżanki było : ale ja pamiętam tylko jedną siostrę. I co Wy o tym sądzicie? Myślałam, że takie historie to tylko w filmach, a tu ...
|
|
Wakacje. Goście ( własny braciszek) odjechali, robotnicy zeszli z budowy na pewien czas, więc ja, korzystając z chwili wybrałam sie na zakupy. Oczywiście do księgarni, mojej ulubionej, czyli tam gdzie tanio sprzedają. Przeglądając nowości zuważyłam książkę, której tytuł " Listy Pawła" bardzo mnie zaintrygował. Cena jeszcze bardziej - 5zł ( a wydanie całkiem, całkiem) . Kiedy przeczytałam krótką recenzję na okładce już wiedziałam, że muszę ją kupić. Polecam ( choć to może nie wiekopomne dzieło), bo porusza temat z naszego genealogicznego podwórka. Autorka , niemiecka pisarka Monika Maron, na podstawie odnalezionych przypadkowo listów swojego dziadka ( polskiego Żyda osiadłego w Niemczech i w czasie II wojny wywiezionego do getta w Polsce) odtwarza losy swojej rodziny. Próbuje wyobrazić sobie życie codzienne dziadków, odkryć ich marzenia, znaleść motywy ich postępowania, przyczyny dokonywanych wyborów życiowych. To od razu skojarzyło mi się z naszą Margolcią i jej sagą rodu B. To także opowieść o tym, co może nas czekać na drodze poszukiwań soich przodków; rozczarownie, rodzinne kłamstwa, przemilczenia. Czy wrto się z tym zmierzyć? Na zakończenie kilka cytatów z książki; " Wspomnienie ma swój czas. Czasem zadowalamy sie jedynie pobieżną znajomością zdarzeń z przeszłości, wiedząc jednak, ż pewnego dnia zechcemy przemyśleć je w spokoju i poznać dokładniej. Kiedyś, mówimy sobie,muszę dowiedzieć się o tym wszystkiego. Być może mina lata, nawet dziesięciolecia, a w międzyczasie powróci myśl. ze pewnego dnia mamy zatroszczyć sie o tę jedna rzecz i dokładnie przypomnieć sobie coś lub kogoś." " Mój dziadek i moja babcia siedzą na okiennym parapecie kuchni w mieszkaniu w Neukolln. Józia, mówi dziadek, użuwajac polskiego zdrobnienia, Józia, mówi. I co dalej? Nie wiem, jak brzmi jego głos, nie wiem, jak on wygląda, kiedy się śmieje, bo nie zachowała się żadna fotografia, na której byłby uśmiechniety. W ogóle nie znam życia, które próbuje odtworzyć." " ...nie wiadomo nic o jego wychowaniu i wykształceniu; nie wiemy, dlaczego władał nie tylko polskim, lecz jidisz, rosyjskim, niemieckim i czy jego ojciec rzeczywiście był analfabetą. Nie znamy przyczyny, dla której Paweł opuścił Ostrów i nie chciał pozostać tym, kim był z urodzenia: Żydem. Nie chciał też przekazać dzieciom wspomnienia o swoim pochodzeniu." Ta książka zaintrygowała mnie także dlatego, że jest historią osoby pochodzącej z rodziny mieszanej pod względem narodowościowym, próbą odpowiedzi na pytania : skąd ja tak naprawdę jestem? Kim właściwie jestem? To trochę jak u mnie. Polecam.
|
|
Jeśli Was nie znudziło to proszę....
No po wielkich kłopotach i poważnej rozmowie z synem mogę wkleić zdjęcia. Okazało sie że synek założył jakieś blokady w przeglądarce. Przekazuję więc następną porcje informacji o pałacach związanych z moja rodzinką. Tym razem Dąbrowa Niemodlińska. Pałac powstał gidzies w XVII w. Znany jest przede wszystkim ze swoich skręconych kominów, ponoć jedynych w Europie. to widok współczesny Ja pamietam go z czasów dzieciństwa, bo urodziłam się właśnie w Dąbrowie. Tam przeprowadzili się rodzice z Frączkowa. Początkowo mieszkali w zamku, ale gdy zaadoptowano jego pomieszczenia na biura PSTBR, rodzice przenieśli się do pobliskich domów, które należały chyba do zabudowań pałacowych, a przypuszczam, że mieszkała w nich służba. Mama pracowała jako księgowa w owym PSTBRze, jej biuro mieściło się tuż nad głównym wejściem do pałacu. Budowla jest otoczona przepieknym parkiem, z zabytkowymi drzewami ( dąb, buk). W dzieciństwie to było najlepsze miejsce zabaw, a zabytkowy dąb pomógł przeżyc mijej rodzinie ciężkie czasy, bo zbieraliśmy żołędzie i sprzedawaliśmy w pobliskim nadleśnictwie. Pod rozłożystym bukiem mama organizowała moje dziecięce bale, a na parkowych ławeczkach odpoczywali wszyscy mieszkańcy wsi. Potem pałac przeszedł na własność WSP w Opolu, a teraz jest własnością Uniwersytetu. Niestety brak funduszy powoduje,że niszczeje. Najbardziej boli mnie to, że wraz z nim niszczeje park. nie ma już pieknych stawów, bo zarastają zielskiem, nie ma alejek, po których można spacerować. Uczelnia zamknęła bramę wjazdową i na teren zamku i parku wstęp jest utrudniony. Może kiedyś znowu będzie pięknie... to gospoda i widok pałacu od strony parku przed wojną. Ja pamietam właśnie taki widok ( no prawie taki)
|
|
Zamki związane z moją rodziną cz2
Nareszczie znalazłam trochę czasu i mam wolny komputer, więc tak jak obiecałam przedstawiam kolejny zamek związany z losami mojej rodziny. Ten znajduje się w miejscowości Frączków na Opolszczyźnie niedaleko Nysy. Obecnie mieści się w nim hotel i centrum konferencujne.( Tu miało być zdjęcie ale znowu coś nie wyszło z wklejaniem) Sam zamek przed wojną wyglądał nieco inaczej, tak bardziej w stylu bajkowym - niestety tym razem zdjęcie nie chciało sie wkleić nawet do albumu. Warto jednak go zwiedzić, a szczególnie park pałacowy.
Najstarsze informacje o tej budowli jakie znalazłam w internecie; " W latach 1672-73 właścicielem Fraczkowa był Jan Henryk Heymann von Rosenthal, kanonik ołomuniecki i nyski, członek rady biskupów wrocławskich i do 1672 r. biskup pomocniczy. Na XVIII w. datowane jest powstanie pałacowego, barokowego założenia, być może na miejscu wcześniejszego dworu. W XIX w. pałacyk przejęła rodzina Francken-Sierstorpff. W latach 1886-89 Aleksander von Francken-Sierstorpff zlecił przebudowę obiektu w stylu neorenesansowym." Frączków, to wieś, gdzie spędzałam swoje dzieciństwo jeżdżąc na wakacje do babci Balbiny , która przeniosła się tam z Dobrej już po wojnie. Dziadkowie zamieszkali w domu niedaleko pałacu i pracowali w PGR, który miał swoją siedzibę właśnie w nim. Tam także poznali , pokochali i pobrali się moi rodzice. Mama przeprowadziła się tam ze swoimi rodzicami chyba z Pilszcza, gdzie jej ojciec był wójtem. Kiedy dorosła pracowała w biurze PGR-u, które mieściło się na pierwszym piętrze zamku. Często opowiadała mi o zabawach tanecznych jakie urządzano w pomieszczeniach połacowych, o pięknym parku i sadzawkach. Ja pamiętam tylko jak przez mgłę piękne drzewa i dom dziadków. Rodzice mieszkali we Frączkowie chyba jakieś dwa lata ( licząc od ślubu), tam urodziła się moja starsza siostra.Potem przeprowadzili się do Dąbrowy Niemodlińskiej jeszcze bliżej Opola i tam zamieszkali (dosłownie) znowu w pałacu. Ale o tym innym razem.
|
|
życzenia od Ilnickich dla Was wszystkich
Z okazji Wielkanocy zycze Wam wiosny, wiosny, wiosny! Pękających pąków, krokusów i przebiśniegów. Topniejacych sniegów, ziemi, która zaczyna pachnieć, słońca, które nie tylko świeci, ale wreszcie także grzeje. Wiosny w przyrodzie i w życiu rodzinnym, w pracy, na koncie bankowym i gdzie tam jeszcze komu zimno.   od całej mojej rodzinki
|
|
Kiedy podeszliśmy pod główne wejście zobaczyłam jak bardzo pałac jest zniszczony. Weszliśmy do środka . Tata opowiadał jak pod główne wejście podjeżdżały wozy państwa a dziadek Karol (Jenek nie Ilnicki) powoził w liberii stangreta, w białych rekawiczkach. Konie miały czasem nakładane na kopyta białe skarpetki. Szukaliśmy jakiś pozostałości dawnej świetności pałacu, ale nic nie znaleźliśmy. tata postanowił pokazać mi miejsce gdzie stał jego dom rodzinny. Była tam kupka gruzu i nic więcej. Ojciec zaczął przeszukiwać gruz i opowiadał jak to w czasie wojny uciekali przed Ruskimi aż pod austriacką granice, a kiedy wrócili dom był zbombardowany, rzeczy rozgrabione. Nawet skrzynię z domowymi"skarbami" zakopaną w podłodze, w piwnicy domu ukradziono. Tata odnalazł tylko swoją łyżkę do zupy, którą ( jak opowiadała mama) długo jeszcze używał. Z tego miejsca przeszliśmy pod boczną wieżę i rodzice pokazali mi dwa dołki u jej podnuża. Ponoć są to ślady po kolanach właścicielki pałacu. Była ona Amerykanką, córką bogatego przemysłowca. Kiedy wybuchła wojna , wg, opowieści taty, synowie hrabiny poszli na wojnę i zginęli, a ona z rozpaczy rzuciła się z wieży zamkowej w przepaść. Chyba tata coś niebardzo pamietał, albo nie powiedziano mu wszystkiego, bo w źródłach znalazłam informację, że synowie ci, gdy wybuchła wojna byli w USA i od hrabiny zarządano aby namówiła ich do powrotu, bo jeżeli nie to odeślą ją do obozu koncentracyjnego. Hrabina bojąc się, że synowie ulegną szantażowi popełniła samobójczy sko z wieży.
Kiedy kilka lat temu, niedługo przed swoją śmiercią, rodzice pojechali do Dobrej nie mogli już wejść na teren zamku. Okazało się, że wykupił go prywatny przedsiębiorca i trwa przebudowa, ale szczęście im sprzyjało, bo ów przedsiębiorca był na miejscu i kiedy dowiedział się, że tata mieszkał na terenie posiadłości zaprosił ich i opowiedział o swoich zamiarach. Chciał wiedzieć jak zamek wyglądał, jak tu sie żyło. Ojciec dał mu adres swojej starszej siostry, która lepiej wszystko pamietała. Z opowiadań tejże wiem, że kontaktował się z nią. Wiem też, ze jakieś dwa lata temu odwiedziła Dobrą córka właścicieli, która obecnie mieszka w USA ( czy Kanadzzie) i pytała się o ciotkę. Ponoć w dzieciństwie się kolegowały. Niestety cioteczka gościła akurat u mojej siostry i nie było jej w Polsce. Osobiście już dawno nie byłam w Dobrej. Śledzę tylko doniesienia w prasie o postępach prac. Na pamiatkę pozostał mi kafelek przywieziony z którejś wyprawy w te okolice ( kiedy mój syn był mały często robilismy sobie pikniki w parku pałacowym)Kafelek wg. taty był fragmentem dekoru na ścianie w kuchni, w której pracowała babcia Balbina. Teraz ozdobi którąś ze ścian mojego nowego domu. aha, i pozostała jeszcze w rodzinie miłośc do koni. Ojciec pracował swego czasu jako kowal, siostrzenica jeździ konno, mój syn też chciał, ale choroba pięt uniemożliwiła mu to. Dobra to nie jedyny piekny pałac w okolicy Opola i nie jedyny związany z moja rodziną. Następny chronologicznie był zamek we Frączkowie, ale o tym kiedy indziej.
|

|
|