|
Sort
Time
Category
|
|
Władysław Łoziński-”Prawem i lewem” Obyczaje na Rusi Czerwonej w pierwszej połowie XVII w. tom II. ........Ród Korniaktów całkiem nowy. Dopiero w pierwszym pokoleniu polski, siłą bogactwa wyniesiony na szlachecką wyżynę i z bardzo mocnymi familiami skoligacony. Założyciel tego domu Greczyn z wyspy Kandii, hurtownym handlem bawełny i małmazji, pożyczaniem pieniędzy królowi Zygmuntowi Augustowi , poniekąd szalbierka z Mniszchami, którzy skandalicznie gospodarowali na dworze ostatnich najrozwiązlejszych, najwstydliwszych latach królewskiego żywota, dorobili się wielkiej fortuny, a złoto, potężniejsze może jeszcze w owych czasach, aniżeli dzisiaj, utorowało drogę do indygenatu i do związków ze znakomitymi rodami. Konstanty Korniakt ożenił się w 1575 roku z Anna Dzieduszycką, córka Wacława. Według intercyzy ślubnej musiał zrzec się prowadzenia handlu itd. Z małżeństwa tego miał Korniakt dwóch synów i trzy córki: 1. Konstantego 2. Aleksandra 3. Annę poślubił Jan Gratus Tarnowski- kasztelan Żarnowski 4. Zofię poślubił Abraham Herbut 5. Katarzynę już po śmierci ojca wyszła za Aleksandra Chodkiewicza- wojewodę trockiego, a owdowiawszy wyszła po raz wtóry za księcia Jeremiasza Wiśniowieckiego wojewodę ruskiego. Synowie: Aleksander Korniakt fundator kościoła w Hussakowie umarł młodo i bezpotomnie.
Drugi Konstanty Korniakt ożenił się z Elżbietą Ossolińską, córką wojewody sandomierskiego Zbigniewa, sprzedał swoje dobra ziemskie w ziemi lwowskiej położone. Odnow, Kulików, Zboisko, Grzybowice i inne, a sam z matka owdowiałą osiadł w ziemi przemyskiej, gdzie posiadał bardzo rozległe włości i trzy wielkopańskie rezydencje: Sosnowice, Złotkowice, Białoboki i tuż przed śmiercią przybyła Żurawica. Z tych rezydencji wybrał Białoboki jako gniazdo rodowe i naśladując starożytną szlachtę pisał się zawsze z Białobok. Przeciw nobilitacji Korniakta protestował Diabeł Łańcucki. Konstanty Korniakt, aż do swoich przygód z Diabłem Stadnickim był najspokojniejszym obywatelem. Jedyna awanturę, jaka miał na sumieniu, było zajście ze Stanisławem Branickim, którego w 1603 roku poranił, ale nie miał wtedy jeszcze niespełna 20 lat. Był żołnierzem na wyprawie inflanckiej, rzecz rozgrywał się w obozie podczas kampanii, kiedy od słowa do szabli niedaleko. Odpokutował to- z dekretu hetmana Zamoyskiego. Dosługiwać miał jakiś czas za karę pod chorągwią, a hetman Żółkiewski podyktował mu nadto siedzenia w wieży. Po zajściach z diabłem Stadnickim, Korniakt stał się taka samą postacią anachroniczna jak wielu innych..
.........nastepnie podaje pan Łoziński całą mase róznych faktów, na co najmniej 10 stronach.
A co do wieży to ufundował ją Konstanty Korniakt i dlatego nazywa sie wieżą Korniaktów. ps.jestem jednak do tyłu z signum temporis. Wszystko jest w internecie.
|
|
[img:948897/P948897_4610aa776877c:left] [img:948897/P948897_4610ba5f74cc5:left] W dolinie Wisłoka, jakie 10km na wschód od Łańcuta, leży wioska Korniaktów. Droga z brama do wjazdu i wyjazdu prowadziła środkiem wielkiego ogrodzenia, a naokoło stoły chaty wraz z zabudowaniami gospodarskimi, zwane wioską okólna. W środku stała studnia z żurawiem, koryto do pojenia chudoby, a obok stawek (bajorek) domena kaczek, gęsi i świń. Na noc w to ogrodzenie zapędzano cały żywy dobytek, a rano każdy gospodarz wyganiał go na pastwisko. Tu tez stała stara chata – dom gminny. W nim zamieszkał mój pradziad i tu prowadził szkołę na własny rachunek. Później, gdy się pobudował, przeniósł się na lewy brzeg Wisłoka. Od tego osiedla prowadziła droga polna, którą w czasie posuchy jechało się jak na gumach, cicho i bez wstrząsów, tylko z tumanem kurzu, snującym się ponad drogą. Wisłok swoje koryto znaczył wijącymi się na obu brzegach, drzewami. Nad brzegiem stała chata przewoźnika, wielki prom na cztery pojazdy i czółno dla przewozu ludzi. Po drugiej stronie rzeki, po prawej stronie leżała własność pradziadka. W środku pola stały zabudowania gospodarcze z wielkim dziedzińcem, z prawej strony lamus, zabudowania gospodarcze z lewej stodoły, z przodu dom mieszkalny, a przed nim dwie lipy. Tradycja mówiła, że rodzina nasza wywodzi się z Litwy i jest z tym związana jakaś tajemnica. Mój pradziadMarcin Biały 1799-1881,syn Stanisława Białego z Korniaktowa. Jako najmłodszy zosta na ojcowiźnie w Korniaktowie. Jego starszy brat Stanisław przeniósł się pod Jarosław. Były miedzy nimi jakieś niesnaski i nie żyli ze sobą w zgodzie
Marcin uczył w szkole gminnej – parafialnej. Ponoć początkowo mieszkał w budynku gminnym jako wójt. Dopiero jak się „spalił” przeniósł się na gospodarstwo, gdzie początkowo żył w chacie rybackiej nad Wisłokiem, na jego lewym brzegu, tuz za promem.. Bród był kilkaset metrów wyżej.. Będąc wójtem pozostawił po sobie brulion, pełen zapisków- umowy i rozstrzygnięcia sporów. Zapiski te częściowo przejął Władysław Balicki. Miał je przekazać kustoszowi zabytków okolicy. Jeszcze w latach 1915-1925 stały w lamusie resztki warsztatu tkackiego. Warsztat ten był najszerszy w okolicy i przez cały rok ze wsząd do niegoprzyjeżdżali. Wtedy cała łąka nad Wisłokiem pokryta była bielejącymi się płótnami. Marcin biały miał dwie żony 1. Najprawdopodobniej nazywała się Witalis 2. Maria Decowska. córka Wojciecha Decowskiego i Balbiny Kraus. Krausowie mieli w Żołyni na rynku dom gospodę z zajazdem. Żyli bardzo dostatnio. Nazwisko Kraus pochodzi ze Żmudzi
ps. jak to było? - "chodzi kot po desce.... opowiedziec ci jeszcze?"
|
|
I dalszy ciag wspomnień: W pracy wśród studentów i profesorów Akademii zastałem w niej moich kolegów i przyjaciół z ławy szkolnej CK. Piątego gimnazjum we Lwowie. A to Frycka Pautscha i Kazia Sichulskiego studiujących już od trzech lat, luminarzy akademii. Ale rychło zbliżyłem się do innych we wszystkich pracowniach, a było ich ponad stu. Jakież porównanie z politechnika lwowska, której liczba studentów była nieporównywalnie większa. Przekonałem się też, że osąd sekretarza "Wernyhory”, (bo pozował Matejce do tej postaci w jego obrazie, jak też do „Hołdu pruskiego”) był niesprawiedliwy, jeżeli chodzi o studentów. Oczywiście, że różnice między tą młodzieżą były znaczne, stopień wykształcenia szkolnego, kultury domowej i osobistej był często niewysoki. Ale wszystkich łączyła bieda, a w najlepszym razie niedostatek, nieustepliwość, zaparcie się siebie, by osiagnąć to, co się zamierzało. Ta “artystyczna psychoza” była najsilniejszym łącznikiem studentów Akademii. Życie niej było unormowane. W poniedziałek rano o 8-mej w lecie, o 9 w zimie, każdy pędził, przeważnie bez śniadania do Akademii, by zając najkorzystniejsze miejsce do pracy całego tygodnia. O 12-tej model schodził z podium, my czyściliśmy i porządkowali nasze przybory, omawiając rozpoczętą prace, potem szliśmy do biblioteki przeglądając rozmaite ilustracje, nasycić się reprodukcjami wielkiej sztuki europejskiej. Stamtąd rozchodziliśmy się na obiad. My trzej lwowiacy i Karol Frycz jadaliśmy ‘lekki” obiad w abonamencie u p. Sikorowskiej przy ul. Sławkowskiej. Frycz, chociaż „królewiak” był z nami nierozłączny, skończył gimnazjum w Bochni. A spędził rok na studiach malarskich w Monachium, mógł nam opowiadać jak się maluje w tamtejszej słynnej Akademii. Przy osobnym stoliku siadywała inna grupa bardzo przez p. Sikorowską honorowa, a byli to Jerzy Warchołowski były notariusz w Rostowie nad Donem, teraz znany propagator jawajskich batików, zastosowanych w naszym przemyśle ludowym, Procajłowicz i uwodząco przystojny Józef Czajkowski, pogromca serc niewieścich. Nie oparła się jego urokowi znana nasza malarka, która z Monachium, gdzie przebywał i Czajkowski, uszła przed swoim uczuciem do Paryża, co jej zresztą wyszło na dobre. Dosiadali się czasem do nich H. Uziembło i Jaś Bukowski. Była to grupa „Polska Sztuka stosowana”. Z naszej czwórki Pautsch, wybuchowiec szczerzył zęby do uprzywilejowanego grona. Frycz witał honorowy stół dyplomatycznie dystyngowanym półuśmiechem. Ja z grona najmłodszy, w Krakowie nowicjusz, choć włóczący się podczas moich studiów na Politechnice, za granicą, okazywałem sarkastyczną rezerwę do ustosunkowanej, bo opartej na lokalnym rzemiośle grupy. Sichulski okazał się najpraktyczniejszy. Nasza żywicielka miała ukochanego psa, tłustą foksterierkę, która stale miała swoje legowisko na niewielkim fotelu w kącie naszej jadalni. Sichuła, bo tak go nazywaliśmy, zobaczywszy to, wypasione zwierze, wpadł w niesłychany zachwyt nad jego pięknością i zaproponował gotowość zrobienia z niego studium malarskiego. P. Sikorowska skwapliwie przyjęła, ofiarowując jako honorarium bona na obiad. Tak, więc chytry artysta malował psi portret, przedłużając ilość seansów, tłumacząc się, że psina stara zasypia. A czasem jak sobie opowiadano, szpachelką zeskrobywał, to, co już wymalował, żeby tylko obiady się przeciągały. Po obiedzie znowu do Akademii na samodzielne studium głowy modela, opłacając, nota bene, z własnych funduszów, gdyż skromny budżet Akademii nie pozwalał na takie zbytki. Przerywając pracę, wskakiwaliśmy na pół godziny do znanej na kleparzu, starej kawiarenki Koziarskiej, vulge Koziary, gdzie za 10 halerzy otrzymywaliśmy półlitrowy garnek kawy, lub herbaty i do tego, za 2 halerze bułkę. W amfiteatralnej sali rysunków atmosfera była bardzo ożywiona. Opowiadano sobie rozmaite facecje, ciekawostki dnia, ploteczki itd. A ponieważ kobiet wówczas jeszcze w Akademii nie było, opowieści te przybierały nieraz charakter wybitnie niecenzuralny.[img:948897/P948897_45ff0cd418fe0:left][img:948897/P948897_45ff0d021e62d:left] Fryderyk Pautsch i Kazimierz Sichulski
|
|
Inny fragment wspomnień: .............Rej wśród studentów wodził mój kolega Bolcio Leszczyński. Zdolny, cięty w języku, niebezpieczny w dyskusji, ubogi, lecz czysto ubrany, umiejący nawet trzymać fason zaprasowanymi pod poduszka spodniami, gorsem koszuli i mankietami na tasiemkach, bo na z prawdziwego zdarzenia nie było go stać. Mieszkania nie miała nigdy, sypiając u kolegów. Kiedyś Bolcio spóźnił się na konkurs szkolny i chcąc nadrobić zaniedbanie, wziął na własny koszt modelkę, popularną „żelazną Marynę” na godziny popołudniowe w swojej szkolnej pracowni. Modelka jakoś nieusposobiona kręciła się na podium, zmieniając pozę. Zniecierpliwiony w końcu Bolcio wypalił jej dużym pędzlem, pełnym farby klapsa w miękka część ciała. Maryna zareagowała a on klapsa poprawił. Wściekła modelka tak jak stała, naga wybiegła na korytarz, on za nią z pędzlem w ręce. I tak dalej po schodach, aż rozhukana dziewczyna znalazła się na ulicy. Niespodziewanie wpadła na przechodzącego koło Akademii, zdążającego ze swego pałacu na szlaku do Akademii Umiejętności (na Sławkowską), której był prezesem, dr. Prof. Stanisława hr. Tarnowskiego. Zrobiło się zbiegowisko, a jego ekscelencja zatelefonował z Akademii Umiejętności do dyrektora policji, o „skandalicznym zajściu”. Ale po skontaktowaniu się z dyr. Fałatem, Prezes człowiek światły przyjął wyjaśnienia z całą wyrozumiałością i całe zajście zostało zatuszowane. Na drugi dzień z rana dyrektor Fałat z uroczystą miną wszedł do pracowni, wygłaszając dłuższe przemówienie do studentów o godności instytucji, o moralności publicznej, o szacunku należnym dla Prezesa Akademii Umiejętności itp. Poczciwy Fałat był znakomitym organizatorem, świetnym malarzem, ale nie był mówcą. Zemocjonowany plątał złote myśli i w rezultacie mało, kto co rozumiał. Bolcia Leszczyńskiego straciłem później z oczu. Opowiadano mi, że po różnych borykaniach się z losem, dostał się do Paryża i tam w „malarni” teatru Sary Bernard zdobył sobie dość poważne stanowisko.
|
|
We wspomnieniach Władysława Jarockiego nalazłam fragment o Fałacie:
.............."Mimo przeobrażeń pamięć i wspomnienia czasów Matejki były wciąż żywe. Z jednym z takich objawów zetknąłem się zaraz u progu uczelni. Przedstawiwszy się Mehofferowi, pokazując mu parę swoich prac poprosiłem o przyjęcie na jego kurs. Uzyskawszy jego zgodę udałem się do sekretariatu by tam załatwić formalności wpisowe. Sekretarzem był Jan Gorzkowski, jeszcze z czasów Matejki. Opowiadano o nim, że sprzedawszy niewielką posiadłość na Kijowszczyźnie pojechał do Turcji, gdzie do walki z Rosją tworzyć miał Legion polski. Do uformowania jego nie doszło. Gorzkowski tułając się dotarł piechotą do Galicji i przez Lwów do Krakowa. Ciągnął go Matejko, którego sława nie była mu obca. Wmieszał się raz w grupę dziadów czekających przy bramie Floriańskiej na Matejkę, który wracając z kościoła Mariackiego zaopatrzony w centusie, przechodząc obok swego domu szedł do Szkoły Sztuk pięknych. Upadł przed Matejką na kolana z okrzykiem "Mistrzu". A ponieważ miał piękną, charakterystyczną głowę, Matejko zainteresował się nim i znajomość została zawarta i Gorzkowski został sekretarzem Uczelni Matejkowskiej.
Wracając do moich spraw, to zostałem przez Sekretarza przyjęty uprzejmie, ale to co dalej nastąpiło zaskoczyło mnie, gdyż wśród potrzebnych danych zobaczył i mój dyplom inżyniera - architekta spojrzał na mnie z zainteresowaniem, zauważając, że ze studentami tego rodzaju studiach zetknął się tutaj pierwszy raz i dalej " Co Pan tu myśli robić, czego pan się tu zamierza nauczyć? Zapewniam pana, że gdy zabrakło kierowniczej ręki Matejki, poziom naukowy tej uczelni bardzo się obniżył. Dyrekcję objął Julian Fałat, ponoć dobry malarz akwarelista. Ja się na jego malarstwie nie znam, ale czy akwarelista może czegoś nauczyć? Malarstwo, to nie akwarele! A w dodatku, przed niespełna rokiem wprowadził na Akademię jako jej profesora niejakiego Wyspiańskiego na odmianę pastelistę. Czego on nauczy? Niech się pan namyśli panie inżynierze. Szkoda pana dotychczasowych studiów. Gdy pozna pan swoich tutejszych kolegów ogarnie pana przerażenie. Brudne to zarośnięte, w dziurawych butach, w pelerynach z prymitywnymi studiami ogólnie kształcącymi. Wywoła u nich pan sensację. Pański kołnierzyk jest zupełnie czysty, ja takiego u nich nie widziałem, Ostatnio zgłosiło się tu parę młodych ludzi z ukończoną szkoła średnią, ale oni nikną wobec całek masy innych. Oczywista, że ostrzeżenia nie wpłynęły w najmniejszym stopniu na moją decyzję. Poza pewnym rozbawieniem, nie mogłem się nadziwić jak mógł sekretarz poważnej uczelni, załatwiając swe czynności urzędowe, dezawuować w ten sposób swego bezpośredniego zwierzchnika, profesorów i deprecjonować wartość pracy pedagogicznej całej Akademii, ale kult jego dla Matejki zasłaniał mu wszystkie inne poza nim. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że administracja wewnętrzna Akademii szwankuje, a co stało się kilka lat później (tą uwagą wyprzedzam wypadki) źródłem wielkich niezasłużonych, przynajmniej moim zdaniem, przykrości dla Fałata i zamętu w Akademii.
Żegnając mnie, pan sekretarz wskazał ręką na duży stół, przykryty czerwonym suknem, wokoło niego ustawione pseudo gotyckie krzesła, o wysokich, wyplatanych trzciną zapleczkach – u szczytu stołu skromny fotel obity dość zużytą skórą i objaśnił: „jest to stół konferencyjny Akademii, który tu stał dawniej za Mistrza Matejki, a na fotelu zasiadał sam Mistrz!, przewodnicząc gronu profesorskiemu. Życzę panu, ażeby i pan zasiadł za tym stołem”, dokończył podając mi rękę".
Ps. Władyslaw Jarocki został i dziekanem i prorektorem tej uczelni.
Zdjęcia o Kasprowiczach. Rok 1914[img:948897/P948897_45fb080018bb2:left][img:948897/P948897_45fb07ffac918:left] Ostatnie z 1928 roku. To ilustracja do blogu AniS[img:948897/P948897_45fb08003bc16:left][img:948897/P948897_45fb07ff35d3e:left][img:948897/P948897_45fb07feb1d96:left]
|
|
Mój pradziad macierzysty pochodził z Korniaktowa , stad opowieści o Diable Stadnickim krążyły zawsze w opowiadaniach rodzinnych. Ale żeby nie bajać, to tylko podam co napisał o Korniaktach Franciszek Kotula w „Tamten Rzeszów” rok wydania 1985.
.............Przede wszystkim przypomniało mi się Łozińskiego „Prawem i lewem”. Łoziński podaje jak to w pobliżu Łańcuta, może pod koniec, a może w połowie XVI wieku, osiedlił się bogaty kupiec grecki. konstanty Korniakt, naturalnie prawosławny. zakupił dużo ziemi i swoją rezydencję nazwał właśnie Korniaktowem. Wybudował fascynujący zamek czy pałac w Głuchowie, tuż koło Łańcuta, a w Ostrowie, blisko Przeworska i Jarosławia, murowany obronny zamek. Są jeszcze jego szczątki, widziałem je na własne oczy. Tragedią Korniaktów stał się sąsiad. Zakupiwszy łańcuckie dobra, słynny awanturnik Stadnicki, zwany Diabłem, zabrał sie najpierw do Korniaktów i po dłuższej wojnie zniszczył ich. Z kolei zabrał sie do starosty leżajskiego, Łukasza Opalińskiego. Z tym wojna toczyła się bardzo długo. Wiadomo, że Stadnicki wynajmował setki, a nawet tysiące węgierskich „sabatów”, czyli najemnych żołnierzy. Czy Korniaktowie, broniąc się, mając stosunki ze wschodem, nie mogli wynająć sobie jako nadwornych żołnierzy -Tatarów? Nie jeńców, nie – wolnych tatarów! Kiedy Korniaktowie wojnę ze Stadnickim ostatecznie przegrali, a Tatarzy stali się „bezrobotni”, czy król – o czym „saga” Stafiejów wyraźnie mówi- nie wziął ich na żołd i nie powoływał w razie potrzeby na wojaczkę? Gospodarstwem zajmowały się wówczas żony, bo to – jak podkreśliłem – nie byli jeńcy wojenni, tylko wolni ludzie. Czyż to nie ciekawe? Tak w Białobokach, jak i okolicznych wsiach zachowała się tradycja, spisana i przekazana przez Franciszka Fołtę z Gaci i Józefa Puchałę, kronikarza z tejże wsi, że Korniakt w swoim zamku w Białobokach miał Tatarów, którzy przykro zapisali się w pamieci mieszkańców. Z tradycji wynika, że właśnie przy ich pomocy Korniakt trzymał krótko swoich poddanych i egzekwował powinności pańszczyźniane. ...............
|
|
Jak juz pisałam we wcześniejszych blogach, mój pradziad Włodzimierz Jarocki po powstaniu 1863 roku, byl zeslany za nie na Sybir, do kopalni soli w Usolie. Jeszcze w Kijowie, kiedy siedział w więzieniu, gdy tylko mogła wspomagala go siostra Julia. Podawała bratu niezbedne rzeczy na tą długa, jak się potem okazalo drogę. Szedł bowiem przez rok i trzy miesiące. Między innymi podała mu nieduży obrazek, malowany na cienkiej blasze, matki Boskiej, przekazany jej przez ich matke, a moją praprababkę. I tak przeszedł on razem z moim pradziadkiem cała gehenne zesłania. Wędrował juz potem zawsze przez pokolenia, aż w końcu osiadł w moim domu. Jest juz bardzo zniszczony, bo ząb korozji mocno go nadgryzł. Teraz mi, co noc towarzyszy, wisząc mi nad głową . Branzoletke przywióżł Włodzimierz Jarocki, też jako pamiątkę z tej swojej wschodniej podróży. Zrobili ją jego współtowarzysze więziennej niedoli z włosia końskiego. Jest to juz dzisiaj bardzo rzadki eksponat Skoro Jurek wspomniał o powstaniu- dodałam jak droga na Sybir wyglądała i mojego pra. To on z prawej strony w Kazaniu.
|
|
I tak jutro o tej porze zaczne dojezdzac do lotniska, a potem , o rany -16 godzin do Frankfurtu, 6 godzin czekania na samolot do Katowic i tam juz Wojtus bedzie na nas czekal. No to do zobaczenia na polskiej ziemi.
|
|
To co dzialo sie z pogoda wczoraj bylo nie do wytrzymania. Nawet nie tak goraco jak parno. Nawet oni wysiadali. Rano pojechalismy jak wczoraj pisalam, dzielnie sami do p. Marysi. Ewa napisala nam na kartce, co mamy zamowic w kasie biletowej, czyli 2 bilety do San Isidro w jedna strone. Ze strachem podawalam te kartke kasjerowi, bo nie bylam pewna czy znowu mi Ewcia nie wyciela jakiegos numeru, ale bylo OK! U p. Marii to nie wiedzialam z kim mam wdawac sie we wspommnienia, czy z jej mezem dr Wanke, ktory przeszedl przez Sybir, Palestyne do Monte Casino, czy z Marysia o Gombrowiczu. A jeszcze sie Janusz ,a potem Ewa wcinali i niestety bylo mi za malo. Dr.Leonard, gdy mu powiedzialanm, a propos Palestyny ze czytalam*Wojna, ludzie i medycyna* Adama Majewskiego, to sie strasznie ucieszyl bo powiedzialm, ze ten rudzielec to jedo kumpel iprzyjaciel no i zaczal wspominac.Przerywala mu Marysia opowiadaniem o del Tandim gdzie Gombrowicz poznal Gomeza, a Dr. Lenardo wcinal sie natychmiast, jak to wysadzili ich na Syberii w lesie bez niczego i powiedzieli zeby sobie radzili. No i tak szlo na przemian. Wieczorem dotarlismy calkiem mokrzy, doslownie!!! od potu. Na drzwiach naszego mieszkania wisiala kartka ze ..to co zrozumialam *.confidento.....ins bomba* i zeby na te bombe uwazac. I juz mialam sie zaczc bac gdy nadeszla Ewa i powiedziala, ze to nie zadna bomba tylko wysiadla pompa od wody i ze takowej wody nima. Sama nie wiem czy ta wiadomosc nie byla gorsza od zamachu terrorystycznego.
Acha zapomnialam dodac, ze Janusze naprawil doktorostwu .. kran, wentylator i cos jeszcze, ale zapomnialam co, bo ja gadalam.
|
|
Trzy ostanie dni to podroz do Marde del Plata, autobusem , niedaleko bo tylko 400km. Jeden dzien tam , trzeci z powrotem. Wrazen moc ,ale o tym juz ze zdjeciami. Poznalismy w autobusie urocze malutkie Boliwijki, Nore i Delie. zaprzyjaznilismy sie mimo prpblemow jezykowych i juz jestesmy zaproszeni do Boliwi. Pokaza nam jezioro Tutu..( w domu sprawdze jak powinno byc napisane) i stolice A... (sprawdze) Inkow ( czy nie przypadkiem Astekow?)i mamy tyllko podrozowac pomalu w gore bo jest duza roznica cisnienia. Tylko przyleciec, a one zapewniaja nam wszystko. Janusz sie rwie... a ja sie waham. Plaza w Mar del Plata -zobaczycie na zdjeciach, ale nie ma tak pieknych plazy jak nasze. Powiedzialam to na glos, nieopacznie i byli bardzo tym zgorszeni. W kazdym badz razie plywalismy w oceanie, a potem pili mate. Wieczorem poszlismy do kasyna. Dowody zobaczynie. Nie gralismy bo obydwoje my wstret do hazardu.
|

|
|