|
Sort
Time
Category
|
|
Nie miałam dzisiaj i wczoraj cały dzień światła, więc miałam czas na przeglądanie moich skarbów. Oczywiście natychmiast się podłamałam, że nie dam rady tego materiału wykorzystać, bo jestem beznadziejna i .... ech. Miedzy innymi odkryłam maszynopis podręcznika do nauki rytmiki i solfeżu, pióra moje Babci. Postanowiłam pokazać wam wstęp do niego jej autorstwa. Babcia była jego uczennica. Zofia z Jarockich Świątkowska Podręcznik ten przedstawia sposób nauczania solfeżu metodą E.Jaques-Dalcroze’a. Na wstępie, więc jako Jego uczennica uważam za stosowne przedstawić w krótkości rozwój jego metody, według której uczyłam- jako profesor konserwatorium lwowskiego – w ciągu 35 lat.  Emil Jacques urodziła się w r. 1865 w miejscowości de la Croix, obol Genewy. Od miejsca swego urodzenia przybrał nazwisko Dalcroze, genialny teoretyk i pedagog, autor wielu dzieł teoretycznych z zakresu muzyki i kompozytor ceniony i popularny w Szwajcarii. Wystąpił na przełomie XIX i XX wieku w czasach, gdy w nauce muzyki kładziono główny nacisk na wyrobienie techniki przy skromnym wykształceniu teoretycznym. Śpiewacy uczyli się wykonywanych utworów w sposób mnemoniczny, często pamięciowy. Ten stan rzeczy ogólny w całym świecie zastał Dalcroze i w konserwatorium genewskim, gdzie prowadził klasy solfeżu, teorii i kontrapunktu. Walcząc z niemuzykalnością i nierytmicznością swoich uczniów, wpadł na pomysł, aby przy pomocy ćwiczeń rytmicznych, wykonywanych ruchami, - wraz z nauką solfeżu rozbudzić zainteresowanie muzyki, jej rozumienie, oraz wyrobić poczucie rytmiczne. Do solfeżu wprowadził –jako ćwiczenie podstawowe – studium gam, celem rozwinięcia tonalnego. Wprowadziwszy oba te działy w swoich klasach, przedstawił wyniki swej pracy po 2 latach na kongresie pedagogicznym w Solurze w r. 1905, gdzie spotkał się z wielkim zainteresowaniem i uznaniem. W krótkim czasie zdobył sobie rozgłos w kołach muzycznych całej Europy, a rezultatem tego było zaproszenie go na kierownika swojego Instytutu do Niemiec, gdzie zawiązało się konsorcjum w celu stworzenia mu idealnych warunków pracy. W r 1909 został otwarty Instytut Dalcroze’a w Dreźnie, a wkrótce potem przeniesiony został do Hellerau pod Dreznem, gdzie wybudowano specjalne osiedle muzyczne, zaprojektowane przez najlepszych urbanistów i architektów, zbudowane w poczuciu piękna i potrzeb tego rodzaju Instytutu. Szereg nowoczesnych willi dla profesorów i uczniów. Dla pracowników Instytutu, duży budynek mieszczący w sobie salę dla przedstawień i popisów szkolnych, sale ćwiczeń itd. Wszystko to położone w cudownym lesie sosnowym, ozdobione kwiatami, dawało idealne warunki dla pracy artystycznej. Instytut w Hellerau uzyskał sławę, która ściągała doń uczni z całego świata. Jego absolwenci po skończeniu studiów zakładali szkoły, lub klasy rytmiki i solfeżu w konserwatoriach, zwłaszcza w Europie, gdzie pracą swoją wpływali na pogłębienie wykształcenia muzycznego. W ten sposób metoda Dalcroze’a promieniował, coraz szerzej, rozwijają w szerokich warstwach wrażliwość muzyczna., umiejętność słuchania muzyki, a więc muzykalność. Tępiła analfabetyzm muzyczny, rozwijała potrzebę muzyki i przyczyniła się do wzbogacenia duchowego życia człowieka. Wojna w r. 1914 zakończyła krótki okres najwyższego rozkwitu szkoły Dalcroze’a. Zaskoczyła go ona w Szwajcarii, gdzie podpisał słynny protest intelektualistów Europy przeciw barbarzyńskiemu bombardowaniu i zniszczeniu przez wojska niemieckie katedry w Reims. W następstwie, czego miał zamknięty powrót do Niemiec. Osiadł, więc a powrotem w Genewie i tu w daleko już skromniejszych warunkach pracował dalej, ciesząc się coraz szerszym rozpowszechnieniem swej metody i uwielbieniem swych uczni, którzy ciągle zjeżdżali do Genewy ze wszystkich stron świata. korespondencja do mojej Babci z Hellerau, dyplom ukończenia, legitymacja uprawniajaca do podróży, aponiżej Babcia i Flora Sczepanowska pozuja do zdjęć o rytmice- w stosownych strojach rusałek.
|
|
 Wspomina Stanisław Biały brat mojej mamy.Trzeba przyznac, że kostiumy kompielowe są pełne wdzięku. No nie? Na dwa lata przed wojną 1914 roku cała nasza rodzina spędziła wakacje nad Adriatykiem. Miałem zaledwie 5 lat i tylko mgliste pozostały po tym wyjeździe wspomnienia. Pojechaliśmy całą rodziną do miejscowości Grado - Matka z nami, czyli czwórką dzieci, Wujek Wacek, brat Matki i Ojciec, który tylko do nas dojeżdżał. Ciotka Leonka z mężem zamieszkali niedaleko nas na wyspie. W jedną stronę jechaliśmy trasą górną, czyli z wiaduktu na wiadukt, natomiast wracaliśmy trasą dolną, czyli tunelami. My dzieci cały czas siedzieliśmy przy oknie z przylepionymi do szyb nosami. Nawet w nocy. Kontrolując trasę i zapisując z niej notatki z mijanych miast i miasteczek. W Grado byliśmy głównie dla podratowania zdrowia Wady, która miała już wtedy kłopoty z nogą i biodrami. Cały czas siedzieliśmy tam na plaży, wygrzewając się na słońcu i kąpiąc w morzu. Kiedyś dałem nurka i złapałem Matkę za łydkę, a ta przestraszona mocno mnie kopnęła w nos. Był duży kłopot z zatamowaniem krwi. W głębi morza były na wysepce ruiny, do których można było dość w czasie odpływu, niestety wracając złapał nas przypływ i całą drogę musiał mnie nieść Wujek Wacek na ramionach. Gdy przyjechał Ojciec raz odwiedziliśmy Lesikowskich. Popłynęliśmy do nich statkiem. W drodze powrotnej złapała as straszna burza z piorunami. Bardzo się bałem błysków piorunów, które szeroko odbijały się w wodzie. Na zakończenie był wielki festyn z pokazem ogni sztucznych, co skomentowałem „gwiazdki się ładnie przypaliły do nieba”. Z tej wyprawy na kredensie w Brzozowie pozostały wielkie szyszki pinii, a żółw niestety zdołał nam uciec, kiedy zatrzymaliśmy się w drodze powrotnej u Gąsiorowskich we Lwowie. Z kropeczkami to rodzina, Babcia w białych koralach.
|
|
Kilka lat temu, od kolegi z Niemiec, dostawałam jego małą pracę malarska z wierszami. Wybrałam te o aniołach. Tłumaczenie jest, że tak powiem domowe. Co pozostało z anioła Wczesnym rankiem Wszystkie drzewa są jeszcze stulone a rzeczy nieporuszone, unosi się między dwoma topolami anioł, uśpiony w locie. W spękaniach snu śpiewa, Ten kto jako pierwszy wychodzi na uliczkę zostaje zadziwiony śpiewem coś przeczuwa, ale nie widzi tego, jest zielono i jest wszystko co pozostało z anioła. Jan Skaeel ..................................................................................................................... Nie mówcie mi Że już nie ma aniołów Jeżeli znaliście miłość jej różaną kruchość skrzydeł jej spiżową surowość Maria Luise Kasechnitz ....................................................................................................................... Uczyń sklepienie nad sobą pod jego szaroniebieską powałą Miedzy konarami drzew Będzie stal anioł Wysoki i smukły bez skrzydeł Gertrud Kolmar
|
|
Nie wiem z jakiego powodu wycięłam poprzednią maturę?!? A zatem jeszcze raz, to jest fotka maturzystów z roku 1894 gimnazjumim.Franciszka Józefa. Mój dziadek Józef Światkowski ma nad soba strzałkę.  Do tej szkoły, ale tylko przez rok chodził i piękny Władzio i z nieznanych mi przyczyn przenióśł się razem z bratem do V gimnazjum.Wlaśnie to teraz odkryłam.  pobyt w tym drugim tak wspomina piękny Władzio: Ponieważ w domu przeszedłem klasę pierwszą, zostałem przyjęty na podstawie egzaminu w r 1890 do drugiej klasy, co mam poświadczone przez Biesiadeckiego na drugiej stronie świadectwa z roku 1897. Dyrektorem przez cały czas nauki był Franciszek Próchnicki, który uczył polskiego. Z innych profesorów to byli: Hoszowski -łacina, greka; Majerski -geografia; Maryniak -matematyka; Świtalski -łacina, greka, francuski, a w wyższych klasach dr.Ralski-filozofia i propedeutyka jeszcze Moskwa, Sywulak, Jasienicki, Kustman, Weber, Turosz i inni. Niektórzy z nich zajęli znaczące miejsca w dziedzinie naukowych wydawnictw szkolnych. Nie byłem prymusem, ale uczyłem się dobrze, co wykazują uchowane świadectwa. Z rysunków- raz tylko w niższej klasie miałem stopień dobry, w wyższych już zawsze b.d. lub celujący, a na świadectwie z ósmej klasy widnieje ”celujący” z odznaczeniem. Nie pamiętam kto uczył rysunków, ale przy moich już od najmłodszych lat aspiracjach malarskich była to nota bardzo podniecająca i zachęcająca. Kolegami moimi byli: Poldek Staff, Antek Mueller, Julek Pulikowski, Kazio Sichulski, Wierzchowski, Frycek Pautsch, Janek Duczymiński. Wymieniam tylko tych z którymi tworzyliśmy od początku nauki przyjacielską, zgraną gromadkę i razem zdaliśmy maturę. Kazio Sichulski zgubił się tylko w klasie trzeciej, nie pamiętam z jakich powodów, i zdał maturę już po nas. Ci najbliżsi wypłynęli później w świat, jako artyści i nie tylko. Aby przysporzyć sobie trochę grosza na moje osobiste wydatki, podejmowałem się już od czwartej klasy korepetycji. Udzielałem ich kolegom z mojej i niższych klas. Zdarzyło się, że mój kolega Szymek R, bardzo inteligentny, ale słaby w matematyce, dostał przy maturze poprawkę. A ponieważ uchodziłem za mocnego w tym przedmiocie, jego matka uprosiła mnie, bym podczas wakacji odrobił z nim cały materiał. Chcąc nie chcąc, psuło mi to wałęsanie po skolickich górach naprzemian w Skolem i Olesku gdzie przebywał Szymek podjąłem się tej pracy. Wynik był niesamowity. Szymek zdał poprawkę, a co najważniejsze, tak zasmakował w matematyce, że zapisał się ten przedmiot na UJ i później został tego przedmioty nauczycielem gimnazjalnym. Był to mój tryumf pracy korepetytorskiej.
|
|
Uwe i Willi.
Uwe i Willi w jednej stali willi, Uwe na wierchu, a Willi na dole. Uwe spokojny, nie wadzi nikomu. A Willi wyrobioł choćby we stodole.
To pies, to hazok, ciepał w nich ryczkami, Gupioł i tompoł,durch trzaskoł dźwiyrzami. A kiedy strzylać zaczon z gazpatronów, To kurzu było pełno w cołym domu!.
Uwe sie wnerwiył, śloz na doł do niego. I pado: - „ Willi, jo nie strzymia tego” A Willi na to: „Co komu do jemu, a jemu do komu, Ty giździe pieroński, jo je w swoim domu!
Uwe po glacy poszkroboł sie ino, Poszoł do siebie i coś medytował.
Rano Willi jeszcze na szezlongu chrapie, Naroz mu z gipsdeki na kichol kapie. Zerwoł sie Willi, i leci ku gorze, Stuk, puk! Zamknione!.
Filuje przez dziurka: Hen Jezu, całko izba w wodzie! A Uwe siedzi z wyndkom na komodzie! „ Co Ty głupku robisz?” „Jo se fisze łowie” „ Tyś jest idiota, mnie kapie na głowe” A Uwe mu na to: „Co komu do jemu, a jemu do komu, Ty giździe pieroński, jo je w swoim domu” 
Wiesz Jolu,że ten komputer nie rozumie śląskiego? Stale mi poprawia na:ę,ą. Jak piszę Donata, zmienia na denata. 
|
|
Na lamachN-K dostałam od Doni tłumaczenie wiersza Tuwima 'Pan Hilary". Nie wszyscy tam zagladają, zatem puszczam go tu. Uwaga można skonac ze smiechu. Tak mi pisze Donia: Jolu to dedykuję wszystkim, ale pewnie tylko Ty to zrozumiesz.
Pan Hilary. Loto, tyro pan Hilary, do dekla mu piere, Bo kajś ten boroczek posioł swoje brele. Szuko w galotach, kabot obmacuje, Przewraco szczewiki i psińco znajduje. Bajzel w szranku i w byfyju, Teraz leci do antryju. „Kurde „- woła – „kurde bele! Ktoś mi rombnoł moi brele! Wywraca leżanka i pod niom filuje, Borok sie wnerwio, gnatów już nie czuje. Szturcha w kachloku, kopie w kredynsie, Glaca spocono, cały sie trzynsie. Pierońskie brele na amen kajś wcisnęło, Za oknym już downo blank się ściymniło. Do zdrzadła roz po roz zaglondo Hilary, Aż mu po puklu przefurgały ciary. Spoziyro na kichol, po łepie się puko, Bo znejdły sie brele, te co tak ich szukoł. Czy to ni ma gańba? –powiydzcie se sami. Mieć brele na nosie, a szukać pod ryczkami.
|
|
Bogusia przez telefon spytała mnie, czy nie chcę jabłek. Odpowiedziałam, że nie. Głupia, oj głupia! Przywiozła mi tylko po dwa z każdego gatunku. Jeny! ale pychota. Już tylko tyle zostało, a miały byc na zimę!!!!
|
|
Rzeź w muzeum, a działo to sie dwa lata temu. Często wtedy pisałyśmy ze sobą na skype z Margolcią. Ja jak wiecie piszę okropnie. Wklejam to jeszcze raz , bo tamto było u Pajoli i już wyrzuciłam Moje niechlujne pisanie wczoraj o mało nie przepłaciłam życiem. O mały włos a umarłabym ze śmiechu. Właśnie wróciłam zmęczona z muzeum, gdzie otwierałam dużą wystawę mojej grupy. Skypem zdawała, z tej imprezy relacje Margolci. Aby było szybciej , pisałam kilka słów i puszczałam w eter nie czytając ani tego co napisałam , ani tez odpowiedzi Margolci. Kiedy wreszcie podniosłam oczy z nad klawiatury, ujrzałam taki tekst: Jola: niestety nie zrobiłam zdjęć a szkoda bo sale wypełnione obrazami i rzeż ludzi już na schodach Margolcia : - szkoda......... straszna ta rzeż Jola: wiano lało się obficie Margolcia: to białogłowy też szły pod nóż? Jola: nie można się było przecisnąć Margolcia: normalna masakra była!! W tym momencie spojrzałam na swój tekst i myślałam, że umrę ze śmiechu Jola: Gosiu przestań , bo się uduszę Margolcia: to ja mam przestać? A kto pisze o rzezi niewinnych ludzi. Oni przyszli tam dla kultury a artyści na nich rzeż Jola : hi hi hi Margolcia: gdzie ty chodzisz i z kim się zdajesz? Jola: hihiihi Margolcia: : no i co dalej, tylko bez tych makabrycznych szczegółów. To może ja nie chce tam jechać. A w ogóle to byliśmy dzisiaj na winobarniu u przyjaciół i tam spotkaliśmy rodzinę Nietoperzy: 
|
|
Tak sobie myślę i myślę, jak to wszystko się zaczęło. Hmmm! Dawno, dawno temu w czasach mojego dzieciństwa, szczęśliwego, bo bez telewizji i takich tam innych złodziei czasu, babcie, mama i wszyscy starsi, a wtedy jeszcze całkiem młodzi, na dobranoc i na dzień dobry, w czasie rodzinnych spotkań, jak i w zupełnie innych okolicznościach, gdy na przykład leżałam chora, a ponoć byłam dość chorowitym dzieciakiem, opowiadali, opowiadali, opowiadali. Został mi ten świat przeszłości mocno wryty w pamięć, choć w okresie buntu młodzieńczego, wszystko to zupełnie lekceważyłam sobie. Potem założyłam rodzinę, przyszły dzieci, praca.. Ot życie i obrazy tak kiedyś wyraźne mocno mi się zatarły. Dopiero po śmierci mamy wpadłam w panikę, że nie podpowie mi już nikt, jak to było. Zaczęłam wtedy pisać listy do resztki moich, starszych krewnych z prośbami o przypomnienie mi, tak przecież ciekawej historii rodziny. Odzew był cudowny. Dostawałam kilka listów na tydzień i z nich zbudowałam pomału, kilka rodzinnych opowieści. Pisząc wkładam je w usta brata mojej mamy wujka Staszka przez rodzinę zwanego Hapciem. Czasami dosłownie cytuje jego fragmenty listów. Odczytanie ich sprawiało mi nie lada wyzwanie, gdyż wuj był pod koniec życia prawie niewidomy i listy jego były jednym wielkim rebusem, ale czytelnym, gdyż uruchomiły i moje wspomnienia. Ta historia dotyczy Nartowskich, macierzystych moich pradziadków. Najstarszy dokument, jaki posiadam, a właściwie jego odpis sporządzony pod koniec XIX wieku to: Wyciąg z aktów odnoszących się do rodziny Nartowskich w krajowem archiwum aktów grodzkich i ziemskich we Lwowie się znajdujących przez tegoż archiwum sporządzony N 1. Sporządzono w miejscowości Bełz dnia 17 listopada 1755 roku , urodzeni Józef i Ludwika z Kałuszewiczów, córka Franciszka i Marianny z Buszkowskich, małżeństwo Nartowscy rezygnują na rzecz urodzonych Jana i Rozalii Nartowskich, swego własnego syna i córki, z sumy 300 florenów polskich, którą wielmożny Stanisław Lipski zobowiązał się wypłacić, a która pozostaje na dobrach miasteczka Lipsko, zabezpieczona i prawnie zagwarantowana. [sc przez rzeczonego Stanisława Lipskiego] N 2. Sporządzono w tym samym miejscu, dniu i roku, co powyższe urodzeni Jan Nartowski i Rozalia z Nartowskich, niegdyś żona urodzonego Marcina Suchodolskiego, obecnie wdowa, brat i siostra rodzeni, urodzonych Józefa i Ludwiki z Kałuszewiczów małżeństwa Nartowskich syn i córka, poświadczając urodzonemu Stanisławowi Lipskiemu )wypłacenie) sumę 200 florenów polskich (dosł. sumę) zabezpieczonych na dobrach Lipsko We Lwowie dnia 23 02 1880 Dyrektor kraj.arch.grodz i ziem Dr Xawery Liske taksa 2 zł Czyli Józef i Ludwika z Kałuszowiczów to rodzice Jana. Jest jeszcze: dokument z 1773 roku dotyczący Jana i Domicelli, (to rodzice Franciszka-Kawki i Bronislawa- Kulawego) świadectwo Małżeństwa Franciszka-Kawki Nartowskiego, Gwoździec 1801 rok, oraz wyciąg metrykalny chrztu, ich syna, Stanisława Nartowskiego z 1814 r. Są to najstarsze dokumenty rodzinne ze strony Nartowskich Franciszek-Kawka Nartowski ur ok.1775 zm. 1829 ( syn Jana i Domicelli) wraz ze swym bratem Bronisławem w bardzo młodym wieku zostali przez owdowiałą matkę, oddani na wychowanie do Jezuitów. Taki był wtedy zwyczaj, że chłopców oddawano do takich zakładów, na wychowanie i dla nauki. Matka ich była osobą niewykształconą, sądząc po tym, że na jednym ze starych dokumentów widnieje dopisek, że nie posiadła nauki pisania i uczyni swój podpis znakiem krzyża. Zamierzała przeznaczyć swoich synów na Jezuitów, a majątek jaki by się im po niej należał, przeszedłby na własność zakonu. Chłopcy nie zamierzali spędzić swego życia w zakonie, zwłaszcza gdy dowiedzieli się, że zamierzają ich wykastrować. Uciekli. Bronisław w czasie ucieczki doznał złamania nogi i od tego czasu, jako że kulał, zwany był w rodzinie Kulawym, dotarł do Rumuni i tam był guwernerem w bogatym domu i tam też został na zawsze, jako że się po prostu utopił w Dunaju. Franciszek natomiast, zwany Kawka, wrócił do kraju i wyprocesował swoją schedę po matce od rządu austriackiego, bowiem w między czasie zakon jezuicki został rozwiązany austriacką ustawą, a majątek przeszedł na austriacki rząd. Z metryki ślubu Franciszka wynika, że mieszkał 12 lat w Tarnopolu. Po ślubie z Anną Gaberle, przeniósł się do Rzegocina, a w Gwoźdzcu objął po ojcu żony Pocztę. W czasie pobytu w konwikcie Jezuitów Franciszek Kawka zaprzyjaźnił się z Jankiem Puzyną i tenże w raz innymi pomagał mu w dochodzeniu zwrotu majątku. Majątek Janka Puzyny był koło Gwoźdzca. Franciszek- Kawka czuł się w obowiązku wdzięczności wobec przyjaciela i gdy ten zgrał się w karty i groziła mu utrata wszystkiego, pożyczył Puzynie 10tys. talarów. Po kilku latach upomniał się o zwrot pieniędzy, za co został wyśmiany i zwrotu pieniędzy nie otrzymał. Kawka oburzony pozwał do sądu Puzynę, ale ten, czy to wykorzystując swoje stanowisko, czy też przepłacając trybunały, zwlekał z oddaniem pieniędzy. Takie zwlekanie spowodowało niemały wydatek dla Nartowskiego. Dopiero kiedy wartość austriackiego pieniądza spadła, wobec klęsk wojskowych Austrii, a papierkowe banknoty, bez pokrycia stały się bezwartościowymi, Puzyna doprowadził do zakończenia procesu i zwrócił worek bezwartościowych papierków. Zawód jakiego doznał Kawka od przyjaciela i publiczne urągowisko jakiego był uczestnikiem, nadszarpnęły zdrowiem Franciszka Kawki, i jak moja Mama mówiła - kazał sobie wytapetować tymi banknotami pokój, zwołał znajomych na wieczerzę, z okazji odzyskania długu i wygrania procesu. Pod koniec uczty kazał popom śpiewać rekwiem i umarł.
|

|
|