|
Sort
Time
Category
|
|
Co roku w listopadzie odbywają się w Chicago polskie imprezy. W tym roku po raz 20-ty rozpoczął się Festiwal Filmów Polskich (http://www.pffamerica.com/) i po raz 10-ty odbywają się Zaduszki Jazzowe organizowane przez Towarzystwo Przyjaciół Miasta Krakowa (www.krakusy.us). Byliśmy na obu imprezach. 8 XI 2008 odbyło się uroczyste otwarcie Festiwalu Filmów Polskich, przyjęciem przed oficjalnym otwarciem, w Kimball Office przy rzece Chicago, a następnie w kinie AMC River East 21, odbyło się oficjalne otwarcie festiwalu z projekcją zamkniętą (tylko dla VIP) filmu „Rysa” Michała Rosa, z Jadwigą Jankowską-Cieślak w roli głównej, oraz krótki film rysunkowy „Laska” Michała Sochy. W tym roku były dwie równoległe imprezy na otwarcie festiwalu. W drugim teatrze Pickwik w Park Ridge, IL (przedmieście Chicago) pokazywano filmy: Zanussiego „Serce na dłoni” i „Lekcja nieskończoności” Jakuba Jabłońskiego. Po projekcji filmu był ciąg dalszy imprezy w Galery at the Society of Arts w Chicago, gdzie był koncert blusowy grupy The Kinsey Report. Jak zwykle tak i w tym roku byliśmy zaproszeni na Galę czyli uroczyste otwarcie Festiwalu (trzy imprezy w jednym). W tym roku wszystko było bardziej uroczyście niż zwykle, bo to jubileuszowa impreza. Mnóstwo gości z Polski i nie tylko. Otarłam się o Jerzego Stuhra, Jawdigę Jankowską – Cieslak i inne sławy naszego kina, nie wiedząc, że to oni, bo w cywilu wyglądają inaczej niż na scenie. J. Stuhr np. nabrał trochę ciałka, a J. J-C wygląda jakby ją drążyło jakieś paskudne choróbsko. Dlatego też otarłam się o nich na przyjęciu przed pokazem, nie zamieniwszy nawet dwóch słów ( ). Ten sam błąd od lat. „Rysa” choć film dobry, był tak depresyjny, że wyszliśmy z kina totalnie podminowani. Amerykański widz, nie wiem czy zrozumiał o co nam Polakom chodzi? To ciągłe rozdrapywanie ran i wypominanie co, kto, komu, i dlaczego, zaczyna mnie już męczyć w polskich filmach. Nie potrafimy być szczęśliwi choć na chwile. Nasza polska przywara. Czasami mam wrażenie, że szczęśliwym nam nie wypada być, to w złym guście, stylu i nie na miejscu. Musimy cierpieć i narzekać. Nie, nie krytykuje, sama taka jestem, czasem, tylko stwierdzam fakty. Czas by to zmienić. Musze organizatorom podszepnąć, by następnym razem wybrali cos z lżejszej półki na otwarcie... W poniedziałek 10 XI poszliśmy na Zaduszki Jazzowe w Chopin Theatre w Chicago. Wystąpili: kultowa grupa Laboratorium (składzie Janusz Grzywacz, Krzysztof Scieranski, Marek Stryszowski i goscinnie Jarek Lukomski), Grazyna Auguscik z grupa Eastern Blok (rewelacyjny gitarzysta Goran Ivanovic), oraz miejscowi wirtuozi jazzu: Marcin Januszkiewicz, Frieda Lee, Krzysztof Pabian, Maciej Barabasz, Agnieszka Iwanska, Dixie Kings, Malgorzata Sztwiertnia, Ciastko Band i inni.... Grazynka Auguscik (którą znam osobiście) była REWELACYJNA!!. Odprężylam się słuchając dobrej muzyki. W niedzielę byliśmy u mojej przyjaciółki (tej w liliowym kapelusiku z ostatniej imprezy) na 50tych urodzinach. Przyjęcie w małym gronie, wszyscy dobrze znamy się od lat. Jedzonko było przepyszne (jak zwykle u Lidki), atmosfera rodzinna. Spędziliśmy miło czas, mój mąż Mirek dał koncert na pianinie ulubionych utworów Lidki, a Radek (syn), który dojechał na końcówkę imprezy odśpiewał cioci jej ulubione piosenki. I tym miłym akcentem pożegnaliśmy solenizantkę i gospodarzy. Do domu dotarliśmy już dobrze po północy... Festiwal potrwa do 23 XI i zobaczymy jeszcze wiele filmów. Mam nadzieje dobrych i radośniejszych.
|
|
Według konstytucji Stanów Zjednoczonych, prezydentem USA może zostać amerykański obywatel, który ukończył 35 rok życia, zamieszkuje na terytorium USA przez co najmniej ostatnich 14 lat, nie jest obywatelem naturalizowanym i nie popełnił przestępstw, które uniemożliwiają pełnienie funkcji na poziomie federalnym. Wybory prezydenckie składają się z kilku etapów. Pierwszym z nich jest nominacja kandydatów do udziału w wyborach. Nominacji może udzielić partia polityczna, grupa wyborców lub… sam kandydat. Kandydaci do udziału w wyborach z ramienia partii Republikańskiej i Demokratycznej uzyskują nominacje w drodze prawyborów, a ich oficjalne ogłoszenie następuje na konwencji krajowej partii. Prawybory odbywają się co 4 lata, na ogół od stycznia do czerwca. Kandydaci najpierw zakładają komitety eksploracyjne, które badają ich szanse wyborcze, a następnie – zgłaszają się do udziału w prawyborach na terenie tych stanów, w których mogą uzyskać najlepsze wyniki. W toku prawyborów kandydat na prezydenta zabiega o głosy delegatów z danego stanu, którzy będą uczestniczyć w konwencji krajowej partii. Kolejnym etapem są konwencje krajowe. Konwencja Partii Demokratycznej odbywa się w lipcu, a Partii Republikańskiej – w sierpniu. To właśnie podczas tych konwencji delegacje stanowe zgłaszają swych kandydatów na urząd prezydenta lub popierają już zgłoszonych kandydatów w drodze głosowania. Właściwa kampania prezydencka toczy się pomiędzy tzw. Dniem Pracy (Labour Day) na początku września, a dniem wyborów, którym jest "pierwszy wtorek, po pierwszym poniedziałku listopada". W tym roku 4 listopada 2008 odbyło się głosowanie powszechne. W jego toku wyborcy nie wybierają bezpośrednio prezydenta, lecz tzw. Kolegium Elektorskie (w jego skład wchodzą elektorzy; każdy stan ma tylu elektorów, ilu kongresmanów w Senacie i Izbie Reprezentantów). Kolegium skład się wiec łącznie z 538 osób (100 senatorów, 435 członków Izby Reprezentantów oraz dodatkowo 3 przedstawicieli stołecznego dystryktu Kolumbii). W zdecydowanej większości stanów, mandaty elektorskie zdobywa się według zasady "zwycięzca bierze wszystko" (system większościowy). Liczba głosów elektorskich przypadających na każdy stan zależy więc od liczby kongresmanów (senatorów i reprezentantów), przypadającej na każdy stan. Najwięcej głosów elektorskich mają: Kalifornia (55), Teksas (34), Nowy Jork (31), Floryda (27), Illinois (21), Pensylwania (21) i Ohio (20). Za stany republikańskie uchodzą: Alabama, Alaska, Arizona, Georgia, Idaho, Kansas, Louisiana, Mississippi, Montana, Nebraska, Północna Karolina, Północna Dakota, Oklahoma, Południowa Karolina, Południowa Dakota, Teksas, Utah i Wyoming. Z kolei, stany identyfikujące się z Demokratami to: Kalifornia, Connecticut, Delaware, Hawaje, Illinois, Massachusetts, Maryland, Maine, New Jersey, Nowy Jork, Rhode Island, Vermont, Waszyngton oraz stołeczny dystrykt Kolumbia. Najbardziej zacięta walka o głosy elektorskie rozgrywa się w tzw. chwiejnych stanach (swing-states), których preferencje wyborcze są cechą dynamiczną, zmienną. Podczas obecnej kampanii prezydenckiej to: New Hampshire, Pensylwania, Arkansas, Indiana, Floryda, Wirginia, Zachodnia Wirginia, Iowa, Kentucky, Michigan, Minnesota, Missouri, Wisconsin, Ohio, Kolorado, Newada, Nowy Meksyk i Oregon. W grudniu ma miejsce oficjalne głosowanie Kolegium Elektorów. Elektorzy głosują pisemnie w stolicach swych stanów na kandydata, który wygrał w ich stanie. Głosy te są następnie przesyłane do Kongresu, gdzie 6 stycznia są liczone przez przewodniczącego Senatu, który oficjalnie ogłasza wynik wyborów. Prezydent i wiceprezydent zostaną zaprzysiężeni na nową kadencję 20 stycznia 2009 r., w samo południe. Do zwycięstwa w wyborach potrzebne jest uzyskanie bezwzględnej większości głosów elektorskich – to jest przynajmniej 270. Jeśli żaden z kandydatów nie uzyska tej ilości głosów, to wyboru nowego prezydenta dokona Izba Reprezentantów (niższa izba parlamentu), a wiceprezydenta wybierze Senat. Barack Obama zdobył 364 głosów elektorskich, John McCain 162, a 12 elektorów było niezdecydowanych. A oto mapka http://maps.google.com/help/maps/elections/#2008_election (ps. ściagniete z internetu)
|
|
Co roku w listopadzie odbywa się w Chicago Festiwal Filmów Polskich w Ameryce. Największa tego typu impreza poza granicami Polski. W tym roku będzie to już 20-ty festiwal. O tym co, jak i gdzie odsyłam na oficjalną stronę festiwalu www.pffamerica.com. Cały prawie listopad chodzić będziemy niemal dzień w dzień do kina by obejrzeć polskie filmy fabularne, dokumentalne i filmy o tematyce polskiej. Zwykle przy tej okazji są dodatkowe imprezy. W tym roku w piątek 17 X 2008 odbyła się przed festiwalowa impreza „Vabank - Noc Kosiarzy” w galerii Krzyśka Kamyszewa (naszego kolegi i organizatora festiwalu), The Society of Art. 1112 N. Milwaukee w Chicago (dawniej Bank Samulskiego). Impreza była zainspirowana filmem „Vabank” Juliusza Machulskiego. A takie były bilety wstępu.
Obowiązywały stroje z lat 20-tych i 30 tych. Hasło na wejście było „ucho od śledzia”. W programie imprezy była projekcja filmów Vabank I i Vabank II,
przedstawienie tanecznie w klimacie tego okresu,  ruletka,  napad na bank,  pajęki,  konkurs na najlepszy strój, no i pełne stoły pysznego jedzonka prosto z Czerniakowskiej i zakąski ze Stalowej (Woli). Jedna z atrakcji tej imprezy był stary samochód naszego przyjaciela Henia, który był jednym z głównych bohaterów napadu na bank. Zrabowana forsa odjechała właśnie w siną dal antycznym Heniowym autkiem.  Bawiliśmy się przy akompaniamencie zespołu muzycznego, który nam przygrywał w klimacie lat 20tych i 30tych a solistka śpiewała stare znane szlagiery. O obowiązujących strojach dowiedziałam się dwa dni przed imprezą więc była totalna improwizacja. Miałam sukienkę i buty, ale nic poza tym. Całe szczęście, że zaczęła się już wyprzedaż strojów na Haloween, więc pojechałam do sklepu i kupiłam boa z „ptasich piór” i sznur „pereł” oraz czarne rękawiczki. Moja nowa fryzurka akurat była na czasie. No i efekt był taki jak widzicie. 
|
|
..::MURZYNEK BAMBO (VERSJA ŚLĄSKA)::.. W Afryce miyszko Bambo Murzinek. Blank czorny, mały, lokaty synek. Czorno mo matka, łojca czornego. Ujka i ciotka, dziadka i kożdego. Mo piykno chałpa. By ją zbudować. Trza mieć patyki, deski i trowa. Bo przeca lepszyj chałpy nie trzeba. Jak się rok cały hyc leje z nieba. Bestoż to nagie są Afrykany. I mało kery je łobleczony. Bestoż fest dużo se uszporują. Bo czopek, mantli... nic nie kupują.
|
|
Wyprawa na Dziki Zachód (część druga)
From: Jolanta Skalski |
Created: Sep 10 2008, 12:04 am
| Updated: Sep 10, 2008
27 czerwiec 2008 - Wcześnie rano wyjeżdżamy do Californi. Mamy do pokonania 360 mil. Dziś mamy dojechać do Sequoia National Park. Droga prowadzi przez Dolinę Śmierci (Death Valley National Park). Naszymi RV możemy tamtędy przejechać tylko do końca czerwca. Wszyscy koniecznie chcemy to zobaczyć, choć nie bez obaw. Nasłuchaliśmy się przecież tyle mrożących krew w żyłach historii o tym jak tam być może. Docieramy tam ok. południa. Jest naprawdę gorąco. Powietrze faluje. Co kilka mil są pompy z wodą, do chłodzenia przegrzanego silnika. Jedziemy z dusza na ramieniu, bo wskazówka temperatury silnika niebezpiecznie podnosi się do góry. Zaczynam się denerwować i chcę jak najszybciej opuścić tą kalifornijską pustynie. Robimy krótkie postoje na ochłodzenie silnika i zrobienie zdjęć. Nie spodziewałam się, że na tej pustyni są ... góry! No i ta fatamorgana!! Niesamowite. Bartek spełnia swoje marzenie i wsiada za kierownice. Jedzie w niebo w Dolinie Śmierci... Wskazówka podchodzi niebezpiecznie blisko czerwonej granicy, siedzę jak na szpilkach, uspokajam się dopiero jak opuszczamy Park.
Złapałam sygnał (w Parku go nie było) i dzwonię do Biedronki. Umawiamy się na 30 czerwca. Wjechaliśmy w zupełnie inny krajobraz, zielono, gaje oliwne, pomarańczowe, brzoskwiniowe i czereśniowe. Ach, California!! Pięknie. Wjeżdżamy w Góry Sierra Nevada i górską drogą (bo tak nas wykierował GPS!) jedziemy do Parku. Tym razem stery w swoje ręce wziął Heniu. O mój Boże! W drugim RV stery trzyma Janusz, Henia przyjaciel od przedszkola. No i zaczynają się wyścigi przez górskie serpentyny!! Droga owszem pusta, ale od czasu do czasu cosik się pojawi. A to inny pojazd po przeciwnej stronie, a to krowisia wędrująca w poszukiwaniu trawki, trafiła się też i sarenka. Na nic nasze prośby by Heniu zwolnił. Ona ma przecież najlepszą zabawę. Widoki cudowne, ale te kilometry serpentyn (będzie dobre 60km, jak nie więcej) już mnie dobijają. Heniu nic sobie nie robi z naszych uwag. No i „wylecieliśmy” na jednym z zakrętów prosto na wielką, długą ciężarówkę... W ostatniej chwili i dosłownie o milimetry rozminęliśmy się. Co ten truck tam robił?! Na tych serpentynach? Chyba też pogubił drogę... Heniu wreszcie spasował. Było już dobrze po 20tej jak dotarliśmy do Parku i naszego kampingu. Po ogarnięciu się zrobiliśmy sobie ognisko z kiełbaskami, który przywiózł Heniu z Chicago. Na kampingu były specjalne pojemniki na żywność, jako że byliśmy w „państwie misiów”. Miałam dość przeżyć jak na jeden dzień. Zasypiam natychmiast.  28 czerwiec 2008- Dziś pozwoliliśmy sobie trochę pospać i dopiero po 10tej pojechaliśmy zwiedzać Park. Dojechaliśmy do Visitors Center a stamtąd parkowym autobusem do Sherman Tree Trail. Wybraliśmy się na spacer przez Sekwojowy Bór i łąki aż do Moro Rock. W drodze powrotnej z Moro Rock mieliśmy spotkanie z ...Misiem! Moja bystra Julka wyparzyła go na ścieżce po drugiej stronie ulicy i narobiła krzyku. Szliśmy na końcu naszego polskiego ogonka. Wszyscy już byli po drugiej stronie drogi z dala od misia tylko Julka, ja i Bartek stanęliśmy „przerażeni”. Misiu najspokojniej szukał sobie jedzonka w powalonym drzewie. Zachowaliśmy z Bartkiem zimna krew i zrobiliśmy misiowi pamiątkową fotkę i cichutku, szybciutko dogoniliśmy resztę grupy. Panna Julka jeszcze drżała potem dobrą chwilkę, a i mnie serce biło w gardle... Późnym popołudniem dotarliśmy na Dorst Creek Camping, gdzie został nasz mały RV. Zaczęliśmy szykować posiłek. Trzeba było nazbierać drzewa na ognisko. No i znowu było spotkanie z misiem, tym razem to Heniu i Wojtek „wleźli” na misia. I znowu aparaty i kamera poszły w ruch. Na szczęście misiu się oddalił, a my w spokoju mogliśmy zrobić sobie ognisko i zjeść resztkę kiełbasek. Chłopcy dali koncert. Sąsiedzi bili brawo. 29 czerwiec 2008- Dziś wcześnie rano opuściliśmy kamping i pojechaliśmy do Visitors Center skąd wyruszyliśmy na wycieczkę do Wrzosowego Jeziora (Heather Lake). Początkowo droga była prosta, a potem ścieżka zaczęła się robić coraz węższa i wspinać coraz wyżej. Co niektórym coraz mniej było do śmiechu, no ale w końcu wszyscy dotarli i zrobiliśmy sobie piknik nad jeziorkiem. Po drodze zobaczyliśmy cietrzewia z małymi kurczaczkami. Na małym odcinku naszego szlaku trafiliśmy na łachy śniegu. Ach, jaka była radość. Śnieg w czerwcu! Starzy i młodzi zaczęli wojnę na śnieżki, całkiem jak dzieci... Nad jeziorkiem wiatr porwał Kasi skarpetki i zanim chłopcy rzucili się by je ratować, już dawno popłynęły w dal i opadły na dno. Pewnie Kasia wróci tam jeszcze... Dziś spotkania z misiem nie było, choś krążył w pobliżu. Wczesnym popołudniem ruszyliśmy w trasę do Yosemite National Park. Po drodze zrobiliśmy jeszcze zakupy. Na wieczór dotarliśmy do naszego Wawona Caming w Yosemite. Nikogo nie było już z obsługi. Znaleźliśmy nasze miejsca (mieliśmy rezerwację), ale okazało się, że ktoś zajął nasze jedno miejsce. Na szczęście drugie miejsce (które na nas czekało) było na większy camper i dzięki temu udało nam się zaparkować dwoma RV. Nie mamy podłączenia do prądu i wody. Dobrze, że chociaż obok są toalety. Dziś mamy bardziej uroczystą wspólną kolację, bo Wojtek i Alina maja Rocznice Ślubu. No i znowu moi chłopcy dali koncert. Ostatni na tym wyjeździe. Jutro nocleg w hotelu na drugiej stronie parku. Spotkanie z Biedronką przełożone na 1 lipca. 
30 czerwiec 2008- Rano opuszczamy camping w Wawonie i jedziemy zwiedzać Park. Grupa silnych czyli Mirek, Wojtek, Bartek i Radek poszli na Glacier Point. Niezłą mieli wyrypę, ale najgorsze było jak doszli do celu, a tam... masa „turystów”, która dojechała na szczyt autobusami z drugiej strony! Grupa słabszych kobitki i dwóch panów dla obstawy poszli do Lower Yosemite Fall (wodospady) i Mirror Lake. Spotkaliśmy się dopiero o 19tej. Zdążyliśmy jeszcze przed zmrokiem acz w towarzystwie krążącego w pobliżu misia zjeść kolacje na polu piknikowym. Było już dobrze ciemno jak dojechaliśmy do naszego motelu tuż za brama Parku. Mieliśmy zarezerwowane dwa pokoje z dwoma dwuosobowymi łóżkami, ale panienka w rejestracji coś pogmatwała jak przyjmowała zamówienia i pokoje nie były gotowe. W związku z tym dali nam rodzinny apartament- dwie sypialnie, dwie łazienki, kuchnia, jadalnia i living room. Granity, marmury, jacuzzi, pełny luksus! Po prawie dwóch tygodniach jazdy w upałach i myciu się w szklance wody wszyscy z radością powitali wanny, prysznice i wymoczyli swoje cielska. Wykąpani, odprężeni zasiedliśmy wszyscy na zasłużony drink i ciepłą herbatkę.  1 lipiec 2008- Dzisiaj nigdzie nie idę. Jestem umówiona z Biedronką. Ma przyjechać do mnie aż z Sacramento, a to wcale nie tak blisko jak wyglądało na mapie. Dziewczynki, Julka i Magda, dziś mają ochotę na basen i jacuzzi, a hotel ma ich aż dwa. Zostaje też ze mną Alina. Reszta jedzie na spinaczkę do Upper Yosemite Fall. Przechadzam się po kompleksie hotelowym i zastanawiam się jak mnie Biedronka tu znajdzie. Nasz motel okazał się być jakimś ośrodkiem wypoczynkowym i jest Wielki. Kilkanascie budynków, sklepy, restauracje, jak mnie tu Biedronka znajdzie? Dzwonię do Biedronki, telefon nie odpowiada. Zostawiam wiadomość i podaję numer pokoju. Jesteśmy umówione na 13tą. Zaniepokojona, że Bożenka mnie nie znajdzie zaczynam nerwowo chodzić po parkingu i zaglądać do głównego budynku gdzie jest rejestracja. W końcu jest! Razem z córką Kasią. Idziemy do naszego pokoju, „odmeldowuję się”, Alina zostaje z dziewczynkami, które już bawią się w basenie i jedziemy do Parku. Jemy wspólnie lunch i idziemy do wodospadów. Gadamy i gadamy jakbyśmy się znały od zawsze, robimy pamiątkowe zdjęcia przy wodospadach. Późnym popołudniem wracamy do hotelu. Biedroneczka chce dojechać przed nocą do domu i nie może czekać na resztę ekipy. Choć Kasia pewnie miała ochotę na spotkanie z Radkiem i Bartkiem. Szkoda, ale rozumiem i nie zatrzymuję. Alina i ja idziemy z dziewczynkami na obiad do pobliskiej pizzeri. Zaczynało już się zmierzchać jak wróciła reszta naszej ekipy. Wymieniamy się wrażeniami dzisiejszego dnia. Zasiadamy do wspólnej kolacji i wieczornego drinka. Heniu chce zadzwonić do córci i ... orientuje się , że nie ma telefonu. Zaczynają się poszukiwania, wszystkie, plecaki, walizki, oba RV, apartament, telefonu nie ma! Przepadł jak kamfora. A ten telefon to cały Henia biznes, kontakty, emaile, etc. Nasze telefony nie mają sygnału, tylko Heniu miał sygnał w swoim biznesowym telefonie. Dzwonię z hotelowego telefonu na jego telefon, cisza. Heniu idzie raz jeszcze do naszego RV, a ja dzwonie po raz kolejny mając nadzieję, że telefon gdzieś wpadł w jakąś dziurę i go usłyszy. Tym razem telefon został odebrany, ja ucieszona, że to Heni zaczynam szczebiotać, a tu...obcy facet brytyjskim akcentem mówi, że on nic nie rozumie... przechodzę na angielski i tłumaczę, że to telefon mojego przyjaciela, pytam gdzie jest i czy możemy się spotkać by go odebrać. On jest w samym sercu parku na polu namiotowym numer 4 (dziś już tam nie dojedziemy) i możemy się spotkać jutro rano o 7:30 w Yosemite Lodge... pada bateria w telefonie Henia i nawet nie zdążyłam zapytać się jak się facet nazywa i jak my go poznamy w tym schronisku. No trudno mamy nadzieję, że facet się pojawi.  2 lipiec 2008 – Wstajemy o 6tej rano by na czas być na spotkaniu. Przychodzimy do schroniska i ... no jak tu poznać „naszego” faceta. Pytam w recepcji, czy ktoś może oddał telefon. Nikt się nie zgłosił. Zaczepiamy obcych nam facetów, wyglądających na Anglików i pytamy, czy to „On, ten od telefonu” pudło. Mam sygnał, próbuje dzwonić na Henia telefon, może się odezwie. Nic z tego. Czas mija, już wiemy, że nie przyjdzie, poszedł w góry. Co robić? Faceta nie ma, a ten telefon to cały Heniowy „świat”. Rozdzielamy się, ja zostaję w schronisku, Heniu idzie na pole namiotowe numer 4 i szuka faceta. Reszta czeka na nas przy wodospadach. Heniu bawi się w detektywa i bingo! Znalazł faceta, znalazł telefon! Okazało się, że zostawił go na pniu przy Mirror Lake, gdzie siedzieli i gadali z Januszem. Młody angielski turysta go znalazł i nie wiedział gdzie odnieść. Heniu z radości wcisnął facetowi stówkę za znalezienie i oddanie. Teraz spokojnie mogliśmy się udać w podróż powrotną do Las Vegas. Tym razem też mamy setki mil do pokonania. Jedziemy cały dzień, docieramy do Las Vegas ok. 21 i zatrzymujemy się na pierwszym lepszym kampingu dla RV. Warunki lepsze niż na kampingu Circus no i przede wszystkim taniej! Wskakujemy pod prysznice i do basenu. Bosko! No a potem ostatnia wspólna kolacja.
3 lipiec 2008- Dziś już wracamy do domu. Chłopaki odstawiają nas na lotnisko i jadą oddać RV. Jest 12ta. Odprawiamy się i idziemy na lunch. Nasz samolot odchodzi o 16tej z minutami, a przyjaciele z Polski wylatują godzinę po nas. Niestety nie udało nam się zamówić biletów powrotnych na ten sam lot. Odprowadzamy przyjaciół na ich stanowisko i wsiadamy na nasz samolot. Dolecieliśmy bez problemów do Chicago i odbieramy bagaże. Dzwoni Mirka telefon, nasi przyjaciele nadal w Las Vegas!!! Uciekł im ich samolot! Jak to?! Ano chłopcy poszli na piwko i nie usłyszeli jak ich wzywano. Z przygodami przylecieli dopiero o 6tej rano. Mirek odebrał ich z lotniska. Spędzili 12cie godzin na lotnisku w Las Vegas!! Po wylądowaniu kolejna przygoda. Walizki poleciały „ich” samolotem, a więc na taśmie gdzie wędrują bagaże z tego samolotu, którym przylecieli, nie ma walizek naszych przyjaciół. Zatem gdzie są? Wojtek łamaną angielszczyzną zaczął tłumaczyć panience w informacji co się stało i pytać gdzie mogą być ich bagaże. Panienka cierpliwie wysłuchała i powiedział do kolegi -„Edziu, idź przynieś te ich bagaże”. Wojtek oniemiał. - „To ja się tu męczę, a pani mówi po polsku?!” -„A co pan myślał, że w tym kapeluszu to wygląda pan jak Polak?” Wojtek miał na sobie skórzany kowbojski kapelusz. No i tym wesołym akcentem kończy się nasza wyprawa na „Dziki Zachód”. ps. Po więcej zdjęć z wyprawy zapraszam do mojego photo album.
|
|
Wyprawa na Dziki Zachód (część pierwsza)
From: Jolanta Skalski |
Created: Aug 21 2008, 11:06 pm
| Updated: Aug 21, 2008
Wyprawę na “Dziki Zachód” planowaliśmy od lat, ciągle mieliśmy kłopoty z zorganizowanej silnej grupy pod wezwaniem.... W tym roku udało nam się to zrealizować. Przyjechali z Polski starzy przyjaciele, dołączyli do nas też mój siostrzeniec Bartek i tutejsi przyjaciele rodem z Polski. Tak więc grupa pod wezwaniem złożona z 12 tu Polaków wyruszyła na zwiedzanie Ameryki Północnej. W planie były Parki Narodowe: Grand Canyon, Zion, Sequoia, Yosemite. Wynajęliśmy RV czyli domki na kółkach i ruszyliśmy w trasę. 18 czerwiec 2008 - mój mąż Mirek i przyjaciel Henio (obaj łysi) odbierają ekipę z Polski na lotnisku w Chicago. Dla niepoznaki ubrali czapeczki z włosami. Zaniepokojeni goście z Polski długo nie mogli ich rozpoznać i już zaczynali się denerwować, ale w końcu się odnaleźli.  19 czerwiec 2008- wylatujemy wcześnie rano z Chicago do Las Vegas gdzie odbieramy zarezerwowane wozy Drzymały, a ponieważ już jest późno by wyruszyć w trasę zatrzymujemy się na kampingu przy hotelu Circus Circus, jest gorąco, ponad 45 C (!) moje szare komórki się gotują, upał dokucza nie tylko mnie, wszyscy jak jeden mąż wskakujemy do basenu. Po krótkim odpoczynku idziemy zwiedzać amerykański kicz, bo to trzeba zobaczyć. Upał wcale nie zelżał pomimo godzin wieczornych, chłodzimy się w klimatyzowanych pomieszczeniach hoteli i kasyn, nie da rady iść na żaden spacer przy takim upale, wracamy do naszych domków z klimatyzacją. 20 czerwiec 2008 – wcześnie rano wyjeżdżamy, przed nami długa droga. Dziś mamy do pokonania ponad 250 mil. Późnym popołudniem dojeżdżamy do campingu De Motte blisko wrót parku od strony północnej. Jesteśmy w Arizonie. Słupek rtęci opadł i jest nawet przyjemnie. Zdążyliśmy jeszcze wjechać do parku i obejrzeć zachód słońca w Cape Royal. Wieczorem było ognisko, kiełbaska, winko i śpiew. Mieliśmy ze sobą gitarzystę (mój małżonek) i wokalistę (mój synuś). Niebo pełne gwiazd pochylało się nad nami. Było bosko, choć momentami troszkę chłodnawo. 
21 czerwiec 2008 – rano wjeżdżamy do parku i meldujemy się na campingu North Rim. Po drodze w Vista Center wzięliśmy informacje i wykupiliśmy pozwolenie na zejście na dno canyonu. Po rozlokowaniu się, wybraliśmy się na krótką (ponad dwugodzinną) wycieczkę szlakiem wuja Jima. Późnym popołudniem grupa silnych zaczęła schodzić w dół canyonu. Noc spędzili pod gołym niebem w canyonie, śpiąc na ziemi lub stołach (były tam wydzielone miejsca noclegowe ze stolikami), tudzież na półkach skalnych. Podziwiali wschód księżyca i wschód słońca. Ja z dziećmi zostałam, ktoś musiał pilnować dobytku. Kamping był usytuowany nad brzegiem canyonu więc podziwialiśmy wspaniale widoki i cudowny zachód słońca. 
22 czerwiec 2008- Grupa silnych wraca do campingu ok. poludnia, odpoczynek i idziemy na kolejna wycieczkę do Grand Canyon Lodge i Visitors Center oraz na Bright Angel Point. Widoki niesamowite. Znowu robimy sobie ognisko.  23 czerwiec 2008- wcześnie rano wyruszamy do Zion National Park. Mamy do pokonania ponad 300 mil. Po 150 milach krętej drogi zatrzymujemy się nad Lake Powell. Zwiedzamy zaporę Glen Canyon na rzece Colorado niedaleko miasteczka Page. Dziś już do Zion nie dojedziemy. Odpoczywamy nad jeziorem. Kąpiel wszystkim dobrze zrobiła. Przeżywamy burzę piaskową. Dzieciaki (moje i siostry) znajdują przez przypadek skarby ukryte w „time capsule” . Bartek zachwycony, bo czytał o tym na internecie. Zabierają sobie na pamiątkę parę dziwnych rzeczy, a w to miejsce wkładają parę swoich rzeczy zostawiając ślad po sobie. 24 czerwiec2008- wcześnie rano wyruszamy do Zion. Musimy wykupić pozwolenie na przejazd przez tunel i przejście przez Narrows. Po południu dojeżdżamy na camping Watchman Camground. Jestesmy w stanie Utah. Jeszcze dziś idziemy na wycieczkę do Hidden Canyon. 
25 czerwiec 2008- o 4tej rano Mirek zawozi chłopaków do Narrows. Jest to straszna wyrypa, 8-12 godzinna wędrówka po dnie rzeki, ze zmiennym stanem wody. Dziewczyny z Mirkiem poszły na poranną wycieczkę do Observation Point. Znowu robi się gorąco. Za gorąco na dalsze wędrówki, popołudnie spędzamy nad rzeką chłodząc się w jej nurtach.  26 czerwiec 2008 – jedziemy do Las Vegas odebrać drugą grupę (Heniu z rodzinką). W Las Vegas znowu upał i spiekota. Lądujemy na tym samym campingu. Spotykamy się z Grupa Henia. Przyjechał też kolega z Florydy, bo koniecznie chciał się z nami spotkać. Zwiedzamy to amerykańskie cudo, jemy wspólna kolację i spędzamy miło czas.
|
|
Jury duty - obywatelski obowiązek.
Kilka dni temu dostałam wezwanie do sądu. Wiedziałam o co chodzi. Przyszła kryska na matyska, czyli czas na wypełnienie obowiązku obywatelskiego, tzw. jury duty. Wystraszona zaczęłam pytać szefowej i koleżanek w pracy jak to jest i czy uda mi się z tego wykręcić. Miałam numerek 186 więc dawano mi nadzieję, że nie będę musiała jechac. Dzień wcześniej po 17tej wykonałam telefon wg. instrukcji w liście no i ku mojej rozpaczy nakazali pokazać się w sadzie o 9:45 rano. Spać nie mogłam, w pracy "rozpacz w kratkę", bo nie miał mnie kto zastapić (nawet nie chcę myśleć co się działo). Budziłam się co chwilę, miałam durne sny i w efekcie pojechałm z bólem głowy. Po przejściu przez bramki security (takie same jak na lotniskach), gdzie sprawdzono, że nie mam rzeczy niedozwolonych, nakazali mi iść w prawo, potem w lewo i wg. wskazówek do sali gdzie czekało już prawie 200cie potencjalnych "ofiar". Sala owszem dośc obszerna z krzesłami, stolikami, kanapami i kantyną (gdzie można było kupić lunch i napić się lurkowatej kawy). W czterech ścianach z obcymi mi ludżmi, do których nawet się odezwać nie wolno, zostałam zamknięta na kilka godzin nie wiedząc co ze mna będzie i czy wrócę dziś do domu. Z tego strachu głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej, aż w rezultacie skończylo się to kolejnym atakiem migreny. W Stanach panuje zwyczaj wybierania ławników z "łapanki". Zwołują do sądu wybranych losowo ludzi (obywateli), robią z nimi wywiad i każą być ławnikiem. To ma być ponoć wielki zaszczyt i przywilej. Dla mnie to był stracony i bardzo stresujacy dzień. Na szczęście nie doszłam do przesłuchania i spędziłam w sądzie tylko jeden dzień, a nie jak inni (tych co wybrano) kilka. Swój obywatelski obowiązek mam więc za soba i spokój na kilka lat. Ławnikiem nigdy nie chciałam być, nawet jakby mi dopłacali i zmuszanie mnie do tego, wcale nie uważam za przywilej, a raczej za ograniczenie mojej wolności. I myślałby kto, że w Ameryce taka wolność. A to tylko iluzja.
|
|
Miał byc opis moich podrózy po "Dzikim Zachodzie", ale na to będziecie musieli troche poczekać. Mam teraz letnie manewry i kompletny brak czasu oraz glowy na pisanie sprawozdań. Po powrocie z urlopu miałam jeszcze gości z Polski, którymi trzeba było się zając i pokazać im "cuda" Chicago i okolic. Szkoda było jak wyjeżdżali. Już myślałam, że nadrobię zaleglosci, a tu zaczęło się walić. Bliska koleżanka wylądowała na nerologicznym ICU (OIOM) z paraliżem kończyn (zespół Guillain-Barre). Jej mąż w Polsce dogląda chorą matkę, a syn, który właśnie przyjechał z Polski zupełnie się rozkleił. No wieć mieliśmy akcję "Julie". Na szczęscie wygląda na to, że wyjdzie z tego bez szwanku. Jest już w domu i wraca do zdrowia. Powoli sama chodzi. W międzyczasie wyprawiłam synusia i siostrzeńca do Polski. W poniedziałek (21 VII) zaczęła się akcja "Zygmunt". Nasz sąsiad przyjaciel w marcu został zdiagnozowany z rakiem przełyku, no więc była chemia, radiacja a terez operacja. Wycięli mu cały przełyk i kawałek żołądka. Caly dzień przesiedziałm w szpitalu by tłumaczyć doktorom i rodzinie. Zygmunta angielski dość kiepski. Operacja trwala 10 godzin!. Po operacji zawieżli go na ICU (OIOM), gdzie spędziłam kolejne godziny przez nastepne dni. Były kryzysy w postaci arytmii serca, ataków paniki, problemów z oddychaniem i inne. Dziś już jest stabilny i przenieśli go na oddział chirurgiczny i w dalszym ciagu bedzie na monitorach i ścisłej obserwacji. Nocą czuwa przy nim żona, a ja mam pod opieką ich 14-letnia córkę Kasię. I jakby tego było mało dziś zazdwoniła szwagierka, że siostrzeniec Mirka (Szymon) miał wypadek na motorze i jest w szpitalu z pogruchotana prawą ręką (dobrze, że tylko tyle). Szymon niestety nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i koszty operacji oraz hospitaliazacji będzie musiał pokryć z własnej kieszeni. To tylko bagatela kiladziesiat tysiecy dolarów.... WRRR.... No i w tym całym młynie jeszcze przecież pracuję wedle grafiku. No a jutro idę dodatkowo do pracy, bo zmarł ojciec koleżanki i trzeba ja zastąpić. A na weekend przyjeżdża do Julki gość z Polski. I jak tu coś pisać i wklejac zdjecia? Mam nadzieję, że wiecie, rozumiecie i poczekacie cierpliwie na te relecje z podrózy. Życze wszystkim radośniejszego lata i dużo słońca. 
|
|
Za dni kilka, za dni parę wezmę plecak swój i gitarę... odbiorę jeszcze gości z Polski z lotniska i ruszamy na podbój Dzikiego Zachodu, banda 12tu Polaków (!). Będzie wesoło i interesujaco, mam nadzieję. Lecimy do Las Vegas (może uda nam się tam rozbić jakiś bank w kasynie), a potem zwiezdać bedziemy Parki Narodowe: Grand Canyon, Zion Park, Sequoia Park, Yosemite Park, Death Valley, Dolina Pomników i jak starczy czasu to Arches, Zapora Hoovera etc. Raport zdam po powrocie.
W maju Julka dumnie zakończyła edukaje w 8 klasowej Szkole Polskiej, przed nia jeszcze 3 lata Liceum zakończone maturą. .  A w ogródku zakwitły piwonie i zaczerwieniło się na truskawkowym zagonku

Dziękuję wszystkim bardzo za imieninowe życzenia. Życzę wszystkim udanych wakacji i ciepłego lata.
|
|
Tea Party
From: Jolanta Skalski |
Created: May 1 2008, 03:13 pm
| Updated: May 1, 2008
Dorota Knapik, nasza przyjaciółka, pisząca po angielsku porównała nasze spotkania na GB do spotkania przy herbatce, (Tea Party) podczas których wymieniamy się doświadczeniami, dzielimy się ostatnimi wiadomościami, poznajemy nowych ludzi, zawieramy przyjaźnie. Nie było jej tu chwilę i stęskniła się za nami. Ostatnio jest bardzo podekscytowana, bo za miesiąc jedzie do Polski na spotkanie z rodzina, której nie znała, a która odnalazła dzięki pomocy naszej Biedronki. Bożenko jesteś wielka!! Dorota jedzie na ślub do Radomska. Spotka się tam z rodziną, zobaczy miejsce gdzie urodziła się jej mama, zajrzy do parafii gdzie są akta dotyczące jej rodziny i będzie mogła je obejrzeć. Planuje zrobić zdjęcia i podzielić się nimi z nami jak wróci. Dorota bardzo wierzy w modlitwę i w to, że marzenia się spełnią. Jednym z jej marzeń jest odnalezienie jej rodzeństwa w Wenezueli. Modli się o to. Od czasu do czasu wpisuje w internetowych wyszukiwarkach imię i nazwisko swojej matki w nadziei, że jej rodzeństwo lub ich dzieci także zajmują się genealogią i w ten sposób może się odnajdą. Co jakiś czas próbuje i szuka. Parę tygodni temu wpisała dane swoich rodziców i znalazła informacje o nich!! Dokumenty dotyczące Generała Władysława Andersa sa w archiwum w Stanford University i posród tych dokumentów jest podanie jej rodziców o przyjęcie do Armi Andersa!! Niestety dokumenty są po polsku, a Dorota polski zna bardzo słabo. Do tego podanie było pisane ręcznie. I tu nasza Biedronka znowu przyszła z pomocą. Przepisała listy drukiem i przetłumaczyła je Dorocie. Dorota jest jej szalenie wdzięczna. Brawo Bożenko po raz kolejny! Rodzice Doroty byli aresztowani przez NKWD (późniejsze KGB) i wysłani do obozu. Tyle mogła z tych listów się domyślić. Listy są bardzo ważne dla niej i nie tylko. Jest to także kawałek (brzydkiej) polskiej historii. Zobaczcie zresztą sami: http://www.genebase.com/node/F344765 Dorota nigdy nie śniła, że te dokumenty mogą być tutaj w USA!! Jest szczęśliwa, że je odnalazła i chce powiedzieć o tym innym, aby zainteresowani też mogli znaleźć tam i otrzymać dokumenty dotyczące swoich bliskich. W tych dokumentach zawarty jest rozdział polskiej historii. W Stanford University, w Hoover Institute jest wielkie polskie archiwum i tam można zamówić dokumenty dotyczące żołnierzy służących w Armii Andersa. Link: http://www.hoover.org/hila/3449731. http://www-sul.stanford.edu/libraries_collections/hours_locations.html Biedroneczko jesteś wspaniała! Gratulacje! To się nazywa bezinteresowność! Dorota jest Ci bardzo, bardzo wdzięczna. Jesteś jej Aniołem Stróżem. Niech Pan Bóg Cię błogosławi i ma w swojej opiece. Zostałaś przecież przysłana z Niebios przez GB.
|

|
|