Welcome, Sign in   |   Help
Genebase Bionet Builder
Advertisement
TUTORIALS NEWS LEARNING CENTER STORE APPLICATIONS
 
1 to 10 of 112 journal entries |  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12  Next »
Sort
Time
Category
Malgorzata Nowaczyk
Jesień jeszcze raz.
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Nov 5 2008, 05:34 pm | Updated: Nov 6, 2008

Wczoraj i dzisiaj była taka piękna pogoda, że musiałam zrobić więcej zdjęć. Teraz już klony cukrowe opadły, dęby pobrązowiały, ale jeszcze niektóre inne drzewa są trochę zielone.

Konkurs Cast a Large Shadow.

Category: - | Views: 289 | Add / View Comments (9)
0 rating
Malgorzata Nowaczyk
Wielkie Jezioro Słone.
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Nov 4 2008, 05:12 pm | Updated: Nov 4, 2008

W piątek rano, gdy Jimm miał wykłady, pojechaliśmy z chłopcami nad Wielkie Jezioro Slone. Plaża baaaaaaaaaaardzo szeroka, ponad półtora kilometra. Oczywiście posmakowałam piasek na parkingu, bo był taki biały i oczywiście był słony. Jack od razu poleciał nad brzeg, ja powoli szłam za nim, a Lukie dostał szału i histerii, bo przeczytał, że wstęp jest zabroniony i że plaża jest zamknięta do następnego lata, i że nas policja złapie i wsadzi do więzienia, a po paru minutach histerii to już było, że w piekle wylądujemy. Ten ma fantazję. Więc go sobie samemu zostawiłam w piasku, wydzierał się, płakał, potem się trochę w piasku i soli potarzał. Gdy już dotarłam na brzeg, Jack poleciał po braciszka, wytłumaczył mu jak już daleko przeszedł, że nad wodą jest pięknie i tak go podprowadził na brzeg. Wodę też popróbowałam. Też była słona.

W jednym miejscu na brzegu trochę śmierdziało zdechłymi rybami, ale nie wiem jak to możliwe, jeżeli w Jeziorze nie ma ryb. Po drodze przeszliśmy koło setek zdechłych ptaków leżacych półzasypanych w piasku, i nawet nie zauważyłam, co jest. A nawet zrobiłam jedemu takiemu zdjęcie, bo myślałam, że to jakiś kawałek linii okrętowej i że będzie z tego dobra martwa natura. Akurat! Martwa natura rzeczywiście. Dopiero po drodze z powrotem Jack zawołał, że to zdechłe ptaki i dotarło do mnie co to było. Setki, naprawdę, setki, czysta hekatomba. Pasmo szerkości okolo 500 metrów, pewnie dookoła całego olbrzymiego jeziora. Czyli chyba tysiące tych ptaków. Po powrocie do hotelu wyczytaliśmy w internecie, że rzeczywście była epidemia ptasiej cholery wśród ptactwa nad Wielkim Jeziorem Słonym, ale w zeszłym roku! Te ptasie truchła wyglądały, jak całkiem świeże, bo sól je zakonserwowała. Wyobrażacie sobie?! Podobno padło 15.000 sztuk.

I tyle.wink

 

Category: - | Views: 297 | Add / View Comments (11)
0 rating
Malgorzata Nowaczyk
28.10.08
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Oct 27 2008, 07:46 pm | Updated: Oct 27, 2008

Lecimy właśnie z Salt Lake City do Minneapolis, stamtąd do Toronto. Do domu wrócimy późno, ale jeżeli nie będę mogła spać, to może jeszcze coś dziś wrzucę.

 

Zrobiłam dla Was zdjęcia w Family History Centre w SLC. Atmosfera tam niesamowita lub – jak to obecnie modnie się mówi – energia w tym miesjcu była świetna. Wyobraźcie sobie, cały sześciokondygnacyjny budynek poświęcony genealogii. Dwa poziomy w piwnicy, parter oraz trzy piętra. Na parterze czytelnie pełna ludzi w każdym wieku – młode dziewczyny, studenci z laptopami, panie i panowie w wieku zdecydowanie ponad emerytalnym oraz wiele osób “pośrodku”; Luke i Jack byli zaskoczeni, że takie młode osoby się tym zajmują. Nie wiem, czy byli to Mormoni i mormońska młodzież, czy też po prostu tacy jak my napaleńcy. Ściany pełne półek, półki pełne książek, książki pełne genealogii. Zdjęcia zrobiłam na parterze oraz w piwnicy B1, gdzie znajdują się książki oraz mikrofilmy z Europy środkowej i północnej oraz z Azji.

 

Na PBase są zdjęcia m.in. “Dziesięciu powodów, dla których warto odwiedzić Bibliotekę w SLC.’; historii świata oraz ludzkości całkiem na poważnie wywodzącą się od Adama; genealogii Józefa Smitha, proroka mormońskiego, który napisał Księgę Mormona oraz inne rozdziały do Biblii; drzewa genealogicznego, które pokazuje wywód przodków Shirley Temple, Orveall i Wilbura Smithów, proroka Smitha, Donny’ego Osmond (tego od duetu Donny Ii Marie i “Kochanka z Liverpool’u” oraz bardzo popularnej aktorki telewizynej Lucille Ball (to to duże, pod którym siedzą Jack i Luke i udają, że prowadzą badania genealogiczne) oraz Emily Dickinson; rozkładu konsultacji; oraz korytarzy z szufladami mikrofilmów. Nie wiem, dlaczego nie wychodzą mi zdjęcia. Te, które Wam pokazuję, to te jedyne, które wyszły, reszta jest bardzo nieostra. Wścieka mnie to jak nie wiem, bo mam ten aparat już od trzech lat i powinnam umieć go obsługiwać. Może Wy macie jakiś pomysł?

 

Na parterze, zaraz przy wejściu jest informacja oraz stanowisko, gdzie można złożyć swoje genealogie i je przekazać Kościołowi. Popytałam się o przekazanie mojej książki, ale wygląda na to, że musi się na to zgodzić PIW, bo gdy się przekazuje coś takiego dla Kościoła Mormońskiego, to zrzeka się praw do tego – a to chyba mi się nie podoba. Muszę to przemyśleć – chciałabym, aby moja książka była szeroko dostępna, ale żeby się zrzekać praw do niej, to chyba nie. Poza tym podobno oni wyciągają z takich publikacji wszelkie dane genealogiczne i zapisują je w swoje bazy danych – to dobrze, oraz przygotowywują tych wszystkich przodków do chrztu w Kościele Mormońskim – co mi za bardzo nie przeszkadza, ale też nie wiem. No i podobno to skanują takie darowane książki na mikrofilmy i potem kto tylko zeche, może sobie wypożyczyć. Co też mi nie przeszkadza, ale nie wiem, co na to powiedziałby PIW.

 

Potem znowu połaziliśmy po Temple Square, dołączył do nas Jimm po zakończeniu swoich wykładów. Pogoda była śliczna, cudowna, itp.

 

W sobotę po południu poszliśmy na szlak Cecret Lake (nie Secret!) w Górach Skalistych nad Salt Lake City. Jack sie napalił i koniecznie musiał wleźć jak najwyżej, żeby pochwalić się, żę jesienią chodził po śniegu. Było ładnie, pachniało lasem sosnowym. Było też bardzo wysoko, odbiło mi się na oddychaniu oraz pracy serca. Całe szczęście, że sobie w domu chodzę często na fitness oraz rowerki, więc mogłam z Jackiem i Lukiem się powspinać. Jimm padł w 2/3 drogi, nad jeziorkiem. Na takiej wspinaczce w górach nie byłam od 30 lat.

Category: - | Views: 482 | Add / View Comments (13)
0 rating
Malgorzata Nowaczyk
Nasza jesien.
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Oct 22 2008, 09:46 pm
http://www.pbase.com/malgorzata/canadian_fallkanadyjska_jesien
Category: - | Views: 466 | Add / View Comments (7)
0 rating
Malgorzata Nowaczyk
Całkowite wykorzystanie homara.
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Oct 19 2008, 10:10 am | Updated: Oct 19, 2008

W piątek i w sobotę mąż był na kongresie w Halifaxie. Wsiadając do samolotu zadzwonił do mnie, powiedział “Wiozę kolację” i rozlączył się. Od razu wiedziałam, co wiezie! Homary! Na wschodzie Kanady, w Nowej Szkocji, Nowym Brunszwiku oraz Nowej Funlandii homary są. W przeszłości były uważane za strawę biedoty, rybaków, którzy robili sobie z nimi kanapki albo zapiekanki. Jeszcze w latach 40-tych moja pani od sprzątania jadała je na lunch w szkole. Dopiero potem nauczono się od Francuzów robić na nich biznes. Na każdzym dużym lotnisku są stanowiska z akwariami, gdzie można sobie kupić żywe homary, które potem pakowane są w specjalne kartony z lodem, żeby doleciały w najświeższym stanie. No i mój małżonek przywiózł nam dwa homary. Jeden jeszcze dyszał, ale skonał jak po paru minutach po tym jak włożyliśmy go do zlewu z zimną wodą.

 

Ponieważ jest to potrawa bardzo droga, byłam zachwycona gdy w czasopiśmie kulinarnym Gourmet podano jak można z niego wycisnąć prawie, że wszystko, do ostatniego centusia (w końcu jestem pół poznanianką). Po wylizaniu skorupek nie wyrzuca się ich, tylko robi się na nich lobster bisque czyli zupę homarową na bazie ryżu oraz potem jeszcze raz można skorupy wykorzystać, aby zrobić z nich masełko homarowe. Przepis wprawdzie był na kraby, bisque krabową i masełko krabowe, ale z homara też dobrze mi to wyszło.

Przepisy podam w Grupie! Ale czy Wy naprawde ich nie widzicie? Bo troche sie napracowalam przy dyniowej zupie genealogicznej, i szkoda, ze nie wyszlo.

Category: - | Views: 598 | Add / View Comments (16)
0 rating
Malgorzata Nowaczyk
Moje genealogiczne początki.
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Oct 19 2008, 08:20 am

Podczytuję sobie mój pamiętnik z podstawówki. Stamtąd pochodzi moje pierwsze drzewo genealogiczne, którego zdjęcie znajduje się we wstępie do “Przodków” – zachowało się, bo je wkleiłam do zeszytu.

Natomiast 1-szego sierpnia 1977 roku napisałam:
”Dzisiaj był Dziadek i poprosiłam go, żeby podał mi swoje rodzeństwo (daty urodzin, śmierci, imiona) bo chcę sobie pozapisywać. Ale Dziadek pamiętał tylko imiona, żadnych dat. Pozostały mi więc tylko zdjęcia. I znów dzisiaj dowiedziałam się, że Dziadek wyrzucił stary album Stryjanki mojej Mamy, taki który teraz nadawałby się do muzeum. Wielki oprawny w skórę, z klamrą. Były tam zdjęcia Stryjanki i jej rodziny.”

Smutne to.
Category: - | Views: 533 | Add / View Comments (13)
0 rating
Malgorzata Nowaczyk
Przepisy na Thanksgiving.
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Oct 13 2008, 04:11 pm
Wrzucilam na Cosik dla podniebienia. Musimy sie rozruszac, bo znowu wszyscy zapadniemy w sen zimowy.
Category: - | Views: 574 | Add / View Comments (9)
0 rating
Malgorzata Nowaczyk
Niepisanie.
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Oct 8 2008, 03:23 pm | Updated: Oct 8, 2008

Nakrzyczawszy na wszystkich, że tutaj nie bywają, muszę sama coś napisać.

 

U nas leje, powciągałam na siebie dwa swetry, bo nie mogę gazowego kominka jakoś włączyć, a w normalnym nie chce mi się palić (paliłam wczoraj i nakopciło się trochę).

 

W weekend był u mnie Tomek Nitsch z kolegą z pracy. Przylecieli jak po ogień, a właściwie jak po wodę, bo chcieli zobaczyć Niagarę po drodze do Seattle. Byli na kolacji w sobotę, w niedzielę pędem pojechaliśmy do Niagary, potem szybki “lanczyk” niedaleko od nas, i dalej, na Zachód. Pogadaliśmy trochę o genealogii i trochę o znajomych czyli o Was.

 

Dzisiaj przyszła ekipa zmieniać dachówki na dachu. Oczywiście nie są to dachówki prawdziwe, tylko takie z papy. Wybraliśmy zielonkawe, takie żeby wyglądały jak łupek, który mamy na podłodze w kuchni i przedpokoju. Poprzednie były brązowe i trzeba będzie się przyzwyczaić. Całe lato tak lało, że trzech sąsiadów kładzie nowe pokrycia – wygląda na to, że nie tylko nam przemaka 25-cio letni dach. Na razie zrobili tył, przód domu jutro; ciekawa jestem, jak to będzie wyglądało.

 

Poza tym mam mętlik w głowie – chcę pisać, ale mi nie wychodzi, albo mi się nie chce, albo nie wiem o czym pisać, albo w ogóle. Naczytałam się paru tuzinów książek “o pisaniu” i dalej nic nie piszę. Wiem, wiem, czytanie o pisaniu to nie pisanie! Wiem! Myślałam, że mi pomoże.

 

[przerwa na zebranie w szkole małego]

 

Ale wyszło, że to było tylko przeszkadzanie.

 

Za oknem leje. Zamiast pisania robię na drutach. Odbiło mi i po raz pierwszy w życiu robię coś ażurem. A to coś to sukienka-halka czyli musi być modelowana itp, itd. I własnie teraz, po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, to co mi wszystkie paniusie, którym się nie chce nauczyć robótek, mówią “e tam, za trudne, tyle w tym liczenia!!!”. Tak, w ażurach i owszem, ale w sweterkach, szalikach czy nawet skarpetkach nie ma żadnego wielkiego liczenia i jest to po prostu durna wymówka.

 

Patrzę na moje biurko ze słownikami, skarbcami słów, notesami i innymi poradnikami. Brak weny i pomysłu. Po lewej leży album ze starymi pocztówkami z Niemirowa i z Wielkopolski, na nim moja pierwsza książka. Dwa tygodnie temu obłowiłam się na Allegro – wygrałam oraz kupiłam na Kup Teraz pięć albo sześć (już straciłam rachubę) pocztówek. Dwa duplikaty, ale za to z obiegu, więc z historyjkami-pozdrowieniami na rewersie. Czyli pole dla wyobraźni. Nie mogę się doczekać. Swoją drogą to zaczyna mnie dziwić, że ta mała mieścina jest na tylu różnych widokówkach. Mam trzy różne ujęcia tego samego deptaku, dwa drogi do zakładu, dwa źródełka Aleksandra. No i każdy dom wczasowy-pensjonat jest na osobnej widokówce. Dotarła też do mnie, po dwumiesięcznym błąkaniu się po morzach, broszura o Niemirowie z 1918 roku (też z Allegro, już się bałam, że zginęła).

 

Z prawej puste pudełko po butach (tak, lubię puste kartonowe pudełka różnego rozmiaru, na biurku oprócz tego po butach mam jeszcze takie malutkie po bransolectce z emalii i z tombaku oraz po portfeliku firmy Wittchen, nie wiem, po co, ale mam; wyobrażacie sobie, co ja mogłabym w nich schować?!), oraz dwudziestocentymetrowy stos żółtego papieru w linie, którego używam do pisania. Niektóre bloki już trochę zapisane, czyli już coś tam się czui (czy jest to polskie słowo?! nie mogę znaleźć w słowniku! aha!!! czai!!!). Czyli powinno mnie ruszyć i powinnam zaraz zacząć pisać.

 

Więc zaczęłam – postanowiłam, że dzisiaj napiszę coś na GB i jak mi się to uda, to jutro biorę się za inne pisanie.

Ale coś mi tutaj nieładnie pachnie, jakby stary kot nasiusiał albo co. A jest to przecież nowowyremontowana piwnica. I nie mamy kotów. Jest następna wymówka – muszę wykombinować, co mi tu śmierdzi.

 

Natomiast wczoraj w ogrodzie odwiedził nas kojot amerykański. Niestety, nie miałam mojego aparatu fotograficznego pod ręką, więc zaczęłam pstrykać Jimmowym. Tylko, że nie było w nim filmu…. i kojota nie uwieczniłam. Kiedyś, baaaaaaardzo dawno temu przeszedł przez tył ogrodu lis, ale kojota nigdy nie było. Tylko sarny, wiewiórek tuziny, chimpunki, rosomaki, króliki i różnego rodzaju ptactwo. A ten się nawet nie bał, jak zapukałam w szybę, to tylko spojrzał wyzywająco: “Czego?”

 

Tomek przywiózł mi parę książek z “literatury kobiecej”oraz kolorowych gazet (tak mnie sobie zakwalifikował!). Od razu, w jeden wieczór przeczytałam “Trzepot skrzydeł” Grocholi. Krótkie to, chudziutkie, ale za to 34 zł. Temat ważny, ale o wiele lepiej opisała go Grażyna Jagielska w “Fastrydze”. Chciałabym najnowszą książkę Huellego, o morzu i ludziach północy, bo mam do morza jakiś magnetyzm, mogłabym na plaży – jakiejkolwiek, choć wolę te ze stref umiarkowanych lub północnych (nasz Bałtyk, Atlantyk w Nowej Szkocji czy Nowej Funlandii, czy Pacyfik na Wyspie Vancouver) siedzieć godzinami. Nawet, a może zwłaszcza, jak jest chłodno i niebo jest zachmurzone. W grubym swetrze, pod pledem, z kubkiem gorącej kawy z mlekiem. Z książką.

 

Dobrze. Teraz przerwa na zakupy z dziećmi – potrzebują ubrań do szkoły, zima idzie, a one powyrastały z zeszłorocznych ciuchów.

Nie pojechalismy na zakupy, zostalam w domu, gapie sie w ekran komputera i nic. Napiszcie mi cos na pocieszenie.

Category: - | Views: 703 | Add / View Comments (15)
0 rating
Malgorzata Nowaczyk
Zdrada!!!
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Oct 6 2008, 05:22 am
Pare dni temu wypatrzylam, ze nasze genbasowe panie rajcuja na Naszej-Klasie i dlatego nas opuscily!!! Dlatego tutaj tak malo sie dzieje!!! lol
Category: - | Views: 584 | Add / View Comments (12)
0 rating
Malgorzata Nowaczyk
Honourable Mention.
From: Malgorzata Nowaczyk | Created: Sep 8 2008, 01:35 pm | Updated: Sep 17, 2008

Nie wiem jak, ale udało mi się zdobyć Honourable Mention w konkursie na opowiadanie zorganizowanym przez Hamilton Public Library. Było zaledwie jedenaście osób, ale ja byłam w górnej czwórce, czyli jestem dumna i blada.

Oto opowiadanie, które się spodobało komisji.

 

A Road to the Spa.

 

A black-and-white postcard turned sepia, the cardboard soft with age. On its back, in a faded old-fashioned handwriting: “To dearest Haneczka, we send best wishes and as always many expressions of our fondness”, the signature illegible. It was mailed on July 26, 1937, in Niemirów, Poland; the postage stamp’s edges are frayed, but the date is decipherable. Nobody I know wrote or received it: I bought it at an internet auction.

 

Centered in the photo is a straight sandy tract, a tunnel in a pine forest. It is the road leading from the town to a nearby village where the health resort’s villas, pump houses and mineral springs provide water cure. My grandmother lived in the town and worked as a laundress in the spa where she also pushed elderly pensioners for walks in their chairs. My mother was born in the town during the German invasion of Soviet Union in 1941; late at night in the church cellar in the middle of the air raid of June 24th. Some time later, date unknown, her older sister died there of meningitis. After the war the two towns and their surrounding forests ended on the Ukrainian side of the freshly carved borders in Central Europe.

 

I visit during a summer heat wave. The village meadows are fragrant with dying grasses, storks nest on chimneys and telephone poles, bees buzz around poppies and irises in full bloom in the gardens, blood-red strawberries burst with sweetness on your tongue. Yet even in full sun the forests fill me with cold dread – I cannot stop thinking about what happened there a few decades ago. Poles and Ukrainians, Catholics and Eastern Orthodox, blinded by rage and propelled by old hatreds exploded in annihilations of each other’s families and villages. Burnt sheds, stables, and homes, broken cups, dishes and children, slaughtered cows, sheep, and wives. Married couples butchered because they were of mixed origins. It went on for months during and after the war. Here, too, for three years the Nazis proceeded with their programmed murder of the Jews. And in centuries past these trees witnessed the cruelties of the Polish manor lords over Ukrainian peasants, the brutality of the Cossack uprising, the pogroms of Jews.

 

But in the summer of 1937 a woman is rushing past the tree trunks on the forest road. She is my grandmother. Her front tooth is missing – it fell out last Thursday after weeks of pain. It looked awful, too, all brown and black. No mouthwashes or herbs helped. The gum is healing now, but it still throbs when she bends down or lifts heavy things. And she has to do a lot of lifting in the laundry room.

 

In the old forest the trees have smooth trunks, straight and tall. Their branches stretch to the sky like arms calling for help. The dusty brown of the bark protects the helpless orangey pinks of the inside layers, visible in the cracks. Crowns of long, dark green needles whisper with each breath of wind – even when it seems calm they shiver, murmur. Orange flowers, sticky with pollen, glow on the grass-green tips. Sunshine fills the road, but between the trees shadows lurk and dusk lingers; in places the darkness creeps to the road’s edge. When she walks in the early morning, with the risen sun on her back and the shadows still long, the forest breathes cool air at her, even in the summer. The air smells of pine resin and new earth, but also something she cannot name – darkness, decay. Death? The primeval forest keeps its secrets and knows its future.

 

Yesterday she saw Piotr again. Her mother is not so sure about him, but she likes the way  his eyes crinkle when he smiles. He has blue eyes and blond curls where she is brown-eyed with long dark plaits; her father is Ukrainian. Ukrainians of Cossack ancestry are dark and smoky. Piotr is a carpenter’s apprentice, it’s a good trade. His uncle and godfather, the retired customs officer, will leave him his house and property: he and his wife Helena have no children. It’s probably Helena’s fault – all of Piotr’s aunts and uncles had lots of children, Piotr is one of nine. She would love to have children, yes. Not just one, like her mother did. Two girls, blond and blue-eyed, in pretty yellow dresses in church on Sunday. Yes, she will have many children. She will sew them nice clothes, she is very good at sewing, knitting and crochet, she really liked that sewing course she took a few years ago. She will keep her house nice and tidy, clean and neat. They will probably live with her mother, she will help with the children when she is not working in her store. On Sundays, they will visit Piotr’s family, spend time in Helena’s precious garden, with her roses, peonies and irises, hollyhocks and geraniums. She is so proud of that garden; well, she is proud, that one. And the rector will marry them – Helena is his housekeeper, after all. She will invite her friends from school and from work to her wedding, but who should be her bridesmaid? It has to be somebody special. Piotr’s brother Stefan will be the best man, he is the only one of his brothers and sisters who moved to town with him. And she needs to think about her dress – she will make it herself, white, of course, but simple, with long sleeves and skirt, and a veil. She’ll need to buy some white shoes – satin, may be? She can’t afford silk.

 

The future and the past echo in these forests. Does she hear them? Does she feel their breath when the breeze chills her bones as she hurries through the pines? Shadows? What shadows? She catches a birdsong – a sparrow, a small black point high above her head, trilling his soul out in alarm to the sun. Branches in the sky, pine resin in the air, birdsong on the breeze. She emerges at the bend in the road. The poppy-filled meadow of the spa walking grounds, drenched in the morning light, stretches before her. She is glad she has arrived.

 

The next day I fly home. I sit at my desk, I stare at the postcard, and I see the ghosts.

 

 

Category: - | Views: 757 | Add / View Comments (15)
0 rating
1 to 10 of 112 journal entries |  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12  Next »
Navigate Home | Family Tree | Friends | DNA Ancestry | Photos | Journals | Groups | My Profile
More Info Tutorials | News | Learning Center | About Genebase | Store | Applications | Terms
Get Help Help Center
© 2003 − 2008 Genebase Systems. All Rights Reserved.